Logo Przewdonik Katolicki

Pokolorujmy sobie Pileckiego

Paweł Stachowiak
FOT. WŁODZIMIERZ WASYLUK/EAST NEWS

Trudno uciec od wrażenia, że Rotmistrz stał się bohaterem tylko dla części Polaków. Podzielił los wielu innych faktów i postaci historycznych, które są dziś używane do dzielenia społeczeństwa na „zdrajców” i „bohaterów”, ówczesnych i dzisiejszych.

Stałem w kolejce na poczcie. Z nudów zacząłem przyglądać się stojakowi, na którym wystawiono rozmaite książki i broszury, głównie o tematyce historyczno-dewocyjno-zdrowotno-kulinarnej. Na honorowym miejscu leżał zeszyt o wdzięcznym tytule Kolorowanki patriotyczne, a w nim parada żołnierzy wyklętych z Witoldem Pileckim na okładce. Każdy może pokolorować mundur, broń, poróżowić twarz, nadać błysk oku, a może nawet w duchu eksperymentalnym coś dorysować. Prawdziwa gratka dla maluchów, młodocianych fanów kredki i karabinu.
Ale, ale – nie myślmy, że bohaterski Rotmistrz stał się obiektem radosnej twórczości tylko na poziomie przedszkolnym. Za swoiste „upamiętnienie” jego postaci zabrali się również operatorzy polityki historycznej na znacznie poważniejszym szczeblu. Dwa lata temu urządzono w Ostrowi Mazowieckiej rekonstrukcję ślubu Marii i Witolda Pileckich. Był prawdziwy kościół i ksiądz, byli aktorzy w strojach z epoki, byli politycy firmujący nowe podejście do historii: minister kultury Piotr Gliński oraz podsekretarz stanu Magdalena Gawin. „Sprawa smaku”, napisał Zbigniew Herbert.
Zapewne nie wszyscy dostrzegają, jak łatwo można w słusznym dążeniu do popularyzowania historii popaść w groteskę. To niełatwa sprawa, bowiem liczni uczestnicy rekonstrukcyjnych przedsięwzięć czynią to z autentycznym zaangażowaniem. Trudno nie dostrzec, jak wiele w nich szczerej pasji, emocjonalnego zaangażowania, żywej relacji z przeszłością. Granica między zabawą a farsą jest tu jednak subtelna i wyznacza ją właśnie ów „smak”.
                                                                                                                                          
Mity
Rotmistrz Witold Pilecki jest dziś postacią bardzo często upamiętnianą. Zasłużył na to bez żadnych wątpliwości. Także dlatego, że tak długo chciano go zepchnąć w niepamięć. Sam z pewnym wstydem przyznaję, że podczas studiów historycznych w latach 80. chyba o nim nie usłyszałem. Temu grzechowi przeciw pamięci trzeba było zadośćuczynić. Czy jednak niektóre formy owego zadośćuczynienia nie niosą ze sobą zagrożeń i uproszczeń? Czy nie pojawiają się szkodzące pamięci o Rotmistrzu mity i manipulacje?
Trudno uciec od wrażenia, że stał się on bohaterem tylko dla części Polaków – tych identyfikujących się z prawą stroną naszej sceny politycznej. Podzielił los wielu innych faktów i postaci historycznych, które są dziś używane dla dzielenia społeczeństwa, są zawłaszczane dla potrzeb wzmocnienia tożsamości własnego obozu. Nie mają łączyć, ale odróżniać „zdrajców” i „bohaterów”, ówczesnych i dzisiejszych.
Przywołajmy jeden tylko przykład tego zjawiska: Rotmistrz jest otoczony szczególną czcią przez środowiska kibicowskie, często można na stadionach zobaczyć spektakularne oprawy poświęcone jego pamięci. Tak, zapewne lepiej, że to on stał się bohaterem wyobraźni tych młodych ludzi, ale czy ten, kogo portrety zdobią trybuny stadionów owiane dymem płonących rac i ubarwione wulgarnymi okrzykami, to prawdziwy Rotmistrz?
Niedawno kibice Legii Warszawa upamiętnili go skandowaniem hasła: „Bohaterów pamiętamy, komunistom żyć nie damy” i nieśmiertelnego: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Doskonale wiadomo kim są dla reprezentantów środowisk kibicowskich owi „komuniści” – to zwolennicy nielubianych przez nich partii, krytycy nacjonalizmu, zwolennicy liberalnego modelu państwa i społeczeństwa. Pilecki zostaje w ten sposób wykreowany na patrona jednej tylko ze stron współczesnego sporu politycznego w naszym kraju. Czy to jest zgodne z historyczną prawdą?
 
Fakty
Wiele już napisano o bohaterskim Rotmistrzu. Dziś, inaczej niż kiedyś, jest on postacią popularną. Niemal wszyscy znają najważniejsze epizody jego biografii. Ochotnik do Auschwitz, człowiek, który sam z własnej inicjatywy poszedł do obozu, aby poznać jego rzeczywistość i zbudować tam ruch oporu, bohaterski żołnierz wyklęty, walczący z bronią w ręku przeciw komunistycznej władzy, bojownik „wielkiej Polski katolickiej”, jak skandują maszerujący po polskich ulicach młodzi działacze ONR. Niestety, żadna z tych historii nie jest do końca prawdziwa.
Pilecki dobrowolnie dał się Niemcom złapać podczas łapanki i został wywieziony do obozu Auschwitz. Nie była to jednak bynajmniej jego własna inicjatywa, uczynił to, wykonując rozkaz swoich przełożonych. W pierwszych tygodniach okupacji Rotmistrz został współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej (TAP), wojskowej organizacji o profilu narodowo-chrześcijańskim. Już 10 listopada złożył na ręce ks. Jana Ziei przysięgę wojskową. Niestety wkrótce w łonie kierownictwa TAP pojawiły się różnice zdań, które dotyczyły włączenia tej organizacji w struktury Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej. Pilecki był gorącym zwolennikiem jedności Polski podziemnej i był gotów oddać się pod rozkazy komendanta głównego ZWZ gen. Stefana Grota-Roweckiego. Nie wszyscy przywódcy TAP byli takiego samego zdania, np. mjr Jan Włodarkiewicz, szef całej organizacji. Konflikt narósł do takich rozmiarów, iż Włodarkiewicz postanowił pozbyć się Pileckiego z Warszawy.
Znając jego poczucie obowiązku i szlachetność charakteru,wydał rozkaz, aby przeniknął on do Auschwitz. Sam Rotmistrz tak to później wspominał: „Wyjaśniam, że do tego kroku nakłonił mnie mjr Włodarkiewicz Jan przez oświadczenie mi, że wymienił on moje nazwisko przed płk. Roweckim ps. Grot, który był wówczas głównym komendantem ZWZ, jako człowieka, który zdecydowałby się wejść do pierwszego z brzegu obozu i zorganizować tam pracę konspiracyjną”. Włodarkiewicz, wiedząc doskonale, że Pilecki nie będzie się wzdragał przed wykonaniem tego rozkazu, oświadczył mu: „No, spotkał ciebie zaszczyt, twoje nazwisko wymieniłem u «Grota» jako jedynego oficera, który tego dokona”.
Rotmistrz był świadom na jaką gehennę został skazany i nie od razu wykonał rozkaz. Przynajmniej raz w ostatniej chwili cofnął się przed oddaniem się w ręce Niemców. „Ot, widzisz, nie skorzystałeś z takiej dobrej okazji dostania się w «niewinny» sposób do obozu. Nie miałbyś sprawy, nic by ci nie mogli zarzucić”, powiedział mu wtedy dowódca TAP. Dotknięty do żywego Pilecki 19 września 1940 r. dał się wziąć w łapance i wkrótce znalazł się w Auschwitz. Miał tam pozostać prawie tysiąc dni, podczas których wzorowo zdał egzamin z odwagi.
 
Pytania
Czy był żołnierzem wyklętym, czyli bojownikiem zbrojnego podziemia niepodległościowego po 1945 r.? Dzieci kolorujące jego podobiznę są o tym zapewne przekonane. Jednak prawda jest inna. Rotmistrz nigdy nie działał w żadnej organizacji prowadzącej walkę zbrojną z reżimem komunistycznym. Był tego reżimu zdecydowanym przeciwnikiem, ale odrzucał taką formę oporu. Po powstaniu warszawskim znalazł się w obozie jenieckim w Murnau, a po jego wyzwoleniu udał się do Włoch, do armii gen. Andersa. Po kilku miesiącach, jesienią 1945 r. powrócił do Polski, aby zorganizować siatkę zbierającą informację dla polskich władz na emigracji. Zawsze odrzucał jakiekolwiek oskarżenia o szpiegostwo i uważał, że działa na rzecz legalnych polskich władz. Jego organizacja nie toczyła walki z reżimem, nie organizowała dywersji i sabotażu, nie wydawała podziemnej prasy, gromadzono tylko informacje o przebiegu komunizowania państwa i społeczeństwa polskiego. Mało tego, Pilecki zdawał się wierzyć w możliwość przyszłej ugody z władzami Polski Ludowej i sugerował, że istnienie oddziałów „leśnych” jest pozbawione sensu. „Miałem zawsze nadzieję, że jednak kiedyś rząd polski (komunistyczny – P.S.) i ośrodki emigracyjne jakoś się wreszcie porozumieją”, pisał. Żadnym sposobem nie da się go zaliczyć do szeregów wyklętych.
Czy da się go pośmiertnie zapisać do szeregów politycznej prawicy? Absolutnie nie. To wielkie nadużycie i próba zniekształcenia pamięci o nim. Był żołnierzem Polski Podziemnej, a zatem formacji apolitycznej, łączącej ludzi o bardzo różnych poglądach politycznych, od socjalistów po narodowców. Rotmistrz umiał współpracować ze wszystkimi, także z ludźmi niekomunistycznej lewicy. Tak było wówczas, gdy w 1946 r. nawiązał bliską współpracę z Tadeuszem Szturm de Sztremem, działaczem PPS. Żadna z partyjnych formacji nie ma prawa zawłaszczać dziś jego imienia i jego dziedzictwa.
Kim był Rotmistrz? Polskim bohaterem romantycznym, wprost wziętym z kart Trylogii, dla którego dobro Rzeczypospolitej było najwyższym zobowiązaniem. Człowiekiem, który poważnie traktował przysięgę i wynikające z niej obowiązki. Wierzył, że wspólna ojczyzna może nawet komunistów skłonić do zmiany postępowania.
Czy ktoś taki może być dziś patronem jednej tylko – prawej strony naszej sceny politycznej?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki