Sprzedawcy dymu

Biskup polowy krytykuje ministra obrony narodowej – rozkrzyczały się nagłówki niektórych mediów.
Czyta się kilka minut
Fot. Magdalena Książek
Fot. Magdalena Książek

Na pierwszy rzut oka zapowiadało się na nie lada wydarzenie. Kto jednak chciał, ten szybko przeczytał o co szła rzecz – z okazji 99. rocznicy powołania Sztabu Generalnego Wojska Polskiego bp Józef Guzdek pytał, co może sobie myśleć młody żołnierz, który wstępuje do armii. „Co może myśleć o polskiej armii młody, zdolny człowiek, do którego wciąż docierają sprzeczne informacje o priorytetach wojska, o jego sile i znaczeniu, o ciągłych reformach w strukturach dowodzenia w siłach zbrojnych” – pytał w homilii. I przestrzegał słowami papieża Franciszka przed „sprzedawcami dymu”, którzy sprzedają fałszywe iluzje, „czarują słowem, nie myśląc o konsekwencjach”.
Rzeczywiście na pierwszy rzut oka można te wypowiedzi uznać za polityczne. No bo właśnie trwa dyskusja na temat reformy struktur dowodzenia i jak liczne powinno być wojsko. Łatwo jednak stwierdzić, że sprzedawcami dymu, którzy handlują iluzjami, są politycy. Tyle tylko, że nim utwierdzimy się w przekonaniu, że oto doszło do jakiegoś sporu, warto rzucić okiem na kontekst. Prześledzić wcześniejsze homilie biskupa polowego, przyjrzeć się jego relacjom z kolejnymi ministrami obrony narodowej (bp Guzdek jest w ordynariacie polowym od 2010 r.). I wówczas wszyscy, którzy już liczyli, że oto szykuje się konflikt, przeżyją rozczarowanie. Taki jest styl działania biskupa polowego, on w ten sposób mówi, za swój pierwszy obowiązek uważając duszpasterstwo powierzonych mu żołnierzy. Czy kiedyś wcześniej można było usłyszeć jego kazanie, które miało jakieś polityczne konotacje? No właśnie, choć o rozmaitych konfliktach spekulowano już za czasów rządów PO, gdy likwidowano kolejne garnizony i od biskupa polowego oczekiwano również uszczuplenia liczby wojskowych kapelanów.
Ale z tej historii płynie dość smutny wniosek: otóż niektórzy tylko czekają na okazję, by wykorzystać politycznie słowa duchownych. Ci, którzy źle życzą obecnej władzy, z nadzieją wyszukują rozmaitych wypowiedzi księży, biskupów, arcybiskupów czy kardynałów, szukając w nich drugiego dna, by stwierdzić: oto Kościół wchodzi w konflikt z PiS. Ale i tak zwana druga strona lubi szukać argumentów na rzecz tezy, że biskupi są sojusznikami obecnej władzy i starają się interpretować różne wypowiedzi jako afirmację konkretnych posunięć politycznych PiS.
Ta instrumentalizacja Kościoła jest niebezpieczna. Wynika z niezrozumienia misji Kościoła. Jego rolą jest dbanie o zbawienie człowieka, a nie sukces wyborczy; głoszenie Dobrej Nowiny, a nie Dobrej Zmiany; zachęcanie do nawrócenia każdego, ale to każdego człowieka, a nie tylko wyborców jakiegoś ugrupowania. Oczywiście drogi Kościoła i polityki się przecinają, ale to nie zmienia faktu, że dotyczą one różnych porządków i różnych rzeczywistości. Ale jest i inne ryzyko. Jeśli politycy chcą być blisko Kościoła, w niezręcznej sytuacji znajdują się ich polityczni oponenci. Mogą spytać, czy znajdzie się miejsce w Kościele również dla tych, którzy głosują na innych polityków. A przecież katolicki znaczy powszechny.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 45/2017