Logo Przewdonik Katolicki

Sztuka najwyższego ryzyka

Wiesław Kot
Kadr z filmu Andrzeja Wajdy "Popiół i diament" / fot. PAP

Czy jeśli na ekranie pojawi się husaria w zwycięskim pędzie, to nastąpi patriotyczne wzmożenie narodu? Wątpliwe, bo kino i historia mówią różnymi językami, tylko niekiedy zdarza im się porozumieć.

Przywołajmy klasyka: – Janek, wiesz jak było! Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji, wiesz... [ Ryszard Ochódzki]. – Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, robię dwudziesty dziewiąty [Hochwander]. – No, to już z samych filmów wiesz, jak było (Miś, reż. S. Bareja, 1980). To jest to! Marzenie każdego polityka, stratega społecznego, propagandysty: jak nakręcimy wdechowy film, ludzie uwierzą  w to, co zobaczą na ekranie. Mniejsza o to, jak było naprawdę. I mają rację – przynajmniej częściowo. Bo ludzie chętniej pójdą na film ujmujący, choć załgany, niż na ten, który wprawdzie podaje prawdę, ale strasznie nudzi. Nic dziwnego – film to sztuka, a nie referat na kółko historyczne.
 
Film uczciwy, film poczciwy 
To warto przypomnieć, gdy wokół słychać głosy typu: jeżeli na ekranie pojawi się dostatecznie dużo skrzydeł husarskich w zwycięskim pędzie, i będzie to bardzo dużo kosztować, to nastąpi patriotyczne wzmożenie narodu. Otóż tak prosto to nie działa. Przykładów są setki, ale weźmy ten z wczoraj.  Historia Roja, wyreżyserowana przez Jerzego Zalewskiego, świetnie udokumentowana przez Wacława Holewińskiego, historyka badającego epokę od lat. Szkoda, że niewiele z tego wynika. Historia Mieczysława „Roja” Dziemieszkiewicza wywiedziona jest chaotycznie, podział na czarne i białe charaktery jak w kiepskim westernie. Aktorstwo – czyste drewno. Jakby „Rój” tak walczył, jak oni robią o nim film, UB schwytałoby go po tygodniu, a nie po sześciu latach. Z tego szlachetnego w intencjach obrazka za miesiąc, dwa nikt nie będzie pamiętał – obym się mylił! – nawet jednego marnego kadru. Tymczasem wszyscy choć trochę zainteresowani filmem pamiętają doskonale całą sekwencję z Żołnierzem Wyklętym, nakręconą 60 lat temu, w głębokim PRL-u. W dodatku zakłamaną. Patrzą i podziwiają, choć nie są ani bezmyślni, ani niedokształceni. Przyjrzyjmy się temu dziwowisku. To bardzo pouczające.
 
Diament w popiele 
Oto Zbyszek Cybulski podpala szklaneczki ze spirytusem, wspominając kumpli poległych w powstaniu warszawskim. Scena hołdu dla pokolenia AK z Popiołu i diamentu (1958) Andrzeja Wajdy. Po latach stalinowskiego zakłamania była jak haust świeżego powietrza. Polska się w niej zakochała. W porządku. Tylko – nic się w niej nie zgadza!
Zacznijmy od drobiazgów. Dlaczego alkohol w tych szklaneczkach płonie od zapałki? Przecież barmanka serwuje gościom jarzębiak albo koniak, a te przecież nie płoną. No tak, ale – niuans schowany w fabule – przecież właśnie zaczyna się raut nowej władzy: jest radziecki generał, szef miejscowego UB, ledwie wczoraj oderwany od pasania bydła, minister w nowym rządzie. A oni nie będą się raczyć koniakiem. Na tę hołotę czeka w szklankach spirytus, który Maciek podpali w hołdzie.
Dalej: w tle słychać Czerwone maki. Oczywiście nikt do nich nie tańczy. Pięknie, ale ta piosenka powstała ledwie rok wcześniej pod Monte Cassino i 8 maja 1945 r. nie miała prawa być znana na kieleckiej prowincji. Jeszcze jej na płyty nie na grali, a Niemcy pokonfiskowali radia. Ale gdyby nawet! Czemu szansonistka nie śpiewa tuzom nowej władzy Płynie, płynie Oka albo Spoza gór i rzek, tylko hymn armii Andersa? Jakiś absurd.
A pytania się mnożą. A dlaczego ten Cybulski jest tak dziwnie ubrany? Kurtka w stylu „military”? Przecież transporty z UNRR-y dotrą tu dopiero za rok. Powinien nosić burą, za szeroką jesionkę do kolan. Na głowie kapelusz z piórkiem, niżej spodnie typu bryczes – do konnej jazdy. A on nosi obcisłe dżinsy. Powstańcy warszawscy nie walczyli w dżinsach! Bo Cybulski wcale nie nosi kostiumu powstańca, model 1944. Ma na sobie ciuchy, które można było kupić tylko na Bazarze Różyckiego, i to w sezonie 1958. Chadzali w nich warszawscy bikiniarze. A oni nie byli zapatrzeni w powstańców, lecz w Jamesa Deana, ówczesną zbuntowaną gwiazdę kina amerykańskiego. I to James Dean, którego styl naśladuje Cybulski, zapala te lampki ku pamięci powstańców.
Absurdalne? Absurdalne! Działa? Działa! Bo kino jest sztuką sugestii, wmówienia, iluzji, hipnozy, która porwie widownię. Żeby nakręcić scenę, która zaprze dech milionom, trzeba geniuszu. Tego jednego błysku natchnienia. Na nic tu sto słusznych i wyczerpujących referatów. Pamiętajmy: kino i historia mówią różnymi językami, tylko od czasu do czasu zdarza im się porozumieć.
 
Kolaboranci i inni 
No to zobaczmy, na jakich warunkach to porozumienie. Brnijmy w ten Popiół i diament. Któż to lituje się tu nad Żołnierzem Wyklętym? Ano, pisarz Jerzy Andrzejewski, którego powieść stała się kanwą scenariusza. Ale to nie jest ten przedwojenny Andrzejewski, pisarz katolicki, autor Ładu serca. Aktualnie trwa w fazie zaczadzenia komunizmem i jest żołnierzem Partii na froncie ideolo. Nie przypadkiem to właśnie jemu Jakub Berman, aparatczyk nasłany przez Moskwę, podsuwa teczkę chłopaka, który na ulicy Ostrowca Świętokrzyskiego zastrzelił przedwojennego komunistę i agenta sowieckiego. A sam został – najprawdopodobniej – wykończony przez bezpiekę. Wszystko po to, by w zgrabnej powieści, która będzie lekturą szkolną, zasugerować milionom, że całe to pokolenie AK-owskie nadawało się w gruncie rzeczy tylko na śmietnik historii. Jak ten Maciek-Cybulski, który w filmie zdycha na miejskim wysypisku.
A kto robi z tego film o randze – bez żadnej przesady – arcydzieła? Toż to Andrzej Wajda, syn kapitana Jakuba Wajdy, którego Sowieci rozstrzelali w ramach mordu katyńskiego. Młody Wajda doskonale wiedział, kto zabił jego ojca, a przecież kręci film, który tłumaczy milionom – w Polsce, ale i na świecie – że ta sowiecka władza wcale nie była taka straszna. A to pokolenie AK? No cóż, znalazło się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
No i co z tego, że i Andrzejewski, i Wajda z czasem przejrzeli na oczy. Wajda nakręcił Człowieka z marmuru i Katyń. Andrzejewski podpisał deklarację KOR-u. Coraz silniej docierała do niego skala zafałszowania historii, której się dopuścił. Wyrzuty sumienia topił w alkoholu. Już na kilka lat przed śmiercią w 1983 r. można z nim było załatwiać sprawy tylko przed dzisiąta rano. Później już zasadniczo nie trzeźwiał.
No tak, ale Popiół i diament się napisało i się nakręciło. I nie da się tego odkręcić. Powiedzmy to wielkimi literami: ten film, a w nim scena podpalania lampek spirytusu, to arcydzieło. Arcydzieło sztuki filmowej i arcydzieło propagandy. Prawdy artystycznej i kłamstwa historycznego. Jednocześnie! I tego węzła nie da się rozsupłać.
 
Nakazane piosenki 
Z tym że Popiół i diament to jednak diament. Większość PRL-owskich filmów historycznych to kit i chałupnictwo. Zaczęło się już od pierwszego powojennego filmu, od Zakazanych piosenek. Rzadko się pamięta, że film miał aż trzy premiery. Władza za każdym razem wnosiła pretensje, że film za mało popiera nowy ustrój i nowych sojuszników. Twórcy zdejmowali go z ekranów i dokręcali stosowne sceny. I co widzimy w wersji ostatecznej? Młodziutka Danuta Szaflarska, łączniczka z powstania, idzie w prawdzie do niewoli, ale pociesza kolegów z konspiracji. Bo z prawej strony Wisły słychać radzieckie działa: „Słyszycie? Ich armaty grają na Pradze. – Nasze armaty…”. Tymczasem „nasze” armaty nie „grały”. Ofensywa radziecka zatrzymała się na Wiśle, a Stalin czekał, aż Warszawa się wykrwawi. Widzowie pamiętali, przecież to było zaledwie dwa-trzy lata temu. Powinno im to było film obrzydzić do szczętu. Ale nie! W tych koszmarnych powojennych warunkach Zakazane piosenki ściągnęły do kin 14 mln widzów.
Ten rekord odebrali im dopiero po piętnastu latach Krzyżacy (1960) Aleksandra Forda. Ale na ten obraz spędzano, kogo się dało: szkoły, domy starców i garnizony. Historia była tu tylko błahym pretekstem. Film miał godzić w „odwetowców z Bonn”, dopieszczać antyniemieckie fobie Gomułki. Nieograniczony budżet, kolorowa taśma Eastmana, którą do wywołania każdego dnia dostarczano samolotem do Paryża, żeby żadna polska ręka ich – broń Boże! –  nie dotykała. W sekwencji bitwy grunwaldzkiej przeszło dwa tysiące koni i trzy tysiące statystów. Uzbrojenie rycerskie – jakie tylko było w magazynach: nie szkodzi, że stosowane dopiero sto lat po Grunwaldzie. To miało się podobać młodym, więc wyjątkowo pozwolono reżyserowi kręcić „po amerykańsku”, czyli z zastosowaniem ostrych cięć montażowych. Bitwa grunwaldzka trwa wprawdzie tylko 15 minut, ale zawiera aż 152 ujęcia. Film był montowany tak „ostro”, jak żaden inny od Władywostoku po Łabę.
Obuchem walił w Krzyżaków jako prostych poprzedników hitlerowców. Stąd w ich obozie przed bitwą rozlega się donośne „Heil!”. Jeden z wodzów krzyżackich rusza do  bitwy z hasłem: „Gott mit uns”.  Drugim oskarżonym jest Kościół. Zakon Najświętszej Marii Panny rabuje i wycina katolicki naród (Bogurodzica przed bitwą) na bezpośredni rozkaz z Watykanu.
A przecież poza tą nachalną propagandą są tam i rzeczy warte uwagi. Najważniejsza, którą podchwycił już Jan Długosz w swojej Historii Polski (1480). Jagiełło kazał na siebie czekać wojskom krzyżackim przez kilka godzin w lipcowy upał. Toż oni się pod tymi blachami gotowali, kiedy w końcu wojska polskie wyszły z cienistego lasu! Nie bardzo to było po rycersku… I dalej. Krzyżacy bez skrupułów wykorzystują polskie chłopstwo do budowania ich potęgi. Uwadze widza umyka jednak, że polscy rycerze postępują podobnie. Maćko z Bogdańca planuje ze Zbyszkiem walczyć na Żmudzi, skąd łatwo pozyskać łupy i niewolników do karczowania puszczy. Tenże Maćko w ranek przed bitwą zachęca: „Pokłońmy się słońcu”. Niby rycerstwo chrześcijańskie, ale… Tatarski sojusznik Jagiełły, po otrzymaniu rozkazu co do własnej roli w bitwie dodaje: „Allah Akbar!”. W świetle dzisiejszych doświadczeń…
Film, pomimo tak wysokiej frekwencji, nie wzmógł jednak antygermańskich nastawień. Prowokował raczej do kpinek. Rycerze jadą leśnym duktem i nagle widzą starca w zgrzebnym worze, z kosturem. Rozpoznają straszliwie okaleczonego Juranda ze Spychowa. „Gdzie ci się to stało?” – pytają. Jurand w milczeniu (ma wycięty język) kreśli na piersi szeroki krzyż. „Nie gadaj! Na pogotowiu?!”.
 
Polskie Ikary 
Dziś nie musimy koniecznie przekładać „białych plam” na fabuły filmowe. Zwłaszcza gdy nam to ewidentnie nie wychodzi. Dajmy zarobić nauczycielom historii! Może więc raczej przypowieść – jak najbardziej prawdziwa – o tym, jak wysoko potrafimy wzlecieć i jak nisko upaść?  O polskich Ikarach. Mają ulice w każdym mieście, ale nikt się nawet nie zająknie, by wziąć ich przed kamerę. Inżynier Stanisław Wigura był niezwykle uzdolnionym konstruktorem lotniczym. Błysnął zwłaszcza serią na wskroś oryginalnych samolotów RWD. O poruczniku Franciszku Żwirce mawiano, że pofrunie nawet na drzwiach od stodoły. Równie łatwo przychodziło mu bicie rekordów wysokości lotu, co przelatywanie możliwie najniżej nad poligonem pod Grudziądzem, gdzie ćwiczyli ułani w pełnym szyku. Spłoszone konie rozbiegały się we wszystkich kierunkach, co młodemu pilotowi dostarczało dzikiej uciechy. Tandem Żwirko-Wigura wystartował na największej imprezie lotniczej świata – Challenge ’32. Samolot RWD-6 był konstrukcją pomysłową, choć amatorską. Wyklepano go młotkami w hangarach na Okęciu. Trasę 7 tys. kilometrów należało pokonać w sześć dni. Na mecie w Berlinie Żwirko i Wigura w swoim RWD-6 stawili się jako pierwsi. Kiedy wylądowali w Warszawie, rozentuzjazmowany tłum przeniósł ich na rękach z lotniska pod Belweder. To ich uskrzydliło ponad wszelką miarę. Po kilku dniach odpoczynku postanowili polecieć na zawody do Pragi. Niestety, tym swoim wysłużonym samolocikiem. Nie zrobili nawet przeglądu technicznego. Zapomnieli, że toto wyklepane młotkami. Wierzyli w swoje talenty, przychylny los, szczęście... Kiedy lecieli nad Cieszynem, dmuchnęło mocniej. Maszyna po prostu rozpadła się w powietrzu. Runęli! A przecież w naszej pamięci wciąż szybują. Wyżej i wyżej…
 
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki