Logo Przewdonik Katolicki

Królewskie sny

Wiesław Kot
FOT. MARCIN MAKOWSKI/TVP-PAP

Racje polityczne kontra porywy serca. Moralność chrześcijańska i okrutne prawa wojny. Miłość, przysięga, zdrada i spisek. A na horyzoncie panowanie największego z Piastów – Kazimierza Wielkiego. Tymi atutami zamierza uwieść masową publiczność serial Korona królów. Za nami pierwsze odcinki – pierwsze nadzieje i rozczarowania

Na plus trzeba serialowi policzyć wstępne zarysowanie charakterów i konfliktów. Wyrazista królowa Jadwiga, żona Władysława Łokietka, zaborcza matka Kazimierza, zniechęcona do litewskiej synowej, chętnie pociągająca za sznurki za kulisami. Równie temperamentna synowa (zdecydowanie najlepsza na ekranie Marta Bryła), litewska „poganka”, która nie umie się pogodzić, że została żoną polskiego królewicza w ramach międzypaństwowych układów, a nie z miłości. No i Kazimierz, który wie, że niebawem czeka go tron, a jednocześnie rozumie, że do tego tronu nie dorósł. To sprężynuje akcję i zaciekawia.
Są jednak i rzeczy, które zniechęcają. Nie spodziewaliśmy się rozmachu historycznych seriali tureckich, ale też nie byliśmy przygotowani na dekoracje uboższe niż w Teatrze Telewizji doby PRL-u. A scenę rycerskiego pojedynku naprawdę kilka razy lepiej odtwarzają rekonstruktorzy podczas festynów w Biskupinie. Poza tym przełknęlibyśmy, że postacie z XIV w. posługują się współczesną polszczyzną, bez najmniejszych prób jej patynowania. Ale kiedy królewicz Kazimierz opuszcza ucztę i zwraca się do żony: „Baw gości...”, to już chyba o krok za daleko. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że twórcy będą dojrzewać do własnego dzieła razem z widzami…

Gra o tron?
Serial kręcą równolegle dwie ekipy (ukończono już 40 odcinków). Będą pokazywane od poniedziałku do czwartku – aż do wakacji. „Telewizja publiczna wraca do opowiadania polskiego kanonu kulturowo-tożsamościowego i robi to w środkach wyrazu, które wreszcie trafią do widza masowej wyobraźni” – tłumaczył prezes TVP Jacek Kurski. Prezes jest przekonany, że serial będzie się cieszył co najmniej takim wzięciem jak tureckie Wspaniałe stulecie. „Chcemy historię pokazać przez fajne, interesujące, bogate, ciekawe, silne postaci. Za ich pośrednictwem troszkę przypomnieć widzom średniowiecze. Myślę, że to połączenie jednego z drugim sprawi, że będziemy się uczyć, nie wiedząc nawet, że się uczymy” – mówiła Ilona Łepkowska, która podjęła się opieki scenariuszowej nad serialem. Początkowo specjalistka od telenowel była zdruzgotana: „To, co dostałam, to była według mnie recepta na kompletną klapę. Na dobrą sprawę brakowało wszystkiego, co powinno się znaleźć w takim scenariuszu. Nie było ekspozycji bohaterów, nie było wprowadzenia w całą historię, i nawet próby zarysowania kilku – bo potrzeba ich przynajmniej kilka – osi konfliktów” – tłumaczyła w wywiadzie. Za jej radą prezes Kurski rozwiązał pierwszy zespół scenarzystów i powołał następny, kierowany już bezpośrednio przez Ilonę Łepkowską. „Przyjęłam to zadanie w trybie awaryjnym – wyjaśniała Łepkowska – jako strażak, ale jak się nie pali, to moja rola będzie skończona”. Serial reżyserują Wojciech Pacyna i Jacek Sołtysiak. Z aktorów znanych szerzej zobaczymy Halinę Łabonarską (królowa Jadwiga), Tomasza Sapryka (kanclerz), Roberta Gonerę (Jan Grot) i Sławomira Orzechowskiego (Spytek). Wstępnie emisję serialu zaplanowano na kilka, a nawet na kilkanaście najbliższych lat.

Piastowie budują „drugą Polskę”
Nasze kino i telewizja jakoś nie miały dobrej ręki do czasów piastowskich, choć na ekran przenosiły je wielokrotnie. Zarówno twórcy filmowi, jak i propagandziści zlecający prace nie rozumieli, że świat ludzi średniowiecza ogromnie różnił się od ich współczesności. Tymczasem oni przekonywali, że Piastowie to ludzie z podobnymi problemami i światem pojęć, tylko żyli trochę wcześniej. To nie mogło się udać…
Film Bolesław Śmiały (1972) w reżyserii Witolda Lesiewicza ekipa gierkowska przetrzymała na półkach aż dwa lata. Powód był prosty – film o konflikcie biskupa Stanisława ze Szczepanowa i króla Bolesława Szczodrego powstał na zamówienie jeszcze gomułkowskiego aparatu propagandowego, który zalecał, by dzieło miało wymowę skrajnie antyklerykalną. Gierkowi zaś nie spieszyło się do konfliktów z Kościołem tuż po masakrze robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. A tu dostał po poprzedniku takie „kukułcze jajo”! Bo propaganda gomułkowska była prosta jak sposób rozumowania pierwszego sekretarza: działania króla miały zostać zinterpretowane jako „jedynie słuszne i postępowe”. Za to biskupa poznajemy w filmie głównie jako twórcę antypaństwowych spisków w kolaboracji z niemieckimi zakonnikami (główna obsesja Gomułki). Te oskarżycielskie wywody kompletnie jednak zatarły się w miałkim i papierowym filmie, który „został nakręcony w konwencji słuchowiska”. Na szczęście na dziełko wyłożono tylko 11 mln złotych, więc tyle co nic w porównaniu z Kopernikiem (30 mln) i bez żadnego porównania z naszym najlepszym filmem historycznym, Potopem (143 mln).
Podobne perypetie przechodził film Gniazdo (1974, reż. Jan Rybkowski). Ta opowieść o początkach państwa polskiego również została zamówiona u scenarzysty Aleksandra Ścibora-Rylskiego za czasów schyłkowego Gomułki. Scenarzysta wywiązał się i osią swojego tekstu uczynił zmagania Mieszka I z najazdem Hodona, czyli z „nawałą germańską”. Ale kiedy film wchodził do produkcji w trzy lata później, już za Gierka, scenarzysta przestawił akcenty. Walka Mieszka z Hodonem była tylko niewielkim zgrzytem w polityce otwierania się młodego państwa polskiego na Zachód. W oczywistym domyśle pozostawało, że Gierek to prosty kontynuator najbardziej światłych i otwartych nurtów polskiej historii. Film miał głównie publiczność szkolną. „zorganizowaną”, ale i to mu nie pomogło: kosztował 33 miliony złotych, a zarobił zaledwie trzecią część tej sumy. Podobnie jak wiele innych „słomianych inwestycji” tamtego dziesięciolecia.
A przecież Gniazdo nie było ostatnim słowem gierkowskiej propagandy, która miała przypomnieć, że to jemu zawdzięczamy „drugą Polskę”. Analogie do Kazimierza Wielkiego, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”, były więcej niż oczywiste. Najbardziej wówczas oddany władzy tandem reżyserski Ewa i Czesław Petelscy dostał zlecenie na kolejny po Koperniku film-pomnik i – trzy razy większy budżet. Co widać – zarówno królewski dwór, jak i ostatni pachołkowie noszą ubrania jakby wprost spod igły. Choć na przykład krzyżacki poseł na dworze króla ma odrażające, zepsute zęby. Prasa partyjna Kazimierza Wielkiego wynosiła pod niebiosa, ale krytyka branżowa bywała już odważniejsza – film miał premierę wiosną 1976 r. – i Krzysztof Mętrak pytał, czy do budowy postaci wybitnego władcy „wystarczy dziennik TV z XIV w., kiedy Kazimierz po gospodarsku dogląda pracy przy kanale?”. Nie wystarczył. Dziś o Kazimierzu Wielkim pamiętają tylko historycy kina.

Propaganda w serialu
Seriale telewizyjne – adresowane zwłaszcza do młodzieży – do podobnych filmowych schematów dokładały jeszcze jeden: każdego nadciągającego z zachodu wroga Polski piastowskiej przedstawiały jako Krzyżaka. W Gniewku, synu rybaka (spektakl TV z 1969 r.) i w serialu Znak orła za winy Brandenburczyków karani są Krzyżacy. W Panu Samochodziku i templariuszach (1971) krzyżackie płaszcze noszą właśnie templariusze, choć to zupełnie inny zakon, ale producentom telewizyjnym to nie przeszkadzało. 
Przed nowym serialem otwiera się szansa przełamania tej fatalnej, propagandowej passy. Czasy Kazimierza Wielkiego to – z punktu widzenia tego typu produkcji – kopalnia interesujących wątków, intryg, postaci, konfliktów. Wszak Łokietek jeszcze na trzy lata przed śmiercią – i przed zawiązaniem akcji serialu – wysłał Kazimierza z misją dyplomatyczną na Węgry, a ten uwiódł tam córkę miejscowego magnata, Klárę Zách. Na europejskich dworach aż huczało od tego skandalu. A potem było coraz ciekawiej…

 



Dzieje do negocjacji. Manipulacje w polskim filmie historycznym

Warszawska premiera, reż. Jan Rybkowski, 1951
Pierwszy powojenny film historyczny ukazywał perypetie związane z wystawieniem opery Halka Stanisława Moniuszki. Kompozytor dystansuje się od dokonań – jak pisano – „zgniłego Zachodu”, opowiada się za zaostrzeniem „walki klasowej”. A librecista opery Włodzimierz Wolski deklaruje wprost: „«Halka» to przede wszystkim uderzenie w obóz zacofania i ucisku”.

Młodość Chopina, reż. Aleksander Ford, 1951
U progu obowiązywania doktryny socrealistycznej w polskim kinie kompozytora przedstawiono jako wyraziciela politycznych ambicji uciśnionego ludu. To nie przypadek, że komponował mazurki. A jego etiuda c-moll, zwana „Rewolucyjną” prowadziła lud wprost na barykady.

Krzyżacy, reż. Aleksander Ford, 1960
Superprodukcja przygotowana na osobiste polecenie pierwszego sekretarza, Władysława Gomułki, na 15. rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem i 550. rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Wielki Mistrz Zakonu wzywa przed bitwą: „Do dzieła, bracia! Będzie ono krwawe, ale na tysiąclecia zapewnimy panowanie chrześcijaństwa na Wschodzie!”. Rycerze odpowiadają: „Heil! Heil! Heil!”. Film próbował przekonać, że Krzyżakom znacznie bliżej było do Hitlera niż do chrześcijaństwa. Choć – jak na ironię – Zakon w latach 30. nie poparł Hitlera, za co zapłacił wysoką cenę.

Faraon, reż. Jerzy Kawalerowicz, 1966
Film (nominowany do Oscara) wszedł na ekrany pół roku po opublikowaniu słynnego orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Propaganda i krytyka podkreślały, że jest on pamfletem na „kastę kapłańską”, choć wymowa i powieści Bolesława Prusa, i samej ekranizacji była odmienna i bogatsza. Sam reżyser wywodził, iż „Prus był wolnomyślicielem – zajmował stanowisko antyklerykalne i antykapitalistyczne”. Ekranizację Quo vadis? Kawalerowicz nakręci dopiero 30 lat później…

Kopernik, reż. Ewa i Czesław Petelscy, 1973
Filmowy portret astronoma – nakręcony celem uczczenia Roku Kopernikańskiego – akcentował jego „postawę racjonalistyczną” i „wrogi stosunek wobec Kościoła”. Dzieło otrzymało nagrodę Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. Krytyka określiła je jako „spadającą gwiazdę polskiej kinematografii”, ale prasa dostała polecenie, by obraz komplementować i tym sposobem ściągnąć do kin możliwie najwięcej widzów.

Jarosław Dąbrowski, reż. Bohdan Poręba, 1976
Film wyniknął z potrzeby kreowania „socjalistycznych świętych”. Wydział Kultury KC PZPR zlecił nakręcenie dzieła o „bohaterze, który pierwszy związał się z nurtem międzynarodowej walki o wyzwolenie proletariatu”. Powstała koprodukcja polsko-radziecka do scenariusza Jurija Nigibina. Dzieło w sensie filmowym kompletnie martwe przyniosło polskiej kinematografii 20 mln złotych strat.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki