Życie i śmierć w Macondo

Miejsce idealne, do którego wkroczyła historia. Kolejni potomkowie rodziny Buendia skazani na samotność. Epidemia bezsenności i zapominania. Namiętność, która rodzi smutek. Teraz do zobaczenia na małym ekranie.
Czyta się kilka minut
fot. Materiały prasowe/Netflix
fot. Materiały prasowe/Netflix

Wydawało się, że Sto lat samotności Gabriela Garcii Marqueza – jedna z najpiękniejszych książek świata – jest niemożliwa do sfilmowania. „Wyznawcy” tej książki – bo tak można nazwać jej miłośników – nigdy nie myśleli o ekranizacji powieści, bo zawsze wydawało się to pomysłem chybionym, naruszającym wręcz jej przeznaczenie, jakim było rozkoszowanie się pięknem świata stworzonego poprzez język. Profanacją. Zresztą sam autor był niechętny przeniesieniu powieści na ekran filmowy. Uważał, że dwugodzinny film nie byłby w stanie opowiedzieć całej historii, a jego bohaterowie absolutnie nie mogliby mówić po angielsku. Podobno mógłby zmienić swoje zdanie pod dwoma warunkami: film trwałby kilka godzin, a nakręcono by go po hiszpańsku i do tego w Kolumbii. Co było niemożliwe przed jego śmiercią, stało się wykonalne teraz, w czasach seriali.
Rok 2024 zakończył się więc dyskusją, czy Netflixowi udało się zrobić rzecz niemożliwą, czy też pomysł zakończył się przewidywaną porażką. Od połowy grudnia można oglądać osiem godzinnych odcinków będących owocem tego eksperymentu, a kolejne osiem zostanie udostępnione w nadchodzącym roku.
Byłam sceptyczna. Spędziłam z książką wiele godzin w swoim życiu, przeczytałam ją co najmniej trzykrotnie, Macondo gościło w mojej wyobraźni obok innych miejsc stworzonych przez Marqueza. Bałam się, że przełożenie magicznego realizmu na obraz serialowy zaowocuje kiczem, i nie chciałam robić tego sobie i rodzinie Buendiów.

W drodze do Acapulco
„Wiele lat później, stojąc na przeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go ze sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód” – pierwsze zdanie Stu lat samotności rozpoczyna także pierwszy odcinek serialu. To zdanie Gabriel Garcia Marquez wymyślił w samochodzie w styczniu 1965 r., jadąc z rodziną na wakacje ze stolicy Meksyku do Acapulco. Natychmiast poczuł, że rozwinie się z niego cała powieść, a mimo to doznał nagle ciężaru wielkiej samotności. Zawrócił do domu, przestrzegł żonę, Mercedes Barchę Pardo, że odtąd będzie musiała utrzymać rodzinę (przynajmniej dopóki on nie skończy pisać) i zamknął się na półtora roku w pokoju.
Nie przewidywał sukcesu. Skończył studia prawnicze, pracował jako dziennikarz wszędzie tam, gdzie mieszkał: w Kolumbii, w Wenezueli, w Europie (był nawet w Polsce i napisał felieton Ze wzrokiem utkwionym w kipiącą Polskę), a potem, po poślubieniu Mercedes Barchy, w Meksyku. Zaczytywał się w książkach i zaczął pisać krótkie opowiadania. Ale kiedy w 1955 r. spróbował czegoś większego – była to powieść zatytułowana Szarańcza – i wysłał rękopis do wydawnictwa, otrzymał odmowną odpowiedź. Werdykt był bezlitosny: pan nie potrafi pisać. Nie poddał się. Jego kolejne krótkie formy, Nie ma kto pisać do pułkownika, zbiór opowiadań W tym mieście nie ma złodziei i Zła godzina, były wprawdzie publikowane, ale nakłady nie przekraczały dwóch tysięcy.

Tym razem miało być jednak inaczej.
Okazało się też, że Macondo nie wzięło się znikąd, wszystko zaczęło się układać, miasteczko zaludniało się już wtedy, zanim przyszło mu do głowy owo słynne pierwsze zdanie. Nie było tak całkiem wymyślone. Marquez przechowywał w pamięci dzieciństwo, które spędził w domu swego dziadka w Aracataca, małym kolumbijskim miasteczku u stóp gór Sierra Nevada, niedaleko karaibskich wybrzeży. Nosił się z zamiarem napisania powieści, która by opowiadała o tamtym miejscu, odkąd odwiedził Aracataca po latach i zobaczył ruiny domu dziadka. Nie wiedział jednak, jak to zrobić. Do momentu, gdy w drodze do Acapulco wypowiedział na głos owo zdanie. Pisał od rana do wieczora. Samochód został sprzedany, żeby rodzina miała z czego żyć, a Mercedes kupowała jedzenie na kredyt.
Dziadek Garcii Marqueza, pułkownik Nicolás Marquez Mejia, był jednym z założycieli Aracataca oraz ważną postacią wojen rozgrywających się w Kolumbii pod koniec XIX w., które często lubił wspominać. Babcia, Tranquilinia Iguarán Cotes, tworzyła atmosferę domu, była przedstawicielką świata, w którym wierzono w przesądy, moc modlitwy i przyrządzanych na podstawie tradycyjnych receptur mikstur. To ona rozpaliła wyobraźnię małego Garcii Marqueza, który spędzał w jej towarzystwie młode lata, gdy rodzice wyjeżdżali, żeby zarobić na życie. Otoczony przez ciotki i przyjezdnych robotników chłonął opowieści i przekazy z różnych stron, w których świat nadprzyrodzony łączył się nierozerwalnie z tym rzeczywistym. Opowieści o duchach, o utraconych miłościach, o zazdrości i o przemocy – to wszystko dorosły Marquez przełożył na literaturę.

Realizm magiczny
Sto lat samotności to historia siedmiu pokoleń rodziny Buendia, żyjących w fikcyjnym miasteczku Macondo. Otoczone mokradłami, ze szczytami gór na horyzoncie, z morzem rozciągającym się nie tak daleko, „było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną, zbudowanych na brzegu rzeki, której przezroczyste wody bystro toczyły się po gładkich białych kamieniach koryta, wielkich jak jaja przedhistorycznych ptaków”. Założyli je Jose Arcadio Buendia z żoną Ursulą Iguaran, gdy uciekali ze swojej rodzinnej wioski z powodu prześladującego ich ducha zamordowanego przez Jose Arcadia mężczyzny. Co kilka lat miasteczko odwiedzają Cyganie, a wśród nich Malquiades, który zaraża Jose Arcadia ciekawością do nauki i alchemii.
Historia nie omija tego odizolowanego od świata miasteczka, wkracza do niego z całym złem i burzy początkową harmonię. Książka opisuje więc początki Macondo, jego rozwój i chwilę prosperity, a na końcu upadek. Dom zbudowany z miłością, przepełniały także gorycz, ból, zdrada, zapomnienie, ciekawość, namiętność, obłęd, a na końcu śmierć. Wszystkich bohaterów łączy przejmujące uczucie samotności wobec wydarzeń, z którymi się mierzą. Czyli z czymś, co nazywa się życiem.
Co najbardziej fascynujące w tej książce to styl, w jakim została napisana. Marquez uważany jest za twórcę realizmu magicznego, nowej formuły realizmu, który nie boi się elementów fantastyki. Jedno nie przeszkadza drugiemu, oba światy łączą się ze sobą i żyją na równych prawach. Marquez stworzył opowieść mityczną, a niektórzy krytycy widzieli w niej obraz losów całej Ameryki Łacińskiej.
Wydana w 1967 r. książka szybko została doceniona. Do dzisiaj sprzedano 50 mln egzemplarzy, przetłumaczono ją na kilkadziesiąt języków, jest uznawana za najważniejszą – obok Don Kichota – powieść hiszpańskojęzyczną. Marquez napisał potem kilka powieści, w tym Jesień patriarchy, Kronikę zapowiedzianej śmierci czy Miłość w czasach zarazy, ale to Sto lat samotności przyniosło mu sławę, a światu modę na literaturę iberoamerykańską. W 1982 r. pisarz otrzymał Nagrodę Nobla „za powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”. Zmarł w 2014 r., a kilka lat później jego synowie i żona sprzedali prawa do ekranizacji Netflixowi.

Deszcz żółtych kwiatów
Serialowym Macondo nie jest Aracataca, ale plan zbudowany wokół starego kasztanowca. Ponad setka domów, oszałamiająca roślinność i pachnące ogrody. Za produkcję filmu odpowiedzialni są Kolumbijczycy, aktorzy także pochodzą z Kolumbii. Dwoje reżyserów to Kolumbijka Laura Mora i Argentyńczyk Alex Garcia Lopez. Scenografią zajęła się Bárbara Enriquez oraz Eugenio Cabarello, gromadząc meble i przedmioty, które musiał widzieć i opisywać Marquez. Realizacja trwała sześć lat.
Wynik zachwyca. Przepiękne zdjęcia otaczającej Macondo natury robią oszałamiające wrażenie, odtworzenie miasteczka i wnętrza domów – na medal. Aktorzy wybrani zostali fantastycznie i tak też grają. A ów klimat, ten magiczny poetycki powiew wiatru, ta obfitość duchów, szeptów, przeczuć? Z ulgą stwierdzam, że jest także. Jak udanym był pomysł narratora, który z offu opowiada kolejne wydarzenia cytatami z książki. Jeśli książka żyje w wyobraźni czytelnika, to w moim przypadku serial Netflixa ją zobrazował. Oczywiście, że słowo to słowo, literatura to literatura, i są rzeczy nieprzekładalne. A jednak kiedy widzę deszcz żółtych kwiatów spadający w dniu śmierci José Arcadio, doznaję tego samego dreszczu. Teraz czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 1/2025