Logo Przewdonik Katolicki

Jezus daje moc

Piotr Jóźwik
Marek Piekarczyk / fot. R. Woźniak

Wywiad z Markiem Piekarczykiem, wokalistą, o przygotowaniach do zagrania roli Jezusa.

Powiedział Pan kiedyś, że Jezusa nie da się zagrać.
– Nie można Go zagrać przekonywająco. Zresztą ja nawet nie jestem aktorem. Ale zawsze gdy wcielam się w postać Jezusa, dostaję jakiejś dziwnej energii. Kiedy stoję za kulisami, to jestem Piekarczyk, ale gdy tylko wychodzę na scenę, to staję się Jezusem. Nie zastanawiam się, jak to się dzieje, ale robiąc coś z Jego imieniem na ustach, trudno nie czuć tej siły. To On niesie mnie w tej roli. Może dlatego, że jest w moim życiu ważną postacią?

Wiedział Pan, z czym się mierzy, kiedy w 1986 r. pojawiła się propozycja, by zagrać tytułową rolę w rock operze Jesus Christ Superstar w Gdyni?
– Dawno temu jako hipis chodziłem do „Beczki”, duszpasterstwa dominikańskiego w Krakowie. Kiedyś odwiedził nas ksiądz, który przywiózł ze sobą płytę Jesus Christ Superstar, a na ekranie wyświetlał tłumaczenia tekstów. To było coś! Od razu stwierdziłem, że chciałbym w tym kiedyś zagrać. Co ciekawe, na początku chciałem być… Judaszem, bo on ma dużo więcej do śpiewania. Właśnie dlatego rola Jezusa jest taka trudna, bo jest jakby słabiej napisana. Judasz co chwilę Go atakuje, ale ostatecznie przy Jezusie jest postacią nieistotną, bo przy Nim wszystko wypada blado.

Skoro tak zachwycił się Pan rolą Judasza, to jak to się stało, że został Pan Jezusem?
– Kiedy stanąłem w drzwiach domu reżysera Jerzego Gruzy, to jak tylko mnie zobaczył, powiedział: „O, mam Jezusa”, choć nawet nie słyszał, jak śpiewam. Kiedy dostałem libretto, miałem łzy w oczach. Jakie to jest piękne, myślałem. Pamiętam, jak podczas sylwestra wszyscy się bawili, a ja słuchałem kasety z muzyką. Tyle lat na to czekałem, aż wreszcie się udało. I to samo do mnie przyszło.

Jak Pan wspomina to pierwsze w Polsce wykonanie Jesus Christ Superstar z 1987 r.?
– Wtedy to było wyzwanie. Ludzie oczekiwali otuchy, dobrej nowiny. To była forma walki z komuną. Obowiązkiem artystów było przynosić ukojenie, nadzieję na to, że wszystko się zmieni, a postać Chrystusa miała uskrzydlać. Pamiętam, że premierze towarzyszyły też obawy, że to coś obrazoburczego. Na szczęście na jedną z prób przyszedł biskup, zobaczył całość i wysłał list do proboszczów, że nie ma tam żadnego bluźnierstwa. I ludzie przyszli.
Pojechaliśmy na tournée. Kiedy występowaliśmy w Grodnie, a graliśmy tam trzy przedstawienia jednego dnia, na widowni było 20 tys. ludzi. To były Zaduszki i w tej ogromnej hali ludzie zapalili morze świeczek. Dla nich to było coś wyjątkowego, niemal świętość. Potem pojechaliśmy do Leningradu, gdzie kobiety klękały na ulicach i błagały mnie o wejściówki. Ludzie przemierzali setki kilometrów, a jakiś ksiądz przez miesiąc jechał nawet z Syberii. Dla nich to było bardzo ważne, dlatego przyjeżdżali ze wszystkich stron świata. I przemycaliśmy ich różnymi sposobami na widownię, a oni kucali na schodach i siadali wszędzie tam, gdzie się dało.

Co Pana najbardziej przekonuje w tym rockowym Jezusie?
– Przede wszystkim Jego niesamowita ekspresja. On przemawia moim językiem, jest trochę zbuntowany, niepasujący do teraźniejszości. Rock and roll to muzyka, która zburzyła mur berliński, przyczyniła się do upadku komunizmu. To jest wielka moc. W zwykłej operze by tego nie było, a w rock operze tekst niesie się niesamowicie. Dzięki temu postać Chrystusa jest mocna i władcza, a jednocześnie piękna i pełna pokory. Rock and roll to świetny sposób, żeby opowiedzieć tę historię, chociaż Jezus, który śpiewa raz mocnym głosem, raz szeptem, prezentując tyle odcieni, to wielkie wyzwanie dla wokalisty. Mamy tu zaledwie kilka przeplatających się cały czas melodii, dzięki czemu można skupić się na treści.

Ale ta treść praktycznie od samego początku, czyli lat 70. ubiegłego wieku, wzbudzała kontrowersje. Mówił Pan o wątpliwościach przy okazji polskiej premiery, słyszeliśmy o nich także w tym roku, przed wystawieniem rock opery w ramach jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski.
– I po części protestujący mieli rację. Jesus Christ Superstar napisali baptysta i żyd, którzy robili różne ukryte zabiegi, ale ja je zdemaskowałem i naprostowałem ich słowa bez pytania. Nikt nie jest w stanie zmusić mnie do zrobienia czegoś, czego nie uważam za słuszne. Dlatego zrobiłem wszystko, żeby to był prawdziwy Chrystus.

Co musiał Pan naprostować?
– W oryginalnym tekście napisano, że „ten chleb to mogłoby być moje ciało”, a „to wino to mogłaby być moja krew”. Co to ma znaczyć? Podobnie podczas przesłuchania u Piłata, kiedy Chrystus mówi: „Szukałem prawdy”. Jak to? Przecież Jezus powiedział: „Jam jest prawdą”! On mówił wprost, jak Franciszek dzisiaj. Papież mówi prostymi słowami, ale jakoś te słowa do nas nie docierają. Mam nadzieję, że nasza rock opera pozwoli przemówić tej prawdzie, że jedynym źródłem jest Chrystus. A że robi to za pomocą pięknej muzyki, tańca i środków wizualnych? Dziś tak to musi wyglądać. Nie możemy tworzyć skansenów, nawet w Kościele.

W listopadzie w Poznaniu po raz kolejny wcieli się Pan w tytułową rolę w rock operze. Czy postać Jezusa nie ma już przed Panem tajemnic?
– On cały czas mnie zaskakuje. Rok temu podczas koncertu „Błogosławieni miłosierni” śpiewałem Getsemani na krakowskim rynku. Na wielkim plakacie obok Jana Pawła II były napisane słowa „Nie lękajcie się”. I nagle odkryłem, że te słowa to najmądrzejsza rzecz, jaką można powiedzieć ludziom. Lęk towarzyszy człowiekowi przez całe życie. Jezus, gdy się modlił, poznał to uczucie dotkliwie. Bóg się bał. W Ogrójcu poczuł się zdradzony, opuszczony, osamotniony. To najgorsze, czego może doświadczyć człowiek. Wtedy przekonał się, czym jest prawdziwa samotność. Nauczył się tego od ludzi, bo On jest Miłością i nie mógłby skazywać nas na samotność. To my sami ją stworzyliśmy.

To jest taka najważniejsza lekcja Jesus Christ Superstar?
– Nie lękajcie się – to chyba najważniejsze. Wiosną na stadionie w Poznaniu uświadomiłem sobie jeszcze jedno, że Chrystus właśnie wtedy musiał odkryć, jak dobrze jest być między ludźmi, którzy robią coś razem, cieszą się życiem. Jezus przekonał się, czym jest prawdziwa radość bycia z ludźmi i jakie to może być wspaniałe.
 




Marek Piekarczyk
Polski wokalista i autor tekstów, aktor. Znany z wieloletnich występów w zespole muzyki rockowej TSA, którego jest członkiem, z przerwami, od 1981 r. W rock operze Jesus Christ Superstar, wystawionej w Polsce w Gdyni w 1987 r., wcielił się w rolę Jezusa. W tym roku prezentowano ją z okazji 1050. rocznicy chrztu Polski.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki