Logo Przewdonik Katolicki

Nasze dzieci żyją

Magdalena Urlich
ILUSTRACJA AGNIESZKA SOZAŃSKA

Mówią o sobie: zabiłam. Zabiłem. Matki i ojcowie, którzy dokonali aborcji. Na rekolekcje „Winnica Racheli” przyjeżdżają z bagażem ponad siły. Tu mogą go zrzucić, a w zamian zabrać Boże przebaczenie.

Hanna Czelakowska mieszkała w Meksyku z trójką dzieci i nieradzącym sobie z chorobą alkoholową mężem. Właśnie postanowiła zabrać dzieci i wracać do Polski, kiedy okazało się, że jest w ciąży. Nie dopuszczała do siebie myśli, że to jej kochane – jak mówi – dziecko może się urodzić. Nie urodziło się. Hania wróciła. Jednak z tym, co zrobiła, zmagała się w samotności przez osiemnaście lat. Aż do 2014 r., gdy trafiła na rekolekcje „Winnica Racheli”.
 
Krzyk
Rachela to postać z 31 rozdziału Księgi Jeremiasza. „Opłakuje swych synów. Nie daje się pocieszyć, bo ich już nie ma”. Odpowiadają temu biblijne obrazy spustoszonej winnicy, symbolu klęski, poniżenia, straty.
Anna (imię zmienione) w spustoszonej winnicy spędziła 25 lat. Dwa lata temu wzięła udział w rekolekcjach. – Chcę to wykrzyczeć, żeby inne osoby wiedziały – mówi. Wciąż ma w sobie mnóstwo trudnych emocji. Jest samotna i uznaje to za pokłosie zabicia dziecka.
Gdy miała dwadzieścia kilka lat, poznała mężczyznę. Był to młody wdowiec z trójką dzieci. Stworzyli stabilny układ: spotykali się, Anna pomagała prowadzić ich dom. Wszyscy byli zadowoleni. Aż okazało się, że Anna jest w ciąży. Ona się ucieszyła, ojciec dziecka nie. „Zrobisz, co zechcesz, twoja decyzja” – usłyszała. Wtedy bardzo się przestraszyła. Ukochana córeczka rodziców, przeraziła się, co zrobią, gdy się dowiedzą, że została sama z dzieckiem. Przyszła jej myśl, żeby usunąć dziecko. Tego też się bała, bo widziała film o aborcji. Ale strach przed tym, że zostanie sama i co powiedzą inni, zwyciężył. Poszła do lekarza. – W fotelu wyłam wewnętrznie. Moje ciało krzyczało: nie zabijaj! nie zabijaj! Ale lekarz powiedział, że już po wszystkim. Wyszłam z gabinetu, płacząc.
Mijały lata. Anna tkwiła w układzie, który dawno przestał być wygodny. Prowadziła dwa domy, czekała na ślub. Ale do ślubu nie doszło. Gdy dzieci dorosły, mężczyzna zakończył ich związek, zarzucając jej w dodatku oszustwo: „Nie byłaś w żadnej ciąży”. Została sama. Przez wiele lat opiekowała się chorym ojcem. To były lata ulgi. Ale i tak nie mogła uwolnić się od myśli o swoim dziecku. Z czasem uświadomiła sobie, że przecież poradziłaby sobie. Że mama na pewno by jej pomogła. Swój stan opisuje jako piekło, czuła, jakby grzechy ją paliły. Przyszły sny: – Koszmar, gdy śni się dziecko. Idzie niby do mnie, ale nie mogę go dotknąć – opowiada. Wciąż myślała o tym, jak by wyglądało. Przeżyła to dzięki swej przyjaciółce Joannie, która latami przez telefon towarzyszyła jej cierpieniu. Wielokrotnie przystępowała do spowiedzi, wyznawała grzech aborcji. Mimo rozgrzeszenia nie potrafiła sobie wybaczyć. Nawet gdy pewien zakonnik powiedział jej: „Byłaś młodą dziewczyną, nie miałaś znikąd wsparcia. Gdzie był ojciec twojego dziecka?”. Nie potrafi opowiadać o tym bez emocji. Są łzy. I wołanie: – Dziewczyny, nie róbcie tego! Będziecie strasznie cierpiały!
O rekolekcjach usłyszała w Radiu Maryja, którego słuchała razem z chorym tatą. Bała się krytyki, linczu. – Gdy wsiadłam do pociągu, serce tak dawało mi do wiwatu, że myślałam, że chyba muszę jechać na SOR. Widziałam kobietę, która szła przede mną. Myślałam: idzie następna morderczyni – wspomina. Jednak rekolekcje przyniosły jej przełom: – „Winnica” pozwoliła mi wyrzucić to, co mnie dusiło. Wielki smutek. Zobaczyłam, ile mam nienawiści wobec ojca dziecka. Poznałam kobiety, które borykają się z tymi problemami, każda na swój sposób. Zrodziły się przyjaźnie. Nie było krytyki, wypytywań. W „Winnicy” nikt nie będzie linczował. Będą osoby, z którymi człowiek będzie mógł porozmawiać.
W czasie rekolekcji Annie pojawił się obraz jej syna – pięknego czarnowłosego chłopca. Wie, że jej przebaczył. Dała mu na imię Jaś. Ona też przebaczyła – ojcu Jasia. Odrzuciła nienawiść, która tkwiła w niej tyle lat. I chociaż wciąż ma w sobie wiele bólu, wierzy: – Bóg pokazuje, jak wielkie jest Jego miłosierdzie. Także tej kobiecie, która zabiła swoje dziecko, On przebacza.
 
Blizna
Iwona (imię zmienione) ma 46 lat, męża i troje żyjących dzieci. Gdy miała 20 lat, dokonała aborcji. – Ta ciąża sprawiła mi w jakimś sensie radość. Ja się cieszyłam – wspomina. – Problem polegał na tym, że zostałam sama. Partner mnie zostawił, a w rodzinie nie mogłam liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Po prostu się przestraszyłam. Nie czułam żadnych wyrzutów sumienia. Czułam ulgę, że nie muszę się z tym zmagać. Sama.
Iwona nie próbuje się usprawiedliwiać, kiedy opowiada, jak zmieniało się jej postrzeganie tego, czym jest aborcja. – Wzrastałam w takim środowisku i czasie, kiedy o aborcji mówiło się: zabieg. Jak byłam dzieckiem, otarłam się o doświadczenie aborcji wśród moich koleżanek. Mama jednej z nich była w ciąży i przestała być, bo poszła na zabieg. W mojej świadomości tak to funkcjonowało. Później zaczęto więcej mówić o aborcji, że to nie zabieg, nie płód, nie zarodek tylko dziecko. Myślę, że to we mnie zaczęło pracować – mówi.
Zmiana myślenia nie wiązała się tylko z przekazem w przestrzeni publicznej, ale też z przebudzeniem religijnym. Gdy weszła w dorosłość, Kościół przestał dla niej istnieć. Zerwała całkowicie z powierzchowną religijnością, którą obserwowała w domu, w mocno dysfunkcyjnej rodzinie. Na fali emocji po śmierci Jana Pawła II w 2005 r. rozpoczęło się dla niej coś nowego. W tym świetle inaczej spojrzała na swoje życie. Po raz pierwszy od lat poszła do spowiedzi. Powiedziała o aborcji i dostała rozgrzeszenie. Dopiero wtedy poczuła ból i złość na siebie. – Przez wiele lat to doświadczenie było zepchnięte bardzo głęboko. W momencie gdy dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłam, uderzyło mnie to podwójnie i było bardzo niszczące dla mnie i moich relacji. Do rekolekcji minęło 11 lat zmagań, bólu, zawirowań. Byłam w Kościele, dostałam rozgrzeszenie, spowiadałam się. Cały czas to doświadczenie we mnie żyło, to była niezagojona rana. Bałam się dotykania jej, potępienia, oceny.
Lęk ją hamował. O rekolekcjach „Winnica Racheli” usłyszała już w 2014 r., kiedy odbywała się ich pierwsza edycja w Polsce. Dotarła na nie dwa lata później. – Długo się ze sobą zmagałam, widocznie był mi ten czas potrzebny. Ale wszystkim kobietom czy mężczyznom, którzy mają podobne dylematy, mogę powiedzieć, że naprawdę warto zrobić ten krok, zamknąć oczy i skoczyć.
Iwona opowiada o bezpieczeństwie i opiece duchowej, którą została otoczona w czasie rekolekcji. O cieple, miłości i wsparciu płynącym od prowadzących. O zacisznym, domowym miejscu, w którym się odbywały. O małej grupie kobiet, z którymi je przeżywała. O zaskakującej formie i dynamice tych dwóch dni. – To wszystko zostało stworzone przez Tego, który bardzo dobrze zna naturę człowieka. Ja miałam takie odczucia, że to płynie z samej góry, i wszystko, co tam się działo, było w pełnej harmonii. To doświadczenie będzie mi towarzyszyć do końca życia, ale ono już nie boli. To już nie rana, to blizna. Dzięki rekolekcjom odnalazłam pokój serca. Pan Bóg chce dawać skołatanemu sercu pokój. Warto po niego sięgnąć – mówi.
 
Dzieci
Mariusz jest jednym z kilku mężczyzn, którzy przyjechali do „Winnicy”. Ma 57 lat i dwoje dzieci, które nie żyją. Rekolekcje były dla niego spotkaniem z nimi. – To, że są zabite, nie znaczy, że ich nie ma. One są.
Mariusz towarzyszył przy aborcjach dwóm kobietom. Długo nie był to dla niego żaden problem. – Spokojnie żyłem bez żadnych obciążeń – opowiada. – Myśmy dokonali tej aborcji i sprawa załatwiona. Minęło 30 lat. Kilka lat drogi do Boga… Ten proces doprowadził mnie do tego, żeby coś się zaczęło zmieniać. Żaden człowiek by mi tego nie wytłumaczył – mówi. Powróciły do niego  historie z przeszłości. A wśród nich tzw. aborcje. – Nie miałem wtedy świadomości, co to jest. Skoro jest prawo i to dopuszcza, to jest w porządku. Jako chłopak tak rozumowałem.
Mariusz stoczył ze sobą wewnętrzną walkę – czy przyzna się do odpowiedzialności za śmierć swoich dzieci, czy nie. Odpychał od siebie tę myśl. Wreszcie skapitulował: – Zrozumiałem, że i ja jako mężczyzna uczestniczyłem w zabiciu własnych dzieci. Zacząłem czuć niepokój. Uznałem, że musi być na świecie coś, co pozwala to uzdrowić. Wiedziałem, że to musi być coś więcej niż terapia. Żeby był w tym Bóg.
Gdy znalazł ogłoszenie o rekolekcjach „Winnica Racheli”, od razu zgłosił się i pojechał. Był jedynym mężczyzną w grupie kobiet. Ale dobrze się porozumiewali. – Bardzo empatycznie odczuwałem te kobiety. Myślę, że były mile zaskoczone tym, że jest tu mężczyzna.
W czasie rekolekcji był otwarty na to, co się będzie działo – na elementy programu, ćwiczeń terapeutycznych. Był gotowy nawet na ubliżanie ze strony kobiet, bo tego się spodziewał. Nie chciał już uciekać, chciał przyjąć wszystko. Wspominał jeden z ostatnich momentów, kiedy miał opowiedzieć o sobie, a tuż przed tym zaczął płakać. – Płakałem tak aż do momentu wyjścia przed innych. W tym płaczu wychodziło ze mnie obciążenie. Powoli zacząłem zrzucać z siebie ten kamień. To nie jest tak, że się tego wyzbywam, odpowiedzialność zostaje do końca życia. Jak człowiek sobie uświadamia, co zrobił, to jest ogromny dramat, porównywalny ze śmiercią kogoś z rodziny. Bo to moje dzieci. Jak się dowiedziałem, że jestem kochany przez Boga, tak zrozumiałem, że ja mogę kochać moje dzieci, które są i żyją. One żyją w Bogu. I mogę dla nich coś zrobić, np. dwa razy podjąłem duchową adopcję. Mogę powiedzieć: ja mam dwoje dzieci. Nie ma ich tu na ziemi, ale one są. Nazwałem chłopca Paweł, dziewczynkę Ewa. Są chwile, kiedy czuję ich obecność. Wtedy z nimi rozmawiam.
 
Obietnica
Hania Czelakowska dzięki rekolekcjom zrozumiała, że prawda wyzwala. Powiedziała swoim dorosłym dzieciom, że mają brata. Bała się ich reakcji, ale oni okazali jej miłość i wsparcie. Córka nadała nieżyjącemu bratu imię. – Odzyskałam wolność – wyznaje Hania. – Mogę mówić, że aborcja nie jest rozwiązaniem problemów.
Rekolekcje prowadziła wtedy Hanna Potrapeluk. To ona przeszczepiła ze Stanów dzieło dr Teresy Burke: opracowała polskie materiały i uzyskała zgodę władz kościelnych na działalność „Winnicy Racheli”. Po rekolekcjach Potrapeluk zaprosiła Hanię do organizacji kolejnych edycji. Obecnie zespół liczy kilka zaufanych osób. Działają w diecezji warszawsko-praskiej. Podobna grupa powstała w Poznaniu.
Przez proroków Bóg obiecuje, że winnica zostanie zwrócona, a synowie Racheli powrócą. Hania mówi, że w czasie rekolekcji widzi Boże działanie. Że idąc w rytmie paschalnym, od żałobnego piątku dochodzą do niedzieli zmartwychwstania. Że mogą się na nowo narodzić. – Samobiczowanie się przez całe życie byłoby wbrew temu, co mówi nasz Pan – mówi z przekonaniem koordynatorka Winnicy. – Ten grzech został na krzyżu. To jest brak zaufania, jeżeli chcemy go nosić, a nie uwierzyć, że Jezus już go wziął. Choćby grzechy były czerwone jak krew, Bóg może je wybielić. Jezus mówi, że On może wyzwolić nawet morderców. I wyzwala.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki