Logo Przewdonik Katolicki

Skąd ten antyklerykalizm

Monika Białkowska
FOT. UNSPLASH

Czy papież Franciszek jest antyklerykałem? Owszem. Jeśli pod pojęciem antyklerykalizmu rozumieć sprzeciw wobec kultury klerykalizmu, a nie brak miłości do Kościoła i księży. W tym sensie wszyscy powinniśmy być antyklerykalni.

Przedrostek anty- oznacza sprzeciw: i tu zaczyna się problem. Klerykalizm bowiem zwykle definiowany jest na tyle ogólnie, że trudno powiedzieć, czym jest antyklerykalizm. Łatwo więc rozgrzeszyć się z pytania o klerykalizm, nie stawiając w rachunku sumienia pytań szczegółowych. Bo prawdziwe rozpoznanie kultury klerykalnej zaczyna się tam, gdzie padają konkretne pytania.
 
Ołtarz i tron
Samo słowo „klerykalizm” ma swoje źródło w tym właśnie zarzucie. Rodziło się w XIX w., gdy upadały kolejne sojusze władzy świeckiej i duchownej. Wcześniej papieże i biskupi sprawnie łączyli sakralne funkcje z ziemskimi wpływami. Gdy świat się zlaicyzował, dawne dążenia duchownych do świeckiej władzy zaczęto więc określać mianem klerykalizmu. Miały one często posmak niechęci czy nawet wrogości do Kościoła. W gruncie rzeczy były jednak wskazówką, że sojusz ołtarza z tronem ostatecznie szkodzi jednemu i drugiemu. Zarzuty dotyczące księży i polityki wracają jak bumerang. Czasami są one rzeczywiście wobec Kościoła wrogie, ale nie wszystkie są niesłuszne. Zdarza się, że księża z ambony prezentują swoje polityczne sympatie i antypatie. Świeccy pozostają wobec tego bezradni lub czują się zwyczajnie niekomfortowo. Jan Paweł II przypominał, że działalność polityczna zarezerwowana jest dla świeckich. Ksiądz ma być bratem i ojcem dla każdego, a ustawienie się w roli politycznego oponenta to uniemożliwia. Papież Benedykt mówił, że kapłan, owszem, ma prawo wyrażać swoje zdanie, również na tematy polityczne. Nigdy jednak nie powinien angażować w to autorytetu Kościoła. Nigdy nie powinien robić tego przy ołtarzu. Nigdy nie sprawiać wrażenia, że nauka Kościoła wyczerpuje się w programie politycznym jednej partii, wobec której należy pozostać bezkrytycznym. A świeccy? Przykładają się do tego klerykalizmu. Już ks. Józef Tischner pisał o „upolitycznianiu katolicyzmu”. Rozumiał przez to wykorzystywanie Kościoła przez świeckich do pogrążania politycznych przeciwników. Co więcej, historia pokazuje, że żadna ze stron politycznego sporu nie była i nie jest tu niewinna: jedni Kościół wciągają w swoje rozgrywki – a drudzy traktują jak chłopca do bicia, licząc przy tym na zbicie politycznego kapitału.
 
Kto posiada prawdę
W Kościele przekazywana jest prawda objawiona, pochodząca od Boga. Kościół ma więc ogromny autorytet: jego głos jest w pewien sposób echem głosu samego Boga. To nie oznacza jednak, że opinia wyrażana przez każdego księdza ma ten sam kościelny autorytet. Że księża w każdej swojej opinii są nieomylni. Klerykalizm uwidacznia się w przekonaniu odwrotnym: prawidłowo oceniać potrzeby Kościoła mogą tylko duchowni. I że księża i biskupi zawsze mają rację. Że skoro w Kościele przechowywana jest cała prawda, to znaczy, że jej posiadaczami są duchowni. Taki klerykalizm łatwo przeradza się w kulturę wykluczenia: wszelka krytyka nosi na sobie znamię zdrady. Podobnie dzieje się z oceną ludzi pozostających poza strukturami Kościoła. Tak jakby nie mieli oni żadnego dostępu do dobra i piękna. Taki klerykalizm wierzy, że Kościół jest miejscem spotkania z Bogiem i Jego miłością, ale odrzuca tezę, że ta miłość, chociażby po części, może być przeżywana jeszcze w drodze pełnej do niego przynależności. Klerykalizm widzi tylko ostre formy przynależności i wykluczenia. Nie pojmuje wiary jako relacji, która się rozwija, ani drogi, która ma swoje etapy. I nie jest to jedynie klerykalizm duchownych – czasem nawet świeckich klerykałów od tej przywary będzie więcej.
 
Autorytet
Byłam świadkiem, jak do pewnej parafii przyjechał specjalista od deratyzacji. Tępieniem szczurów zajmował się od trzydziestu lat, przy okazji był pobożnym człowiekiem i nadzwyczajnym szafarzem Komunii św. Proboszcz rozmowę rozpoczął od delikatnego (w swoim mniemaniu) odpytania mężczyzny ze szczurzych obyczajów. – Chciałem sprawdzić, czy się zna! – opowiadał potem ze śmiechem.
– Gdybym nie był wierzący, a to nie byłby kościół, wyszedłbym – powiedział mi potem mężczyzna od deratyzacji. Proboszcz pozwolił mu na rozłożenie trutek, a sam poszedł sprawdzić, czy pracownicy firmy telekomunikacyjnej prawidłowo kopią rowy pod przewody. Po drodze instruując gospodynię, jak prawidłowo smażyć jajecznicę.
Autorytet duchowy, który każdy ksiądz ma z racji sakramentu i formacji, niezwykle łatwo jest przenieść na dziedziny, w których nie tylko autorytetu, ale i kompetencji mu brakuje. To również jest przejaw klerykalizmu. Wina księży? Niekoniecznie i nie wyłącznie. Tu również świeccy dokładają swoją rękę. Czym innym, jak nie klerykalizmem, jest oczekiwanie, że ksiądz będzie nie tylko spowiednikiem czy duchowym przewodnikiem – ale też będzie znał odpowiedzi na wszystkie pytania tego świata?
 
Wyjątkowość
Ksiądz pytany o swoje powołanie będzie mówił o „niezatartym znamieniu, które nie kończy się ze śmiercią”, o wyjątkowości więzi z Jezusem. Gdy pisząc ten tekst, zapytałam znajomego księdza o klerykalizm, odpowiedział, podkreślając wyjątkowość sakramentu. Na koniec usłyszałam: – Podstawowe pytanie brzmi: kto powinien być bardziej podobny do Chrystusa? I tutaj odpowiedź brzmi: ksiądz. Księża czytając to zdanie, nie poczują tego, co poczuli właśnie świeccy. To jęk zawodu: a my? Przecież nie dlatego nie jesteśmy księżmi i siostrami zakonnymi, że kochamy mniej – ale dlatego, że On chciał nas w innym miejscu. On nas do służby w tym miejscu powołał. Nie mamy być do Niego podobni? Odsunął nas dalej, bo chciał, żebyśmy byli do Niego podobni mniej niż ksiądz? Kard. Christoph Schönborn w 2009 r. w Ars mówił do księży, kończących rekolekcje kapłańskie, powołując się na papieża Benedykta: – Kapłaństwo urzędowe nie jest wyższą formą doskonałości, bo bycie księdzem nie oznacza stania się chrześcijaninem wyższej rangi.
 
Odrębność
Na początku lat 90. publicysta „Tygodnika Powszechnego” Tadeusz Żychiewicz pisał: „O klerykalizmie można mówić, gdy kler z racji swojej «duchowej godności» buduje sobie swój ściśle izolowany hortus conclusus (ogród zamknięty). Nie ma to nic wspólnego z duchowością określonego powołania, a za to wiele wspólnego z mentalnością kasty. Ci ludzie sądzą, że pewne bardzo elementarne wymogi oraz oceny dotyczące reszty społeczeństwa ich nie dotyczą. Bywają zatem niebotycznie zdumieni i traktują jako niedopuszczalną impertynencję albo też akt wrogi Kościołowi, jeśli ktokolwiek odważy się nie aprobować tego anormalnego stanu rzeczy”. Tadeusz Żychiewicz umarł okrzyknięty antyklerykałem. Koloratka nadal – mimo szerzącego się antyklerykalizmu czy niechęci do Kościoła – otwiera wiele drzwi i pozwala jeśli nie skuteczniej, to przynajmniej szybciej załatwić sprawy w wielu instytucjach. Czasem pozwala uniknąć mandatu. Czasem zapewnia przychylność kontrolera. Czasem pozwala uniknąć kolejnej rady pedagogicznej. Nie zawsze – czasem, ale na tyle skutecznie, że księża protestanccy, którzy zwykle nie mają specjalnego stroju, w Polsce przekonują się do koloratki i zakładają ją, gdy muszą załatwić sprawę w świeckiej instytucji.
Czy to wina księży? Zaskoczona byłam niedawno postawą młodego księdza, który ratując życie swojemu ojcu, jeździł z nim odsyłany na kolejne badania, czekał godzinami na korytarzach – bez koloratki, bo „nie chciał niczego wymuszać”. Uświadomiłam sobie, że sama spodziewałam się klerykalizmu – ba, że był on dla mnie naturalny! To nie księża, tylko świeccy budują w tym wymiarze klerykalizm: jeśli dla księdza są milsi w urzędzie, bardziej wyrozumiali w szkole, łagodniejsi podczas kontroli i bardziej pomocni w kłopocie. I nie jest to żadną miarą postulat większej niechęci wobec księży – a jedynie jednakowej przychylności wobec świeckich braci. Choć jestem świadoma, że ci sami księża mogą spotykać się w tych samach okolicznościach z odrzuceniem i brakiem szacunku. Właśnie dlatego, że są księżmi.
 
Paternalizm
Pod jednym z artykułów w internetowym wydaniu „Więzi” rozgorzała dyskusja na temat, poruszony w tekście raczej pobocznie: jak ksiądz powinien się zwracać do świeckich? Byłam zaskoczona, jak wielu ludzi postanowiło się wypowiedzieć – i jak wielu boli, kiedy ksiądz, zwłaszcza młodszy, podczas spowiedzi zwraca się do nich per „ty”. Rozmawiając z jednym z profesorów teologii, usłyszałam za to opowieść o księdzu wykładowcy akademickim, który nawet do swoich studentów mówił „ty”, argumentując to „opieką duszpasterską”. Być może księża nie są świadomi, że dziś zwracanie się w ten sposób nie buduje żadnej relacji, a przeciwnie: odrzuca. Świeccy nie chcą być traktowani protekcjonalnie. Nie wystarcza już do tego jednorazowe spotkanie przez kratkę konfesjonału.
Forma zwracania się księży do świeckich pozornie wydaje się błaha, ale jest ona wyrazem głębszej, klerykalnej postawy. Będzie się z nią wiązało protekcjonalne traktowanie świeckich, przyznawanie im jedynie miejsca słuchaczy i odbiorców, informowanie o przedsięwzięciach, a nie pytanie ich o radę. Przełoży się również na myślenie o duchowości, której świeccy mogą być jedynie konsumentami. Franciszek mówi tu o traktowaniu świeckich jak dzieci: – Świeccy nie są naszymi parobkami ani naszymi pracownikami – przypominał. – Nie muszą powtarzać jak papugi tego, co mówimy.
 
Zurzędniczenie
Klerykalizm objawia się czasami w zachowaniach urzędniczych niektórych księży, którzy obawiając się osobistego spotkania z człowiekiem, wychodzą do niego w pancerzu ochronnym funkcji i autorytetu instytucji. Kiedy lata temu zaczynałam pracę jako dziennikarka, nie miałam pojęcia, jak pokonać tę barierę. Szybko przekonałam się, że gdy przedstawiam się: Monika Białkowska, „Przewodnik Katolicki”, czuję się pewniej i cały osobisty lęk znika. To nie dzwonię ja – to dzwoni instytucja. To było (i do dziś jest!) klasyczne chowanie się za cudzym autorytetem, charakterystyczne również dla klerykalizmu.
Klerykalne zurzędniczenie jednak zdaje się równie mocno dotykać świeckich. To świeccy uczą księży nie osobistego, ale urzędowego spotkania: kiedy przychodzą do Kościoła jako klienci, po papierek na ślub, po religijną obsługę, po polisę ubezpieczeniową na życie wieczne, po gotowy światopogląd. To świeccy są klerykałami, kiedy sami nie biorą odpowiedzialności za swoje życie duchowe i za Kościół, oczekując, że to urzędowa sprawa księdza i jego problem.
 
Praca
Księża często narzekają na zbyt małe zaangażowanie świeckich w Kościele. Mówią, że świeccy nie chcą, że im nie zależy, że zrzucają odpowiedzialność. Owszem: bywa i tak.
Trzeba jednak wejść głębiej w kościelne struktury, żeby zobaczyć, gdzie rzeczywiście tkwi klerykalizm w mówieniu o miejscu świeckich w Kościele. Świecki w Kościele może być odbiorcą albo współtwórcą duszpasterskich inicjatyw. Niezwykle trudno jest znaleźć świeckich poza duszpasterstwami: w kościelnych strukturach, instytucjach czy uczelniach. Nie jest to kwestia kompetencji. Księża nie mają zwykle ani wykształcenia, ani doświadczenia menedżerskiego, ekonomicznego czy dziennikarskiego, co nie przeszkadza im być dyrektorami, ekonomami czy rzecznikami prasowymi. Świeckich na tych stanowiskach poza pojedynczymi przypadkami trudno w Kościele znaleźć. Te klerykalne wybory opierać się będą głównie na dwóch argumentach: formalnym zwierzchnictwie biskupa nad księdzem oraz przekonaniu o konieczności zachowania tajemnicy. Zwierzchnictwo biskupa nad księdzem daje pewność, że pracownik nie wymknie się spod kontroli – to jest rozwiązanie klasyczne (i też klerykalne). Konieczność zachowania tajemnicy to rzecz, o której nawet głośno się nie mówi: po prostu w kościelnych kręgach „wszyscy wiedzą”, że są sprawy, które z kurii na zewnątrz wyjść nie powinny, a ksiądz, jako „swój”, tajemnicę zachowa. Nie uważam, że jest czymś złym, że istnieje pewien zdrowy rodzaj lojalności i tajemnicy wobec spraw wewnętrznych. Zaufanie okazywane w tej dziedzinie przede wszystkim księżom świeccy czytają jednak jako brak zaufania i traktowanie protekcjonalne.
 
Intelekt
Klerykalizm ma się w Polsce świetnie dzięki tym świeckim, którzy nie dbają o swoje kompetencje intelektualne. Są wychowani przez lata raczej do bycia prowadzonymi niż do podejmowania dyskusji. Kiedy nie czytają, nie mają wiedzy teologicznej i głębszej wiedzy o Kościele, kiedy orientują się w świecie wyłącznie dzięki wyraźnym wskazaniom autorytetów, kiedy nie są zdolni do wyrażenia własnej opinii – ktoś robi to za nich. Czasem taka postawa jest niezawiniona i wynika z mniejszych możliwości intelektualnych. Często jednak jej źródłem jest lenistwo duchowe i ucieczka przed własną wolnością. Po co zagłębiać się w zbieranie danych, żeby dokonywać trudnych wyborów? Po co zmagać się z innością? Po co próbować czytać subtelne sygnały sumienia, skoro można po prostu dać się poprowadzić? Gdy klerykalni świeccy oddają swoją wolność, klerykalni księża przejmują władzę nad ich sumieniami. I podkreślam: nie wszyscy świeccy, nie wszyscy księża, ale ci wśród nich, którzy są klerykalni właśnie. W ten sposób świecki nie jest już podmiotem budującym Kościół – jest bezwolnym przedmiotem zaopiekowania ze strony silniejszego.
Istota odejścia
To tylko diagnoza: przyczynki do tego, z czego się składa nasz klerykalizm i co w konsekwencji owocować będzie coraz silniejszym antyklerykalizmem: tym kochającym Kościół mimo wszystko, ale i tym, który nie kocha go wcale. To tylko obraz choroby: pierwszy krok, żeby leczyć i wrócić do zdrowia.
– Kościół w XIX i pierwszej połowie XX w. rozumiano jako społeczność zhierarchizowaną z papieżem, biskupami i księżmi na jej szczycie. To duchowni stanowili Kościół nauczający, a wierni świeccy mieli słuchać ich głosu, podporządkować się im i wykonywać zalecenia – tłumaczy ks. dr hab. Damian Wąsek z UPJPII w Krakowie. – Choć to już teologia nieaktualna, wciąż bywa obecna w kaznodziejstwie, katechezach i w mentalności wielu księży i świeckich. Dziś, opierając się na soborowej konstytucji Lumen gentium, rozumiemy Kościół w kategoriach bardziej horyzontalnych. To nie papież, a na niższych szczeblach pozostali duchowni, ale Jezus jest głową Kościoła. Duchowni i świeccy dążą do zjednoczenia z Nim, realizując własne powołania i służąc sobie wzajemnie. Z punktu widzenia relacji z Bogiem nie ma funkcji ważniejszych i mniej ważnych, bo nie różnimy się stopniem godności, a jedynie innymi zadaniami. Przypominanie o tym jest dla wielu duchownych chyba najboleśniejszym elementem teologii papieża Franciszka – ale to właśnie jest istotą odejścia od klerykalizmu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Elżbieta
    23.11.2018 r., godz. 18:28

    Trudno mi wciaż o tym pisać , mimo, że minęło już 10 lat od dnia 30 maja 2008 r., gdy otrzymałam list polecony z infromacją ,że jeszcze trzy miesiące i koniec mojej pracy w edycji lokalnej TK "Niedziela" z powodu reorganizacji pracy w redakcji (króra w rzeczywistości polegała na tym, że zastąpiono mnie, redaktora wydawniczego innym człowiekiem. Trafiłam do redakcji, ponieważ "wymyśliłam"sobie pracę w Kościele i dla Kościoła. Przygotowywałam się przez kilka lat, bo mało wiedzialam o Kościele , jako niedzielny katolik z przeszłością. Napisałam nawet list do Arcybiskupa, wyznałam winy i zapytałam, czy nadal mogę być w Kościele. Otrzymałam odpowiedź, że Duch św. wskaże mi drogę. Szukałam i zostałam redaktorem. Przez wiele lat wydawało mi się, że jestem dobrym pracownikiem, otrzymałam medal, szef dał mi dużo wolności i odpowiedzialności. Jakieś trzy lata przed końcem coś zaczęło się psuć. Szef coraz częściej był przeciwny, zarzucał mi liberalizm, albo ostrzegał "musi być Pani dla mnie dobra" - czego nie rozumiałam zupełnie, myslałam,że jeśli dobrze wykonuję swoją pracę, to jestem "dobra" dla szefa. W końcu, w atmosferze skandalicznej, sekowana przez wiele miesięcy, skrzyczana przez młodszego zastępcę szefa, też kapłana, zostałam zmuszona do przejścia na wcześniejszą emeryturę (trzy miesiące przed możliwym terminem - byłam na bezrobociu). Broniłam się, chciałam wiedzieć, co sie stało. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać na ten temat, ludzie wcześniej życzliwi unikali mnie . Ks. Arcybiskup, ani głowny szef w Częstochowie nie odpowiedzieli na moje listowne pytania. Przestałam istnieć. Niestety, tak czuję się do dziś, mimo profesjonalnej terapii i upływu czasu. Szłam doKościoła wiedziona potrzebą ekspiacji, ale też potrzebą bezpieczeństwa. Wiele złego zdarzylo się w moim życiu, myślałam,że we wspolnocie znajdę pomoc w walce ze złem. Zostałam wyrzucona na pustynię. Mijają lata, a ja nadal nie wiem, czy to był Boży plan. I jeszcze jedno, nie odbieram i nie odbierałam moim szefom prawa do zwolnienia mnie, ale dlaczego stało się to w taki okrutny sposób, pozbawiający mnie szansy?

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki