Ania z traumą

Lato jakieś takie wczesnojesienne, więc, kiedy znowu zaczyna padać deszcz, nadrabiam zaległości serialowe.
Czyta się kilka minut
FOT. MATERIAŁY PRASOWE
FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Lubię mroczne kryminały, ale jednak – mimo wszystko – jest lato, więc skusiłam się na coś bardziej pogodnego. Netflix zaciekawił mnie swoją wersją Ani z Zielonego Wzgórza, a konkretnie zaintrygowała mnie twarz głównej bohaterki. Nie należę do fanklubu Lucy Maud Montgomery i z wyjątkiem krótkiego epizodu w dorosłym życiu nigdy nie chciałam mieć rudych włosów. Nawet więcej: w swojej dziecięco-młodzieżowej biblioteczce nigdy nie miałam żadnej książki opowiadającej losy słynnej Ani Shirley. Coś mi się majaczy, że być może przeczytałam pierwszy rozdział, ale mnie nie zachęcił. Wychowałam się na przygodach Tomka Wilmowskiego, a z koleżankami bawiłam się w załogę czołgu 102. Ania była dla mnie chyba zbyt melodramatyczna. Wolałam fantazję innej sierotki: Pippi była znacznie bardziej zwariowana. W dzieciństwie więc odpowiadało mi łobuzerstwo Pippi niż rozmarzenie Ani. Za to moja córka przez pewien czas była Anią zachwycona, w każdym razie na półce w jej pokoju stały wszystkie powieści opisujące kolejne losy życia Ani. Nie wgłębiałam się jednak w treść, miała dziesięć lat i czytała sobie sama. Chcę przez to powiedzieć, że oglądając najnowszą ekranizację Ani z Zielonego Wzgórza nie mam żadnego prawa porównywać wizji reżyserów i scenarzystów pracujących dla Netflixa z oryginałem stworzonym przez kanadyjską pisarkę. Nie wiem, co się zgadza, a co nie. Zresztą, nawet tytuł serialu jest inny, po prostu Anne, co polscy tłumacze zrozumieli jako: „Anna, nie Ania”. Najpierw zachwyca serialowa czołówka. Przepięknie sfotografowane obrazy wprost z marzycielskiej wizji dziewczynki, po prostu cudo. No i aktorka wybrana do głównej roli. Amybeth McNulty jest naturalnie blada, ma rude cienkie warkoczyki, mnóstwo piegów pewnie za sprawą charakteryzatorek i koszmarnie krzywe zęby. Gra tak naturalnie, że powinna dostać za tę rolę Emmy. Ale najbardziej podoba mi się pokazanie Ani na poważnie, a jej kolei losu z punktu widzenia współczesnej psychologii. Ania jest dzieckiem porzuconym, z wieloma traumami, z ciężarem cierpień, jakie musiała znosić od kolejnych opiekunów, przekazywana z rąk do rąk, obarczana fizyczną pracą, bita, głodzona i straszona. Przed samotnością i złem uciekła w świat wyobraźni i literatury, stworzyła sobie alternatywne życie, żeby przetrwać. I te dwa oblicza Ani świetnie pokazali twórcy serialu. Jej gadatliwość to dramatyczny pozór normalności, rozpaczliwe wołanie o akceptację. Więc oprócz tego, że to jest cudny serial dla dziewczynek o sile wyobraźni, to jest to też serial dla dorosłych, ku przestrodze. 
 
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 30/2017