Logo Przewdonik Katolicki

Łemkowyna

Natalia Budzyńska
FOT. NUNEK/FOTOLIA.

Wiosna tego roku przychodzi późno. Jest połowa maja, wciąż chłodno, łąki jeszcze nie w pełnym rozkwicie. Kwitną za to krzewy pod lasem, na biało.

W większości tarnina, a innych nie znam, bo na łemkowynie bywam zwykle w samym środku lata. Całymi dniami można iść przed siebie i nie spotkać nikogo, ale wprawne oko zauważy wiele śladów życia, które się toczyło. Na przykład zdziczałe drzewa owocowe. Albo kasztanowce i lipy. Skąd kasztanowce i lipy pośrodku dzikiej bezludnej łąki? Otóż dlatego, że tam na dziewięćdziesiąt procent stała cerkiew. Ależ w takim razie dlaczego nie stoi, kto ją zburzył? Najpierw nikt do niej nie chodził, to stała i tak coraz bardziej niszczała. Ale bardzo szybko przyszły brygady więźniów, którzy mieli pracować w pobliskim peegeerze i oni zdewastowali ją do cna. Kto by się przejmował cerkwią w 1950 roku? A dlaczego nikt do niej nie chodził? Bo nie miał kto. Kiedyś była w centrum ludnej wsi, a w ciągu jednej nocy wieś zamieniła się w pustkę. Zostały jakieś psy, resztka zwierząt domowych. Szybko dziczały. Puste domy też dziczały. Latem malwy zaczęły wchodzić przez okna do środka. Kładły się do pustych łóżek. Rok później łóżka zamieniały się w rabatki. Nikt nie zbierał pomidorów, ogórków i śliwek. Uwolnione rośliny zaglądały we wszystkie zakamarki, do szaf i szafek, skrzyń, pieców. Wyglądały na świat z powrotem przez komin. Nikt nie kosił pokrzyw, więc korzystały z ludzkiej ziemi bogatej w azot, całe pola pokrzyw. I mięty. Mięta kwitnie na fioletowo w sierpniu. To taki łagodny fiolet, łączy się pięknie z miętową zielenią liści. Tworzy całe łany. Gdzieniegdzie wśród niechcianych kwiatów cynii i babki lancetowatej wyrastającej spod drewnianej podłogi błyszczą kolorowe koraliki. Rozsypane i pozostawione, bo kto by ze sobą zabierał koraliki? Kto by myślał o biżuterii w takiej chwili, nawet jeśli nawlekał te koraliki od pokoleń, a jego naszyjniki, czyli krywulki, nosiło pół wsi? Z Wołowca do Radocyny idzie się drogą, wzdłuż której stoją kamienne krzyże, wyznaczając miejsca większych gospodarstw. Kilkanaście razy trzeba przekroczyć rzekę, Wisłokę lub Zawoję. Przechodzę przez nie w sandałach, po kamieniach. W Nieznajowej zawsze podskórnie czuję obecność. Niby jest cicho, słychać ptaka, pszczołę i wiatr. Ja słyszę gwar. Sześćdziesiąt domów, dwa młyny, dwie cerkwie, poczta, leśniczówka. Takich wsi jest mnóstwo w Beskidzie Niskim i w Bieszczadach. Wielu Łemków wyjechało niby dobrowolnie do ZSRR skuszonych fałszywymi obietnicami dostatniego życia. Reszty Polska pozbyła się w ramach akcji „Wisła”. Siedemdziesiąt lat temu stało się tak, że na dziesiątki lat zapomniano o Łemkach.


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki