Logo Przewdonik Katolicki

Pielgrzymki, które budowały kraj

Dorota Niedźwiecka
Fot. Archiwum pielgrzymki

Czym dla wagonów jest lokomotywa, tym dla wrocławskiego społeczeństwa w stanie wojennym były piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Pociągały umysł i ducha, nadając im kierunek.

Na początku lat osiemdziesiątych Wrocław był jednym z największych ośrodków opozycji. W tym czasie powstała w nim jedna z najważniejszych pieszych pielgrzymek na Jasną Górę – wyodrębniona podczas decentralizacji z pielgrzymki warszawskiej. Po raz pierwszy wyruszyła na początku sierpnia 1981 r.
Pół roku później, już w stanie wojennym, komunistyczne władze Wrocławia do tego stopnia zaczęły przestrzegać zakazu zwoływania zgromadzeń, że podczas kolędy w akademikach księżom nie wolno spotykać się z młodzieżą w jednej dużej sali. Urzędnicy państwowi zdawali sobie sprawę, że pielgrzymka stanowi o wiele większe wyzwanie. W najtrudniejszym momencie stanu wojennego w tym wydarzeniu, kształtującym świadomość opozycyjnych środowisk, brało udział ponad 14 tys. osób. Mimo to w kolejne lata władze wydawały pozwolenia na jej wymarsz.
 
Modlitwa i świadomość
W stanie wojennym trzeba było zachować ostrożność. Za noszenie opornika w klapie można było dostać od milicji pałami. Tymczasem na pielgrzymce ludzie mogli mówić, co czują, i nazywać po imieniu to, co działo się wokół.
– Pielgrzymka to były godzinki, różaniec, Msza św. (wielu z uczestników szło przede wszystkim po to, by umacniać wiarę), a pomiędzy nimi wykłady szanowanych wówczas w środowisku osób: prof. Józefa Łukaszewicza, rektora Uniwersytetu Wrocławskiego, historyka Krzysztofa Turkowskiego, o. Ludwika Wiśniowskiego – wspomina Kuba Stadtmüller, który przez piętnaście lat pełnił funkcję głównego kwatermistrza pielgrzymki. – Prelegenci mówili o godności i wolności człowieka, o wolności wypowiedzi. Przypominali mało znane wówczas karty historii, o których nikt nie uczył w szkole: tworzenie II RP, wkroczenie Armii Czerwonej 17 września 1939 r. na tereny Polski, ludobójstwo w Katyniu. Budowali wolnościową świadomość.
Kuba Stadtmüller, jak wielu innych organizatorów duchownych i świeckich wrocławskiej pielgrzymki, chciał, by ludzie mogli się modlić i by udało się „zjednoczyć naród”. Z roku na rok świadomych pielgrzymów przybywało. Wiedzieli, że chcą żyć w kraju, w którym można się swobodnie wypowiadać, a paszporty ma się w domu i używa ich bez kontroli „Wielkiego Brata”.
 
Komuniści też ludzie
Wrocławianie pielgrzymowali na Jasną Górę od 1981 r. nieprzerwanie – choć w stanie wojennym przepisy mnożyły się z miesiąca na miesiąc, a przed wyruszeniem trzeba było zdobyć ponad dwadzieścia zezwoleń. Mimo wszystko komuniści owe zezwolenia wydawali.
– Na pewno nikogo nie przekupywaliśmy – mówi ks. Andrzej Dziełak, współorganizator pierwszych pielgrzymek. – Przydatne były umiejętności dyplomatyczne, zarówno arcybiskupa, jak i znających mentalność komunistów księży z kurii. I modliliśmy się, a Pan Bóg działał tam, gdzie my nie mogliśmy. Przecież komuniści to też ludzie, a wielu z nich zwyczajnie bało się Mu narazić.
Organizacji jednak nikt nie ułatwiał. „Ponieważ pielgrzymka jest piesza, nie widzimy uzasadnienia, żeby przyznać przydział benzyny” – takie pismo od władz otrzymali główni organizatorzy pielgrzymki ks. Stanisław Orzechowski i ks. Andrzej Dziełak. W czasach, gdy paliwo było limitowane, oznaczało to, że w trasę nie pojadą karetki, samochody z prowiantem i samochody wiozące bagaże. – Za pozwoleniem zwierzchnika archidiecezji rozesłaliśmy prośby do parafii o wsparcie, cytując list od władz – wspomina ks. Dziełak. – Na efekt nie trzeba było długo czekać. Przychodziły do nas nawet staruszki, niosąc wypełnione benzyną butelki po mleku.
 
Trudności kształtowały ducha
Ks. Stanisław Orzechowski wspomina, że pielgrzymce towarzyszyła niemal nieustanna inwigilacja urzędników spraw wewnętrznych. „Smutni panowie” najpierw przestrzegali, by nie upowszechniać treści politycznych, a  potem straszyli, że w przyszłym roku zezwolenia nie dadzą. Uprzykrzali mniej lub bardziej pielgrzymkową codzienność. Na trasie organizatorzy często musieli przeprowadzać z nimi długie rozmowy i wyjaśniać zastrzeżenia. W kablach od nagłośnienia porządkowi znajdowali szpilki, które unieruchamiały sprzęt na kilka godzin. Ktoś potłukł zapasy lekarstw dla służby medycznej. Na obrzeżach pielgrzymki nyski dystrybuowały niedostępny wówczas w sklepach alkohol, a ubek w sutannie rozdawał pisma pornograficzne. Trudności i prowokacje jednoczyły ludzi. Gdy w jednej z grup zniszczone zostały namioty, rok później otrzymała ona z Francji bezprzewodowe nagłośnienie, wojskowe kotły do gotowania wody i termosy.
Trudności zachęcały ludzi do jeszcze większego zaangażowania w działaniu, kształtowały ducha. – Towarzyszyła nam przede wszystkim radość i wiara w ludzi – mówi Kuba Stadtmüller. – Raczej nie myśleliśmy o tym, kto wśród nas może być z UB. To, że ktoś pisze donosy, traktowaliśmy jako normalne, przecież to była jego praca. Zdarzało się, że księża na kazaniach komentowali z humorem: „Teraz, panowie, proszę uważniej zanotować”. Stawialiśmy na budowanie wspólnoty i nie baliśmy się, czy po pielgrzymce nas za to ktoś zamknie, czy nie. Zresztą zdarzało się to bardzo rzadko.
 
Wolność jest wolnością myśli
Na jednej pielgrzymek przez cztery dni i noce padał ulewny deszcz. Niektórzy nie mieli już suchej odzieży. W okolicach Bierutowa do organizatorów podjechali wołgą ubrani w garnitury panowie. – Jesteśmy rodzicami idącej w pielgrzymce młodzieży – kłamali, chociaż czarna wołga ich nie uwiarygadniała. – Dla ich dobra, by nie skończyło wypadkiem czy śmiertelnym zapaleniem płuc, prosimy, żeby pielgrzymkę przerwać.
Organizatorzy podziękowali za troskę, a wieczorem opowiedzieli o tym pielgrzymom. Ludzie zareagowali żywiołowo: nie było szans, by rozwiązać pielgrzymkę.
Duszpasterze rozumieli, że młodym zagraża pokusa odwetu na komunistach, a niewłaściwe podane treści wolnościowe mogą w dalszej perspektywie prowadzić do krwawej rewolty. Ks. Aleksander Zienkiewicz (dziś kandydat na ołtarze) i inni duszpasterze otulali gorące głowy zimnymi okładami spokoju, mądrej strategii i zaufania Bogu. Gdy młodym zaciskały się pięści wobec władzy totalitarnej, duszpasterze i prelegenci pomagali je rozprostować i składać do modlitwy. – Człowiek może ograniczyć wolność drugiemu człowiekowi, ale nie może jej odebrać. Człowiek wierzący, pomimo ograniczenia jego wolności przez drugiego człowieka, może być wolny. Wolny był Janusz Korczak, idąc z dziećmi na śmierć, i wolny był Maksymilian Kolbe. Aby być wolnym, trzeba myśleć. Człowiek zaczyna się od pytania o sens istnienia – tak mówił do pielgrzymów Jan Waszkiewicz w 1982 r.
– U człowieka, który wczuł się w Ewangelię, pragnienie „dołożenia” komunistom schodziło na dalszy plan – twierdzi ks. Andrzej Dziełak. – Na pierwszy wysuwało się pragnienie tworzenia tego, co pozytywne.
 
Nieludzkich po ludzku
Pielgrzymka wrocławska i zajmujące się organizacją pielgrzymki duszpasterstwo akademickie miały ogromny wpływ na kształtowanie postaw późniejszych działaczy społecznych i polityków oraz obrazu polityki. To na pielgrzymce niesiono hasła wolnościowe, żądające uwolnienia Władysława Frasyniuka czy wsparcia dla Piotra Bednarza, późniejszego znanego działacza wrocławskich związków zawodowych „Solidarność”. Te hasła przekładały się na działalność pomocową w środowiskach. To pielgrzymka uczyła, że nawet osoby zachowujące się nieludzko można traktować po ludzku – i przygotowywała Polskę do transformacji, która mogła się dokonać bez krwawej rewolucji.
– Już wtedy wiedzieliśmy, że jesteśmy różni, że mamy różne poglądy – podsumowuje Kuba Stadtmüller . – Wspólnotę budowaliśmy, bo chcieliśmy budować wolny kraj.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki