Logo Przewdonik Katolicki

Mimo szykan, szedł

Hubert Kubica
Fot.

Po piątym spisaniu w ciągu dnia wszyscy mnie pytali: "Kaziu, co robimy?" Odpowiadałem: "Idziemy dalej". Kazimierz Matuszewski to sześćdziesięciojednoletni, aktywny emeryt, który mieszka w podpoznańskim Czerwonaku. Obecnie zajęty jest rozbudowywaniem swojego domu. Na pielgrzymce był trzydzieści dziewięć razy z rzędu, o czym chętnie opowiada. Z przyjemnością pokazuje również zdjęcia...

Po piątym spisaniu w ciągu dnia wszyscy mnie pytali: "Kaziu, co robimy?" Odpowiadałem: "Idziemy dalej".
Kazimierz Matuszewski to sześćdziesięciojednoletni, aktywny emeryt, który mieszka w podpoznańskim Czerwonaku. Obecnie zajęty jest rozbudowywaniem swojego domu. Na pielgrzymce był trzydzieści dziewięć razy z rzędu, o czym chętnie opowiada. Z przyjemnością pokazuje również zdjęcia sprzed trzydziestu ośmiu lat z pierwszej jego pielgrzymki do Częstochowy. Był to 1966 rok. Polska obchodziła wówczas Tysiąclecie Chrztu Polski. W kraju rządził niepodzielnie Władysław Gomułka, który już w 1958 roku wypowiedział otwartą wojnę Kościołowi. Atak był bardzo zdecydowany i dotyczył wszystkich sfer działania, również pieszych pielgrzymek. Jedyną, która mogła iść do Częstochowy, była warszawska. Poznańska pielgrzymka była zakazana. Pomimo to... szła. Od 1960 roku jej przewodnikiem był Teodor Nowak. Młody Kazimierz chodził wówczas wraz z mamą do Dąbrówki Kościelnej. Do udziału w poznańskiej pielgrzymce namówił go ksiądz Stanisław Pioterek. - Nie było żadnych ogłoszeń w kościołach. Jednak każdy, kto szedł na pielgrzymkę, miał za zadanie przyprowadzić dziesięć osób. Tak, aby na Tysiąclecie wyruszyło tysiąc pielgrzymów. Jednak zebrało się nas tylko około stu - wspomina pan Kazimierz. Dla władzy było to "nielegalne zgrupowanie", a dla pana Kazimierza pierwsze poważne wyzwanie. Jednak to najważniejsze nastąpiło rok później.
Ciągłe szykany
Od czasów powojennych prawie nieustannie szykanowano pielgrzymów. W okresie największego nasilenia terroru stalinowskiego pielgrzymka nie szła w ogóle. Ponownie ruszyła dopiero w 1957 roku. Jednak ciągle była nielegalna. Na przykład w 1960 roku milicja, aby "wyłapać" pielgrzymów, obstawiła wszystkie drogi wokół Jarocina. Pątnicy przedzierali się do sąsiedniego województwa okrężnymi drogami, które wiodły przez lasy i pola, często drogę pokonywali biegiem, dźwigając na plecach ciężkie bagaże. Później spotykali się z innymi i pielgrzymowali dalej razem. Podobnie było przez całe lata sześćdziesiąte. Jednak najtrudniejszy okazał się dla pana Kazimierza rok 1967 - miał wtedy dwadzieścia cztery lata i samodzielnie poprowadził poznańską pielgrzymkę do stóp Czarnej Madonny. - Co środę w poznańskiej farze odprawiano Nowennę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Władzom ona się nie podobała. U księdza Józefa Janego, proboszcza fary, przeprowadzono rewizję, poszukując "nielegalnie wydrukowanych" książeczek z nowenną. Przy okazji znaleziono cały plan tras oraz miejsc, w których mieli zatrzymywać się pielgrzymi podczas drogi do Częstochowy. Jego autorem był przewodnik pielgrzymki - Teodor Nowak. Ponieważ zbliżała się kolejna, jego obecność na niej była zbyt ryzykowna i dlatego infułat Jany zakazał mu iść do Częstochowy. W tej sytuacji ja zostałem przewodnikiem poznańskiej pielgrzymki - opowiada Kazimierz Matuszewski.
Partyzantka
Pan Kazimierz uśmiecha się przez cały czas naszej rozmowy. Jednak gdy zaczyna mówić o roku 1967, staje się bardzo poważny. Widać, że to, co wówczas przeżył, pozostało głęboko w jego pamięci. Wyszli tak jak zwykle z Tulec, idąc razem tylko do krzyża na rogatkach wioski. Tam pożegnali się z odprowadzającymi i podzielili na kilkuosobowe grupki idące w odległości 15-20 metrów od siebie. - W takiej grupce nie szło więcej niż sześć osób. Każda grupa licząca powyżej siedmiu osób była traktowana jak tzw. "nielegalne zgrupowanie". W ciągu dnia byliśmy zatrzymywani i spisywani po pięć, sześć razy. Jednak tylko w terenie niezabudowanym, ponieważ w miastach czy wsiach władza bała się reakcji miejscowej ludności - wspomina pan Kazimierz. Nie mieli żadnego nagłośnienia, a bagaże dźwigali ze sobą. Na moje pytanie, jak w takim razie się modlili odpowiada: - Tworzyliśmy tzw. żywe tuby. Jak ja zacząłem - wspomina pan Kazimierz - "W imię Ojca i Syna", to z ust do ust modlitwa ta była przekazywana do tyłu i po chwili już wszyscy ją odmawiali. Najtrudniej było w Wielkopolsce. Nie tylko ze względu na dużą liczbę milicyjnych samochodów na drogach oraz ciągłe spisywanie. Przede wszystkim ze względu na czarną wołgę. - Jechał nią pan Majewski z Wydziału Spraw Wyznań z Poznania. Podjeżdżał, gdy byliśmy kontrolowani i mówił do milicjantów: "Wszystkich spisywać i na kolegia". I niestety musieliśmy płacić jak na ówczesne warunki bajońskie sumy - dodaje pan Kazimierz. Ciągłe spisywanie miało duży wpływ na psychikę pątników. Wielu z nich nie wytrzymywało tej presji i zawracało. To był trudny moment dla wszystkich. Pan Kazimierz nie miał wątpliwości co zrobić. - Wszyscy mnie pytali: "Kaziu, co robimy?" Odpowiadałem: "Idziemy dalej." Podtrzymywałem ich na duchu i dzięki temu szli. Jednak najgorszy moment tej pielgrzymki nadszedł, gdy pielgrzymi doszli do Ostrzeszowa. - Miejscowy ksiądz proboszcz poinformował mnie, że następny odcinek drogi do Kępna jest obstawiony przez milicję. Również tego dnia w czasie rewizji na trasie powiedziano mi wprost, że gdy pójdę dalej, to za dwa tygodnie spotkamy się w Ostrowie na kolegium. To był dla mnie najtrudniejszy moment, ale wiedziałem, że nie mogę się poddać - mówi pan Kazimierz. Drogi, którymi można było obejść obstawiany odcinek opracował na podstawie… poniemieckich map. - Następnego dnia rano przybył do nas wysłannik ks. arcybiskupa Antoniego Baraniaka ksiądz Marian Przykucki i w ten sposób dodał nam sił i wiary w to, że się uda. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Pierwsza niewielka poszła tradycyjną trasą do Kępna. Dwie pozostałe udały się autobusem i pociągiem do Mikorzyna, gdzie mieści się Sanktuarium św. Idziego. i stamtąd dalej pieszo do Wieruszowa. Tam przyjęto nas z wielką radością, choć się nas nie spodziewano. Następnego dnia wróciliśmy na nasz pielgrzymi szlak. W ten sposób udało się nam przechytrzyć komunistów. Choć, tak naprawdę, słabo znaliśmy trasę. Bardzo pomagali nam miejscowi, np. jadący wozami konnymi rysowali na drodze strzałki na drogach leśnych, pokazując nam, w którą stronę iść - wspomina dalej pan Kazimierz. Władze już myślały, że poznańska pielgrzymka rozwiązała się, ale tak nie było.
Pod Częstochową dawali spokój
Czarna wołga pojawiała się na szczęście tylko do granicy województwa poznańskiego. Potem już nie. - Poza granicami Wielkopolski już nie spisywano pątników, tylko milicja jeździła i fotografowała. Pielgrzymi, dochodząc do Częstochowy, mogli już iść w większej, nawet trzydziestoosobowej grupie. Na Jasną Górę wchodzili nie główną, ale boczną ulicą. Wszyscy wiwatowali na ich cześć, krzycząc "Poznań". Na wejście śpiewano pieśń "Marsz, marsz me serce". Do dziś pan Kazimierz śpiewa ją w czasie procesji mariańskiej po wałach jasnogórskich przed czuwaniem poznańskich pielgrzymów w kaplicy Matki Bożej. Do domu wracali pociągami, które były wówczas głównym środkiem lokomocji. Autobusów na Jasną Górę przyjeżdżało niewiele, nie wspominając o samochodach.
Wszystko się zmieniło
Od opisanych zdarzeń minęło już trzydzieści siedem lat. W kolejnych szykany władz stopniowo się zmniejszały. W latach 70., zdaniem pana Kazimierza, władze mniej przeszkadzały, a my, mając w pamięci lata sześćdziesiąte, baliśmy się trochę na zapas. Już wówczas bagażówki woziły nasze bagaże - opowiada pan Kazimierz. Od 1981 roku Poznańska Piesza Pielgrzymka wyrusza legalnie! Początkowo jeszcze z Tulec, a od 1983 roku już spod poznańskiej katedry. Liczba pielgrzymów była zbliżona do dzisiejszej i wynosiła dwa, trzy tysiące. Jednak w połowie lat 80. zwiększyła się prawie czterokrotnie i wynosiła już około dziesięciu tysięcy. Pojawiały się nierzadko wątki antykomunistyczne, na przykład w postaci różnych transparentów. - Musieliśmy na nie uważać, bo milicja bacznie nas obserwowała. Nieraz kazaliśmy usunąć niejeden - mówi pan Kazimierz. Z kolei w latach 90. sytuacja była już całkowicie inna. - Kiedy widzę policję eskortującą nas przez duże miasta to dopiero uświadamiam sobie, jak wiele zmieniło się w Polsce, a co za tym idzie, na pielgrzymce. Jednak jedna rzecz jest stała i niezmienna - moje zawierzenie Maryi. I to jest najważniejsze - podkreśla pan Kazimierz.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki