Był to czas największego upadku świata zachodniego. Kto tylko miał siłę, brał władzę, depcząc przy tym resztki dorobku antycznej cywilizacji. Po chwale dawnego Rzymu nie było już śladu, zastraszeni ludzie gnieździli się tam w ruinach cesarskich pałaców. Papieże politycznie zależeli od Bizancjum, militarnie zagrożeni byli naporem Longobardów, społecznie zaś musieli się liczyć z anarchicznie nastawionymi feudalnymi rodami miasta. Na oko wyglądało to tak, że lada chwila skończy się chwalebny korowód rzymskich następców świętego Piotra. Jednak stała się rzecz dziwna: od pontyfikatu Grzegorza Wielkiego papieże, mimo że w kategoriach brutalnej siły bez porównania słabsi od otaczających ich potęg, niezmiernie wzrośli pod względem moralnego autorytetu. Bo papiestwo było wtedy jedyną w Europie instytucją, która realnie wstawiała się za uciśnionymi. A tych na naszym kontynencie nie brakowało.
Potrzebny szybki i śmiały gest
Była wszakże jedna potęga, w której stronę papieże spoglądali z nadzieją: monarchia Pepina. Zwano go Krótkim z powodu niskiego wzrostu, miał jednak niespotykaną siłę fizyczną. A także, jak się niebawem miało okazać, niepospolity zmysł strategiczny.
Latem 751 roku Bonifacy, legat papieża Zachariasza, namaścił w Soissons Pepina na króla, zaś Aistulf, król longobardzki, wkroczył do Rawenny, włoskiej siedziby namiestnika bizantyńskiego cesarza i nominalnej stolicy dla prowincjonalnego wtedy Rzymu. Papieżowi odpadł tym samym problem zależności od Konstantynopola, jednocześnie wszak ujawniła się podstawowa słabość nowonarodzonego sojuszu: Pepin był setki mil za górami, natomiast na pół jeszcze barbarzyńscy Longobardowie już podchodzili pod bramy Wiecznego Miasta. Stefan II, następca Zachariasza, zrozumiał że potrzebny jest teraz jakiś szybki i śmiały gest – inaczej papiestwo przepadnie.
Droga przez Alpy – i biegiem z powrotem
Jesienią 753 roku Stefan wyruszył z Lateranu, wówczas papieskiej siedziby, wymijając longobardzkie posterunki i kierując się na północ. Musiał zdążyć przekroczyć Alpy zanim góry pokryją śniegi. Szczęśliwie minął Przełęcz Świętego Bernarda i niebawem znalazł się na terytorium kontrolowanym przez Franków. Na granicy królestwa powitał go syn Pepina, dwunastoletni Karol. Razem dojechali do Ponthion, gdzie akurat przebywał dwór. Był 6 stycznia 754 roku. Na trzy mile przed królewską rezydencją doszło do spotkania obu władców. Pepin, widząc Stefana, zsiadł z konia i ukląkł, następnie osobiście, trzymając za uzdę papieskiego rumaka, doprowadził gościa do pałacu.
Papież nie pozostał mu dłużny. Następnego dnia zjawił się w sali audiencji we włosienicy, z głową posypaną popiołem. Padłszy na kolana błagał króla o uratowanie chwiejącego się tronu świętego Piotra.
Wielkanoc spędzili razem w Quierzy, stolicy Pepina, zaś 28 lipca w opactwie św. Dionizego (Saint Denis) pod Paryżem Stefan namaścił olejami króla i jego dwóch synów: Karola oraz trzyletniego Karlomana.
I tu zaczyna się historia jak z filmu akcji. Zacznijmy od końca: w sierpniu armia Pepina pokonuje pod Pawią, longobardzką stolicą, wojska Aistulfa, który zmuszony jest zawrzeć z Frankami pokój, gwarantujący niezależność Stolicy Apostolskiej. Dzieje się to równo w miesiąc po uroczystości w Saint Denis! To 650 kilometrów w linii prostej, w dodatku przedzielone łańcuchem Alp. Nie znano wówczas samolotów desantowych, możliwości transportowe średniowiecznych hufców były skromne. A mimo to Pepinowi udało się, w rekordowo krótkim czasie, przybyć do samego serca longobardzkiej potęgi, zaskoczyć Aistulfa i zwyciężyć. Zapewne i Stefan był wtedy u boku Pepina.
Wojna, wznowiona, ciągnęła się jeszcze jakiś czas, w dzień Nowego Roku 756 Aistulf po raz kolejny stanął pod bramą Rzymu. Ale to był raz ostatni. W pół roku później Frankowie skruszyli potęgę Longobardów, a ich królestwo niecałe 20 lat później włączono do odnowionego imperium Zachodu. Uczynił to już syn i następca Pepina, Karol zwany Wielkim.
Nowa epoka
Czemu papież powtórnie namaścił Pepina? Tutaj musimy nieco zrozumieć obrzędowość dawnych wieków chrześcijaństwa. Namaszczenie, którego dokonał Bonifacy, to „zwykłe” namaszczenie królewskie, którego np. trzy wieki później dostąpił nasz Bolesław Chrobry. Stefan, udzielając namaszczenia królowi Franków i jego synom, poszedł krok dalej: dał sygnał wszystkim władcom zachodniej Europy, że właśnie ten, nie żaden inny król jest wśród nich „z Bożej łaski” władcą pierwszym, wybranym. Króla może namaścić biskup, ale ktoś, kto jest ponad królami – tego pomazać olejami godzien jest najwyższy kapłan Kościoła. W ten sposób Stefan II, na razie symbolicznie, dał podwaliny pod wskrzeszenie nieistniejącego od trzystu lat cesarstwa Zachodu.
Politycznie układ ten był bardzo korzystny dla obu stron. Pepinowi, założycielowi dynastii Karolingów, dawał on umocowanie w sferze religijnej, bardzo ważnej dla ludzi tamtej epoki. Papiestwu z kolei dawał solidne wsparcie polityczne i militarne, gwarantujące niezależność i od Bizancjum, i od Longobardów. A także, paradoksalnie, od samych Franków: Pepin ze Stefanem, choć w Ponthion wzajemnie padali sobie do stóp, w Saint Denis układali się jak równy z równym. Ten krok był początkiem Państwa Kościelnego, ale też zalążkiem osi Rzym-Paryż, wokół której rodziła się nowa Europa. Model, pobłogosławiony latem 754 roku, przetrwał ponad tysiąc lat, aż do wojen napoleońskich.
W 800 r. Leon III, namaszczając Karola na cesarza, wskrzesił imperium Zachodu już realnie.
Ale nie tylko o wielką politykę tutaj chodzi. Karol, jako imperator i zwierzchnik książąt i królów, nakazał rozesłanie do ich krajów sporządzonego na swoim dworze sakramentarza, liturgicznej księgi Kościoła. W ten sposób ujednolicił katolicką obrzędowość, ale też nadał jej kulturowy wyraz. Bo wraz z sakramentarzami napływali do europejskich stolic mnisi – szerzyciele oświaty. Na pół jeszcze dziki i na poły pogański Zachód zaczął tworzyć cywilizację. Zaczęło się średniowiecze.
Nie pozostał nawet kamień
Opactwo Saint Denis istnieje do dziś, ale jak się mają inne miejsca związane z tą opowieścią? Ponthion i Quierzy to dziś maleńkie wioski w północnej Francji – tak małe, że znaleźć je można chyba tylko przez GPS lub w bardzo dokładnym atlasie drogowym. Po pałacach Pepina nie został kamień na kamieniu, w Quierzy na przykład ściele się tam łąka, na której krowy sadzają placki. Nie ma pomnika, ani nawet pamiątkowej tablicy. A przecież Francuzi szczycą się karolińskimi założycielami potęgi swojego państwa. Dziwne.
Jest jeszcze jedno miejsce. Gdy Papież Stefan, zadowolony z wykonania misji, wrócił do Rzymu, postanowił uczcić ten moment fundacją kościoła. Lokalizację wybrał nie byle jaką. Ongiś cesarz Aurelian, zaniepokojony postępami chrześcijaństwa, wystawił tam świątynię Niezwyciężonego Słońca, która miała być centralnym miejscem wszelkich pogańskich kultów rzymskiego antyku. Stało się inaczej, chrześcijaństwo zwyciężyło, a cesarz Justynian nakazał rozbiórkę świątyni, by z jej kamieni wznieść kościół Hagia Sophia w Konstantynopolu. Za Stefana były tam tylko ogrody. Kościół pod wezwaniem św. Dionizego (pamiątka namaszczenia w Saint Denis) dokończono już za jego następcy. Dziś jest jednym z setek rzymskich kościołów, nosi inne wezwanie, San Silvestro in Capite – i nic nie wskazuje na to, że u jego początków dokonała się tak fascynująca historia.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.















