Logo Przewdonik Katolicki

Po co ten boks?

Monika Białkowska
FOT. MAGDALENA BARTKIEWICZ.

  Zaryzykowały. Ktoś niechętny powie nawet: wygłupiły się. Po co siostry zakonne nagrywają takie filmy? Jak wygląda ich życie z medialną sławą? Czy każdy sposób zdobywania pieniędzy jest dobry?

Nie wiedziały, czym to się skończy. Wieczorem wrzuciły film do sieci. Rano poszły na Mszę św., zjadły śniadanie – a zaraz potem telefony zaczęły się urywać. W południe przed ich domem już stały samochody największych stacji telewizyjnych. Wszyscy chcieli poznać boksujące siostry zakonne.
Film, na którym siostry kapucynki z Siennicy k. Mińska Mazowieckiego boksują, przyciągając w ten sposób uwagę i prosząc o wsparcie remontu domu dziecka, opublikowany został w lutym. Dziś w domu trwa pakowanie i przygotowanie do wyjazdów: w czerwcu rozpocznie się remont.
 
Żebrzemy nowocześnie
Zainteresowanie zaskoczyło siostry. Ich celem nie był wcale medialny szum. Link do filmu planowały rozesłać rodzinom, znajomym i sponsorom, miał działać raczej na płaszczyźnie lokalnej. Szybko jednak stanęły przed decyzją, czy się wycofać, czy podjąć wyzwanie większego rozgłosu. – Zastanawiałyśmy się i modliłyśmy, żeby tę decyzję podjąć odpowiedzialnie – mówi s. Anna Gadzała ze Zgromadzenia Sióstr Kapucynek Najświętszego Serca Jezusa, dyrektorka Domu Dziecka w Siennicy. – Ostatecznie zdecydowałyśmy się na to ryzyko. Dziś internet jest jedną z wielu płaszczyzn ewangelizacji, dostępną dla wszystkich, więc dlaczego nas ma tam nie być? Zrobiłyśmy film, który ma pomóc konkretnemu dziełu. Św. Franciszek mówił, że bracia, dopóki mogą, mają się utrzymywać z pracy własnych rąk. Ale kiedy zacznie im brakować na utrzymanie, mają iść i żebrać. Dla nas ten film to jest sposób żebrania. Pierwsze siostry naszego zgromadzenia, które prowadziły dom na Sycylii, chodziły od domu do domu i zbierały żywność dla dzieci. Często w trakcie tej kwesty umierały, ich następczynie zbierały ich ciała, żeby pochować je na wspólnym cmentarzu. Nie zbierały dla siebie – zbierały dla dzieci. My w tej chwili naprawdę nie robimy nic innego. Żebrzemy tak, jak to się robi w XXI w., czyli przez internet.
 
Sport w habicie
Boksu siostry na co dzień nie ćwiczą. Nie ukrywają, że to był tych chwyt marketingowy, mający przyciągnąć uwagę. Wymyśliła go zaprzyjaźniona z domem pani Agnieszka, która najpierw pokazała siostrom film dominikanek z Broniszewic, które w internecie udawały pingwiny i film z siostrą, na rowerze pędzącą do Santiago de Compostela. Skoro tamte zdobyły taką popularność, to dlaczego im nie miało się udać? Pani Agnieszka trenuje boks, zabrała więc siostry na swój trening. One przyznają, że nieźle się bawiły, ale dopiero na filmie zobaczyły, jak profesjonalnie to wyglądało.
Choć filmowym efektem były zachwycone, żadna nie zdecydowała się kontynuować bokserskiej kariery. To jednak nie znaczy, że na co dzień od sportu stronią. Trzydziestokilkuletnie kobiety świetnie rozumieją, że o fizyczne zdrowie trzeba dbać nie mniej niż o zdrowie duchowe. Wprawdzie kiedy s. Anna opowiada o tym, jak ćwiczą z wychowankami, spodziewam się nieco większej przestrzeni niż cztery metry kwadratowe dywanu przed telewizorem, ale jak widać, tylko złej baletnicy przeszkadza rąbek spódnicy. Tam, gdzie ja bym uznała, że się nie da, one radzą sobie doskonale. – Kiedyś na Boże Narodzenie pani Agnieszka zrobiła akcję zbierania prezentów dla naszych dziewczyn, ale zostały jej pieniądze, więc postanowiła zrobić prezent również nam – wspomina s. Anna. – Pytała, co kupić. A siostrom najlepiej kupić to, czego nie kupią sobie same. Ćwiczenie jest i zdrowe, i fajne, więc stanęło na sprzęcie sportowym. Tak w domu pojawił się steper i ciężarki. Był taki czas, że ćwiczyłyśmy codziennie i codziennie któraś z dziewczyn przychodziła poćwiczyć z nami. Motywowałyśmy się nawzajem.
W domu jest też rower stacjonarny i zwyczajne rowery. Albo raczej – prawie zwyczajne, bo z zamontowanymi specjalnymi ochraniaczami, żeby habit nie wkręcił się w koła czy w łańcuch. Do tego jeszcze kask nałożony na welon i można jechać w świat. Kwestię habitów również postanawiam wyjaśnić: owszem, da się w nich ćwiczyć, ale lepiej włożyć taki roboczy: lekki i nieco zużyty, żeby był przewiewny i można się było w nim tarzać po podłodze. – Można się przyzwyczaić – śmieje się s. Anna.
 
Remont za opłatki?
Budynek w niczym domu dziecka nie przypomina. Duży, z czerwonej cegły, z zadbanym ogrodem, wygląda jak duży dom jednorodzinny. Wewnątrz przeplata się życie sióstr i wychowanek. Kaplica jest zakonna, ale dziewczyny również mogą się w niej modlić. W kuchni w dzień powszedni gotuje siostra, w weekendy władzę przejmują dziewczyny. W jadalni siadają razem. Pięć z sióstr jest jednocześnie wychowawcami w domu dziecka, więc odrabiają z dziewczynami lekcje, rozmawiają, spędzają codziennie kilka godzin razem. Zresztą w tak niewielkiej przestrzeni nie da się uniknąć kontaktów. Nie ma wątpliwości, że to nie jest instytucja, tylko dom rodzinny: może tylko ciut większy od innych. Z jednym zastrzeżeniem. W domu rodzinnym nie pojawiają się kontrole i nikt nie sprawdza, czy spełnione są wszystkie standardy bezpieczeństwa.
Tu, w Siennicy, problem zaczął się od zbyt wąskich klatek schodowych. Dwa lata temu urzędnicza kontrola stwierdziła, że za wąskie są schody w budynku i za ciasna klatka schodowa. Wydała nakaz przebudowy, wyznaczając termin kolejnej kontroli na grudzień 2017 r. Siostrom udało się w tym czasie zrobić projekt prac, pouzgadniać go w odpowiednich urzędach i zebrać część pieniędzy. Część – to znaczy zdecydowanie za mało. Zgromadzenie jest ubogie, każdy z domów sam zadbać musi o swoje utrzymanie. W Siennicy siostry odkładały na przykład pieniądze, uzyskane z rozprowadzania opłatków na Boże Narodzenie. Nietrudno sobie wyobrazić, że z opłatków remontu szacowanego na ponad 300 tys. złotych zrobić się nie da. Kiedy jednak siostry przedstawiły w urzędzie dokumenty: projekt i kosztorys, uzyskały zgodę na przedłużenie terminu przebudowy do końca 2018 r. Miały świadomość, że jeśli nie uda się naprawdę szybko zebrać pieniędzy i ruszyć z remontem, ich dom dziecka zostanie zamknięty. Mniejsza nawet o same siostry, ważniejsze są dzieci. W okolicy działa wprawdzie jeszcze jeden dom dziecka, ale jest dużo większy, więc do 2021 r. przestanie istnieć. Wtedy to działać będą mogły tylko domy dla maksymalnie 14 podopiecznych. Utrzymanie tamtego dużego budynku dla takiej grupki dzieci przestanie być opłacalne. Rodziny zastępcze w okolicy są przepełnione. Co stanie się z dziećmi, jeśli i domu sióstr również zostanie zamknięty?
 
Ważniejsze niż skarpetki
Przebudowa klatki schodowej na pierwszy rzut oka wygląda banalnie. Każdy jednak, kto próbował zrobić mały remont w starym domu wie, że zwykle kończy się to raczej budowaniem od podstaw. – Kuchnia i jadalnia są na górze. Będą przeniesione na parter – tłumaczy s. Anna. – Obecny refektarz stanie się kaplicą. Pokoje dla dzieci są w dobrym stanie, ale okazało się, że brakuje w nich wentylacji, więc i to trzeba zrobić. Wejście do łazienki nie może być bezpośrednio z pokoju dziennego, więc trzeba dobudować ścianę. Dziewczyny narzekają, że będą mieć przez to jeszcze mniej miejsca, więc im obiecałam, że na tej ścianie zamontujemy duże lustra z dziennym oświetleniem do robienia makijażu, więc już się cieszą. Do tego dochodzi jeszcze kwestia schodów, podjazdów, łazienki dla niepełnosprawnych. Wszystko trzeba przerobić, łącznie z parkingami, hydrantami i ścieżkami ewakuacyjnymi. A miała być tylko klatka schodowa!
Nie wytrzymuję i dopytuję o makijaż, bo jakoś mało kojarzy mi się z domem prowadzonym przez siostry zakonne. Okazuje się, że jestem niewolnicą stereotypów. – Oczywiście, że pozwalamy na makijaż! – śmieje się s. Anna. – Po co walczyć z wiatrakami? One i tak się wymalują. I tak zdejmą czapki z głowy. I tak odsłonią kostki, bo „siostro, długich skarpet się nie nosi!”. Przymykamy oczy na rzeczy powierzchowne, żeby nie przegapić tych istotnych. Dla mnie ważniejsze jest, że one są szczerze, że ze mną rozmawiają, niż to, jakie mają skarpetki. Ważniejsze jest, żeby się chciały spotkać, żebym wiedziała, co przeżywają i co się u nich dzieje. A jak wyglądają? To ich sprawa, jakoś przecież muszą się wyrazić!
 
Dom nie instytucja
Formalnie wychowanek usamodzielnić się może już w wieku 18 lat – ale że decyzja zależy od dyrekcji, w Siennicy siostry siadają z dziewczyną i rozmawiają, co dalej. A dziewczyny nie zawsze chcą odchodzić tak szybko. Mają nadal swoje łóżko i miejsce w pokoju, dostają pieniądze na stancję i na utrzymanie, studiują, przyjeżdżają na niedzielę czy święta. – Niedawno warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie miało problem, bo pierwszy raz urzędnicy spotkali się z usamodzielnianiem 25-latki – śmieje się s. Anna. – Pewnie, że nie wszystkie historie kończą się tak dobrze, ale my dajemy im wszystko najlepsze, co możemy dać. Co z tym zrobią, to już jest ich sprawa. Cieszy, kiedy zapraszają nas potem na śluby, chrzty, Komunie swoich dzieci, kiedy rodziny adopcyjne nadal chcą utrzymywać z nami kontakt.
W domu jest miejsce dla czternaściorga dzieci: głównie dziewcząt, chłopcy trafiają tu tylko bardzo mali. Obecnie wychowanków jest dziesięcioro. Najmłodszy jest Staś: jego siedemnastoletnia mama trafiła do sióstr, będąc w ciąży, więc po raz pierwszy miały okazję przeżywać wraz z podopieczną ciążę i poród. – Przyjmując ją, słyszałyśmy, że ryzykujemy, że mamy w domu inne dziewczyny, że ona będzie dla nich złym przykładem – wspomina s. Anna. – Owszem, jest przykładem, ale zupełnie inaczej! One widzą, że kiedy dziecko płacze, ona musi do niego wyjść, że wieczorem nie ma już czasu dla siebie, że musi dla niego prać, gotować. Zdecydowałyśmy, że nie będziemy jej wyręczać: to ona jest mamą. Dlatego wszystko przy nim robi sama, my zajmujemy się nim tylko wtedy, kiedy ona wychodzi do szkoły.
 
Zostałyśmy sobą
Po kilku miesiącach w internecie film sióstr ma dziesiątki tysięcy wyświetleń. Remontowe konto wciąż nie jest jeszcze pełne, ale pieniądze spływają nie tylko z najbliższej okolicy, ale i z całej Polski: czasem to pojedyncze złotówki, czasem setki złotych. Ludzie dzwonią z prośbą o modlitwę. Firmy proponują konkretną pomoc w wykończeniu pomieszczeń. Siostra Anna śmieje się, kiedy pytam, czy jest świadoma, jak dobrą robotę robią takie filmy wszystkim żeńskim zgromadzeniom. Dominikanki udające pingwiny, kapucynki na treningu bokserskim, benedyktynki ratujące zabytki w Staniątkach, siostry Miłosierdzia tańczące na plaży: dzięki nim siostry zakonne przestają się kojarzyć z nudnym i niepotrzebnym życiem. Ludzie, niekoniecznie mocno związani z Kościołem, zaczynają dostrzegać ich wyobraźnię i ogromne poświęcenie dla dzieł i dla ludzi, to, ile są w stanie zrobić, by działo się dobro. Można się dziwić lub buntować, ale pobożny i poważny tekst o charyzmacie zgromadzenia raczej nie sprawi już, że uratowany zostanie dom dziecka czy dom pomocy społecznej. Boks czy taniec sióstr sprawia, że do kieszeni sięgają nawet niewierzący – i pomagają.
Siostra Anna mówi, że właśnie dlatego cieszy się, że podjęły to ryzyko i weszły w media. Czy nie czuły się czasem wykorzystane? Czy garnące się do nich media rzeczywiście chciały pomóc, czy tylko cynicznie nabijały sobie oglądalność na ich realnym problemie? Czy nie naruszały prywatności sióstr i domu? – Wszyscy chcieli pomóc, naprawdę wszyscy! – przekonuje s. Anna. – Owszem, dziwiły nas czasem niektóre tytuły, ale widać takie są prawa rynku. Ale wszyscy ludzie, wszystkie spotkania z nimi naprawdę były przecudowne. W radiu dziewczyny miały nawet zorganizowane warsztaty, mogły nagrać swoją audycję, wszędzie otwierały się przed nami drzwi. A prywatność? Mówiłyśmy o tym, o czym chciałyśmy, i nikt ani razu nie przekroczył naszych granic. Jeśli zaznaczałyśmy, że coś mówimy poza kamerami, nigdy nie zostało to wykorzystane. Zostałyśmy sobą, a dostałyśmy konkretną pomoc.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki