Logo Przewdonik Katolicki

Stanowiska z religijnego klucza

Marek Dłużniewski
Próby okiełznania tej wielowyznaniowości, nadania jej ram i zapewnienia grupom religijnym udziału we władzy, podejmowano w Libanie już od dawna. Fot. WAEL HAMZEH_epa_pap

W Libanie, gdzie udział w polityce jest powiązany z wyznawaną religią, od wielu miesięcy nie udaje się wybrać prezydenta. Impasu nie można jednak tłumaczyć tylko kwestiami wyznaniowymi.

Wołanie o pomoc w zakończeniu politycznego pata w Libanie zawędrowało aż do Rzymu. To właśnie podczas styczniowej wizyty w Watykanie o interwencję w tej sprawie poprosił papieża Franciszka kard. Bechara Rai. Patriarcha Antiochii z pewnością nie jest jedyną osobą, którą brak politycznego porozumienia, w tak fundamentalnej kwestii jak wybór głowy państwa, musi napawać niepokojem. Tym bardziej że chodzi tu o kraj, który leży niemal w samym centrum jednego z najbardziej zapalnych punktów na mapie świata.

Przedłużający się impas
Liban nie ma prezydenta od 25 maja 2014 r., kiedy to zakończyła się kadencja Michela Suleimana. Od tamtej pory w Zgromadzeniu Narodowym, a więc jednoizbowym parlamencie libańskim, podjęto aż 34 próby wyłonienia nowej głowy państwa i żadna z nich nie zakończyła się powodzeniem. Obowiązki głowy państwa sprawuje premier Tammam Salam. Przyczyną tego trwającego już ponad półtora roku pata jest to, że do porozumienia nie mogą dojść politycy chrześcijańscy. Urząd prezydenta w wielowyznaniowym Libanie przypada bowiem katolikowi-maronicie. Jednak to nie kwestie religijne, a polityczne decydują o braku porozumienia. – Dwie główne frakcje chrześcijańskie gen. Michela Auna i Samira Dżadży – od lat są w sporze. Pierwszy złączył się z prosyryjską frakcją szyitów, drugi z prosaudyjską frakcją sunnitów – mówi dr Patrycja Sasnal z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Właśnie orientacja na któreś z rywalizujących o dominację w świecie arabskim państw odgrywa w libańskiej polityce kluczową rolę. Niedawno gen. Auna został wsparty przez swego konkurenta. Z jednej strony może być to szansa na wybrnięcie z kryzysu, ale z drugiej może sytuację jeszcze bardziej skomplikować. Jak będzie, okaże się na początku marca, kiedy odbędzie się kolejna próba prezydenckiej elekcji. Trzeba jednak mieć na uwadze, że impas i przedłużający się brak politycznego porozumienia nie są w Libanie niczym nowym. – Do niedawna w Libanie trwał potrójny pat, nie tylko prezydencki, ale też parlamentarny (parlament nie miał kworum, żeby nad czymkolwiek debatować) i gabinetowy (rząd się nie zbierał). Przynajmniej parlamentarny jest dziś zażegnany – zaznacza dr Sasnal.
 
Mieszanie w libańskim kotle
Konflikt, pat, ale też oryginalne próby porozumienia są wpisane w specyfikę Libanu. Ten przeszło pięciomilionowy kraj jest na politycznej mapie Bliskiego Wschodu punktem, na którym od lat krzyżują się interesy nie tylko graczy regionalnych. Decydującą rolę odgrywa tu wyjątkowa sytuacja religijna, gdzie na stosunkowo małej przestrzeni wspólnie żyją chrześcijanie (około 40 proc.), sunnici i szyici (po około 30 proc. każde z tych wyznań). Na tę już z natury rzeczy skomplikowaną rzeczywistość wewnętrzną przez lata nakładały się silne czynniki zewnętrzne.
Po I wojnie światowej Liban jako była część Imperium Osmańskiego znalazł się pod panowaniem francuskim, ale w latach 40. XX w. wybił się na niepodległość. Jednak syryjskie sąsiedztwo, późniejsze powstanie Izraela i napływ skonfliktowanej z nim ludności palestyńskiej na terytorium Libanu, wreszcie także zimnowojenna rywalizacja sprawiły, że do mieszania w libańskim kotle było bardzo wielu chętnych. W połowie lat 70. wybuchła trwająca półtora dekady wojna domowa, której istotnymi elementami były interwencje Syrii i Izraela. Wysiłki podjęte na przełomie lat 80. i 90. stworzyły możliwość osiągnięcia pewnej stabilizacji, ale nie zlikwidowały wewnętrznego napięcia, czy prób ingerencji zewnętrznych. Utrzymały jednak status Libanu jako państwa pod względem polityczno-religijnym wyjątkowego, na pewno w skali regionu, ale też i świata.
 
Wyznaniowe parytety
Próby okiełznania tej wielowyznaniowości, nadania jej ram i zapewnienia grupom religijnym udziału we władzy, podejmowano w Libanie już od dawna. Pakt Narodowy z 1943 r. gwarantował lepszą pozycję chrześcijanom. Urząd prezydenta zarezerwowany został dla maronitów (jeden z katolickich kościołów wschodnich, którego patriarchą jest wspomniany wcześniej kard. Rai), premiera dla sunnitów, zaś funkcja przewodniczącego parlamentu przypadła szyitom. Wicepremierem i wiceprzewodniczącym parlamentu mieli być prawosławni, a w parlamencie chrześcijańska większość cieszyła się przewagą w stosunku 6:5. Jednak późniejsze zmiany demograficzne i wzrost liczby ludności muzułmańskiej stały się jedną z przyczyn krwawego konfliktu.
Mające zakończyć wojnę porozumienie, zwane Kartą Zgody Narodowej, wprowadziło pewne modyfikacje do poprzedniego systemu podziału władzy. Nadal podtrzymuje jednak podział politycznych stanowisk według klucza wyznaniowego, choć wyrównuje stosunek sił w parlamencie. Dobrze pokazuje to precyzyjny podział, zgodnie z którym w 128-osobowym parlamencie 34 miejsca przypadają dominującemu wyznaniu chrześcijańskiemu maronitom, 14 prawosławnym z Patriarchatu Antiocheńskiego, 8 miejsc katolickim melchitom, 5 prawosławnym ormiańskim, 1 ormiańskim katolikom, 1 dla protestantów i 1 dla innych wspólnot chrześcijańskich. Z kolei sunnici i szyici mają zagwarantowane po 27 mandatów, druzowie 8, a alawici 2.
Religijne parytety nie oznaczają oczywiście, że współwyznawcy muszą przynależeć do tego samego obozu politycznego. Gdyby tak było, nie byłoby mowy o tak długotrwałym impasie, jak ten prezydencki. Na skomplikowaną sytuację religijną, tak jak w przeszłości, nakładają się kwestie polityczne. A to w warunkach bliskowschodnich uwidacznia się szczególnie.
 
Jedyne wyjście?
Rywalizacja o prymat w świecie arabskim, konflikt izraelsko-palestyński, wojna w Syrii, działalność Hezbollahu, funkcjonowanie Państwa Islamskiego nie pozostają bez wpływu na sytuację w Libanie. Z tym wiążą się problemy społeczne, jak choćby liczne migracje. A te jak wiadomo mogą mieć bardzo poważne konsekwencje. Wszak to masowy napływ ludności palestyńskiej stał się jedną z przyczyn wojny domowej. Czy zatem, biorąc pod uwagę problemy regionalne, jak i niemniej skomplikowaną sytuację wewnętrzną wraz z pojawiającymi się kryzysami społecznymi i politycznymi, układ oparty na przynależności wyznaniowej ciągle ma rację bytu? – System paradoksalnie się sprawdza. Biorąc pod uwagę podział etniczno-religijny Libanu, setki tysięcy palestyńskich uchodźców, ponad milion syryjskich uchodźców (czwarta część populacji Libanu), problemy z terroryzmem, spuściznę 15-letniej wojny domowej, to ten kraj jest
zaskakująco stabilny. Konfesjonalizm to jedyne rozwiązanie dla społeczeństwa podzielonego na dokładnie trzy części: chrześcijanie, sunnici, szyici – przekonuje dr Patrycja Sasnal.
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki