Logo Przewdonik Katolicki

Spotkanie, które zmieniło życie

Monika Waluś
fot. JoshuaBenoliel/Wikipedia

Wiadomości od Matki Bożej, ważne dla całego Kościoła, przekazały dzieci z małej wioski, gdzieś na końcu Europy. Jak udźwignęły ten ciężar odpowiedzialności? I co się z nimi stało po objawieniach?

Świat był zajęty pierwszą wojną światową. Gdy ludzie każdego dnia umierają, kogo obchodzą opowieści jakichś dzieci, które czytać nie umieją, mówią, że coś widziały.
 
Owce, zabawy i skracane modlitwy
Dlaczego Maryja zjawiła się właśnie tam? To mała osada, z dala od kolei i morza, gdzie nic się nie działo. Wszyscy się znali, kilka rodzin było spokrewnionych. Jeszcze dziś można zobaczyć stare domy, budowane blisko siebie. Suchy klimat i mało urodzajna ziemia nie pozwalały na łatwe życie, wszyscy pracowali. Dzieci wysyłano do pilnowania owiec. Łucja Santos i jej kuzynostwo, Franciszek i Hiacynta Marto, określani są jako „biedni pastuszkowie”. Czy tak było? Zwiedzając dom Łucji, przejdziemy przez sporo pokoi, zobaczymy ładne sprzęty i solidne łóżka; osobne pomieszczenia do tkania, kuchnię. Przed domem rośnie drzewo, pod którym matka rozdawała posiłki biednym. Dom należał do największych, a rodzina Santos do zamożniejszych we wsi.
Łucja, Franciszek i Hiacynta urodzili się w Aljustrel, byli znani i lubiani, nie wyróżniali się z otoczenia. W czasie zjawienia się Matki Bożej Łucja skończyła dziesięć lat, Franciszek dziewięć, Hiacynta siedem. Codziennie rano dzieci wspólnie pędziły owce na pastwisko; pilnując stada, bawiły się i rozmawiały. Łucja znała już nieco katechizm i była po Pierwszej Komunii Świętej. Dzieci wiedziały, że mają się modlić; by mieć jednak więcej czasu na zabawę skracały modlitwy, powtarzając tylko początek każdej z nich.
 
Dzieci pod wrażeniem, sąsiedzi oburzeni
Wiosną 1916 r. nagle na łące zobaczyły przejrzystą postać, która przedstawiła się jako Anioł Pokoju. Przybysz uczył je modlitwy i mówił o Bogu; pojawił się parę razy. Było to swoiste przygotowanie do dalszych wydarzeń. 13 maja 1917 r. ukazała się jasna Pani, zapowiadając, że będzie się zjawiać o stałej porze co miesiąc aż do października. Zaproponowała dzieciom, by z Nią modliły się za grzeszników; zaleciła codzienny różaniec w intencji pokoju na świecie – trwała przecież wojna. Dzieci były pod wrażeniem – modliły się aż do zachodu słońca i postanowiły nie mówić nikomu. Czy można się dziwić, że najmłodsza, Hiacynta, oświadczyła w domu, że widziała Matkę Bożą? Matka poskarżyła się sąsiadkom: dziecko pierwszy raz kłamie, i to w takiej sprawie! Hiacynta zapewniała, że ma świadków: Franciszka i Łucję. Sąsiedzi byli oburzeni: źle wychowano te dzieci! Matka Łucji poskarżyła się proboszczowi, a on uznał, że jeśli to prawda, to wielkie szczęście...
 
Kpiny, pytania i nagrody za cud
Najpierw było jednak wielkie zamieszanie – dzieci oskarżano o oszustwo, wytykano palcami. Z uporem powtarzały, że mówią prawdę, znosiły kpiny i docinki; modląc się i ofiarowując cierpienia za grzeszników. Co miesiąc na ich spotkania z Maryją przybywali ludzie – z pobożności, z ciekawości... Zrywając na pamiątkę gałązki i korę zniszczyli dąb, nad którym ukazała się Maryja. Kolejni reporterzy, turyści, wierzący i wątpiący chodzili po wsi. Rozdeptali ogrody, zniszczyli pola, zaglądali do domów. Mieszkańcy wioski byli zmęczeni, atmosfera była napięta. Jak wytrzymały to małe dzieci? Zadawano im setki pytań, usiłowano wręczać pieniądze, grożono lub obiecywano nagrody za cud. Wójt gminy groził i kazał przyznać się do kłamstwa. Łucja już się zastanawiała, czy nie skłamać i odwołać wszystko, ale Franciszek i Hiacynta z oburzeniem uznali to za grzech. Dzieci wspierały się i modliły się cierpliwie za mieszkańców wsi i gości, w tajemnicy pościły za grzeszników, za tych, którzy nie kochają Boga, nie wierzą Mu, nie wielbią Go. Na kolejnych spotkaniach z Maryją rozmawiały z Nią i otrzymywały wizje, które zachowały dla siebie. Nie poddały się naciskom, nie uległy pokusie popularności i sławy.
 
W błoto na kolana
Dzieci wcześniej zapowiedziały, że Niepokalana sprawi cud na ostatnim spotkaniu. Największy rozgłos wydarzeniom w Fatimie nadali dziennikarze liberalnych gazet. 13 października w Fatimie zgromadził się tłum. Ludzie przepychali się, modlili, klęczeli, chwytali dzieci za ręce, krzycząc prośby o uzdrowienia. Napięcie było ogromne – matka Łucji razem z córką już w przeddzień poszła do spowiedzi, obawiając się, że jeśli cudu nie będzie, rozczarowany tłum je zabije. Tego dnia drogi były pełne furmanek, samochodów, rowerów i pieszych, pojawiło się ponad 50 tys. ludzi. Większość odmawiała różaniec. Łucja, Franciszek i Hiacynta zaczęli się modlić. Koło południa pojawił się jasny obłok i otoczył widzących; nikt nie słyszał, o czym dzieci rozmawiały z Maryją. Wszyscy widzieli wirowanie słońca i kolorowe blaski na niebie, zarówno zebrani pod dębem, jak i przypadkowi kierowcy, niewierzący i wątpiący dziennikarze. Dziwne zjawiska trwały dziesięć minut. Ludzie wpadli w uniesienie, padali w błoto na kolana, odmawiali akt skruchy, krzyczeli i płakali, wyciągając ręce. Zjawisko widzieli ludzie z wiosek, odległych o kilkanaście kilometrów. Mała dziewczynka z radością wołała, że widzi Matkę Bożą. Ateista, który przyszedł wykpić naiwnych, klęczał w błocie, krzycząc z przerażeniem: „To nasza Pani!”. Gdy dzieci wracały do domów, tłum nie chciał ich przepuścić, odcinano im kawałki ubrań i włosy – Łucja straciła warkocze, bo wielu chciało mieć pamiątkę.
Tuż po tym wydarzeniu ksiądz z seminarium duchownego, z inicjatywy miejscowego biskupa, zadawał im pytania, zanim dzieci zdążyły porozmawiać ze sobą. Zeznania widzących były zgodne. Cud przekonał obecnych, uwierzono dzieciom, które go zapowiedziały. Sąsiadów przekonywały już wcześniej widoczne zmiany w życiu Łucji, Franciszka i Hiacynty. Zauważano ich skupienie, powagę, często widziano ich na adoracji w kościele. Najbardziej może zastanawiał spokój i odporność na zamieszanie, groźby, próby przekupienia, nawet dorosłym byłoby trudno w napięciu tych sześciu miesięcy.
 
Nowe życie Franciszka i Hiacynty
Co stało się z dziećmi po zakończeniu objawień fatimskich? Spotkania z Matką Bożą i codzienna modlitwa różańcowa za tych, którzy nie ufają Bogu, nie kochają Go i nie wielbią, całkowicie zmieniła ich życie. Maryja zaleciła naukę czytania i pisania. Dzieci chodziły do szkoły, jednak Franciszek wolał adorację, jak mówił, niedługo Najświętsza Panna go zabierze. Tak się stało. W 1918 r. panowała epidemia, umarło wiele dzieci. Franciszek długo chorował, codziennie odmawiał różaniec. 4 kwietnia 1919 r. po spowiedzi i Komunii św. spytał mamę, czy także widzi piękne światło, po czym z uśmiechem umarł. Zachorowała także Hiacynta i bezskutecznie starano się ją leczyć w kolejnych szpitalach. Dziewczynka widywała w chorobie Matkę Bożą, modliła się, zachęcała wszystkich, by kochali Jezusa i Serce Maryi i modlili się za grzeszników. Umarła 20 lutego1920 r. w Lizbonie. Na jej pogrzebie wielu ludzi uznało, że żegnają świętą.
 
Łucja i papieże
Łucja została sama, miała 14 lat. W 1921 r. wstąpiła do zgromadzenia św. Doroty, które znała ze szkoły. Jako zakonnica miała wiele objawień prywatnych, zachęcała do nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca ku czci Niepokalanego Serca Maryi. Po latach spisała swe wspomnienia z Fatimy, łącznie z tajemnicami fatimskimi. W 1949 r. została karmelitanką. Na jej prośbę Pius XII poświęcił w 1940 i 1942 cały świat i Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi, w 1944 r. ustanowił święto Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja spotykała się z wysłannikami papieży oraz Pawłem VI i Janem Pawłem II. Przypominała wydarzenia w Fatimie oraz swą interpretację wydarzeń; zapamiętano ją jako osobę stanowczą, wręcz upartą, gdy coś uznawała za ważne. Bardzo cenił jej zdanie św. Jan Paweł II; gdy zmarła 13 lutego 2005 r. mając 98 lat, wspominał z wdzięcznością, jak wielkim wsparciem była dla niego jej codzienna modlitwa. Ogłosił Franciszka i Hiacyntę błogosławionymi.
 
*
Na zdjęciu, wykonanym w 1917 r. widzimy starannie ubrane dzieci o poważnych, zdecydowanych twarzach, bez cienia uśmiechu. Spotkanie z Matką Bożą okazało się rzeczywiście bardzo angażujące i wymagające; zupełnie zmieniło ich życie. Proboszcz z Fatimy miał rację – umierały szczęśliwe.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki