Logo Przewdonik Katolicki

Jezus – pokojowy buntownik

Natalia Budzyńska
Fot. Jesus Christ Superstar/East News

Czterdzieści sześć lat temu dwóch młodych Brytyjczyków skomponowało jedną z pierwszych rock oper, która szybko zdobyła popularność na Broadwayu, a wkrótce na całym świecie. Sukces Jesus Christ Superstar trwa nieprzerwanie, a sam spektakl wszedł do klasyki musicalowej.

Trudno wytłumaczyć tę popularność. Może bierze się stąd, że Jezus Chrystus pokazany jest tu jako tak zwany zwykły człowiek, co jest tak uniwersalne, że pozwala wzbudzić pozytywne emocje u każdego odbiorcy – bez względu na wyznanie, a nawet brak wyznania. Może wizja Jezusa jako hippisa głoszącego hasła „love and peace” wciąż jest atrakcyjna? A może chodzi po prostu o brak moralizującego tonu i patosu, który często towarzyszy biblijnym produkcjom? Można mieć różne na ten temat zdanie, ale fakt jest taki, że nie sposób doliczyć się liczby inscenizacji, jakich podjęli się reżyserzy w teatrach na całym świecie: od Korei Południowej po Nową Zelandię. Oficjalna strona musicalu podaje, że nie dość, że był najdłużej obecnym przedstawieniem na West Endzie, to jeszcze zagrany w 42 krajach świata zarobił do dziś ponad 205 mln dolarów. Doczekał się też płyt z materiałem wykonywanym przez różne znane głosy, tras koncertowych i dwóch ekranizacji filmowych. Ciekawe, że lata mijają, estetyka i gusty muzyczne się zmieniają, a Jesus Christ Superstar jest wciąż grany i ma swoich wiernych fanów. Początkowo wzbudzał kontrowersje, uznawany był nawet za antyreligijny, dzisiaj na widowni polskich teatrów muzycznych, w których jest wystawiany (między innymi w Chorzowie i Gdyni), nierzadko można spotkać księdza katolickiego lub zakonnice.
 
Rock opera
Premierę teatralną miał Jesus Christ Superstar na Broadwayu i często kojarzy nam się z  kwintesencją popkultury amerykańskiej, ale jego twórcami są rodowici Brytyjczycy. Dla dwudziestoparolatków Andrew Lloyda Webbera (napisał muzykę) i Tima Rice’a (napisał słowa) to było trzecie podejście do musicalu (poprzednie nie wzbudziły zainteresowania). Od strony tematyki była to nowość, ponieważ ostanie dni życia Chrystusa Tim Rice postanowił pokazać z punktu widzenia Judasza, którego przedstawił jako człowieka szczerze kochającego Jezusa i mu najbliższego. Z kolei Andrew Lloyd Webber postanowił odświeżyć nieco warstwę muzyczną na rynku musicalowym i napisał aranżacje stricte rockowe. Dzisiaj mogą wydawać się nam przewidywalne, nudne i przestarzałe, ale w 1970 r. były jak najbardziej aktualne. To był czas rocka progresywnego, organów Hammonda, rocka symfonicznego i długowłosych wokalistów. Webber hippisem nie był i tworzył dzieła, które przede wszystkim miały się podobać tak zwanemu „ogółowi” publiczności, ale w tym przypadku podjął ryzyko. Początkowo wydawało się, że się nie opłaciło. Jezus Chrystus na teatralnych deskach śpiewający rockowe songi – to chyba było za dużo, jak na chłodnych mieszkańców wysp brytyjskich. Autorzy więc postanowili wydać album płytowy jako tak zwany album koncepcyjny. Czyli nie zbiór niepowiązanych ze sobą piosenek, ale songów łączących się w konkretną opowieść. To była też nowość na rynku muzyki pop. Zaledwie rok przedtem taką rock operę wydał zespół The Who. Zatytułowana Tommy  była historią chłopca, który na skutek doznanej traumy traci mowę, słuch i wzrok. Potem staje się guru sekty, ale traci swoich wyznawców i osiąga dno. Tommy trafił na deski teatralne i ekran filmowy. Jesus Christ Superstar to właściwie druga rock opera w historii. Koszty jej nagrania były ogromne jak na taką produkcję: 65 tys. dolarów. Nagrania trwały aż pięć miesięcy. Wynajęta została 85-osobowa orkiestra symfoniczna, trzy profesjonalne chóry, prawie trzydziestu wokalistów pierwszoplanowych i śpiewających w chórkach, sześciu muzyków rockowych. Partie Jezusa zaśpiewał Ian Gillian z zespołu Deep Purple, ale wtedy jeszcze nie był światową gwiazdą. Premiera odbyła się w Londynie i nic się nie wydarzyło. Za to występy reklamujące płytę w Stanach Zjednoczonych trafiły w odpowiedni czas. To był wielki sukces, nagle nikomu nieznani Webber i Rice nie mogli opędzić się od propozycji, a płyta stała się najlepiej sprzedającym się albumem w Stanach Zjednoczonych w 1971 r. W amerykańskiej trasie, która poprzedzała sceniczną premierę musicalu, pojawili się już inni muzycy. Gillian na przykład odrzucił propozycję występów, stwierdził, że większą karierę zrobi z Deep Purple. 12 października 1971 r. w Mark Hellinger Theatre na Broadwayu odbyła się premiera spektaklu Jesus Christ Superstar w reżyserii Toma O`Horgana. Sztuka, choć przyniosła sporo sukcesów, doczekała się różnych recenzji, także krytycznych. Protestowali protestanci, katolicy i żydzi. Ci ostatni twierdzili, że spektakl powiela przekonanie, że to żydzi są winni śmierci Chrystusa. Chrześcijanie z kolei uważali, że Chrystus nie jest pokazany jako Syn Boży, tylko zwykły człowiek. Organizacje antyrasistowskie odzywały się w sprawie aktora, który grał rolę Judasza: był czarnoskóry (czyli: zły Murzyn). Bardzo szybko musicalem zainteresował się Hollywood, bo na ekrany przeniesiony został już w 1973 r. Zdjęcia kręcono w Izraelu, a reżyser Norman Jewison wpadł na pomysł scen przeplatanych współczesnymi ujęciami: trupa teatralna hippisów na pustyni odgrywa przedstawienie, wcielając się w biblijne postaci.
 
Jezus – hippis - idol
Czas dla Jesus Christ Superstar był sprzyjający: społeczeństwo amerykańskie było podzielone na pół. Prezydent Nixon i jego „milcząca większość”, czyli konserwatywna Ameryka oraz „wichrzyciele”, czyli hippisi, czarnoskórzy i antywojenni liberałowie. Wojna w Wietnamie, afera Watergate i tajne bombardowanie Kambodży powodowały narastający bunt tej „drugiej” Ameryki. Dziełu dwóch Brytyjczyków pomógł też sukces musicalu Hair. Protestujący studenci i całe rzesze dzieci kwiatów wykrzykujących hasła „Peace and Love” w musicalowym Jezusie zobaczyli swojego brata, który chce zbawić świat poprzez miłość, a nie wojnę i przemoc. Chrystus jako młodzieżowy idol – to było trafienie w dziesiątkę. Rewolucjonista, który przeciwstawia się mechanizmom władzy  i pieniądza, dla którego wszyscy są równi. Te hasła w latach 70. były przecież niezwykle nośne. Tom Rice pokazał ostatnie siedem dni życia Jezusa dość wiernie Ewangeliom. Nie tknął jednak najważniejszego: zmartwychwstania. Nie miał zamiaru robić musicalu religijnego, chciał przedstawić znane fakty w atrakcyjnej formie przyswajalnej dla wszystkich. Na Jezusa patrzy Judasz, który nie wierzy w jego boskość. Podziwia Jezusa, widzi w nim bohatera, ale w pewnym momencie przestaje akceptować drogę, jaką idzie ku samozagładzie. Postanawia interweniować. Oczywiście historia jest uniwersalna, ale w latach 70. w Stanach Zjednoczonych odczytywano ją jednoznacznie: okupacja rzymska to okupacja amerykańska w Wietnamie i Kambodży. Piłat to Nixon. Jezus i jego uczniowie to pacyfistyczna komuna hippisowska z charyzmatycznym przywódcą. Dzisiaj ogląda się Jesus Christ Superstar bez drugiego dna, może trochę jako znak dawnych czasów dzieci kwiatów. Wciąż powstają nowe inscenizacje. W 2012 r. przeniesiono musical po raz trzeci na scenę broadwayowską. Rok później wznowiono spektakle w Korei Południowej. Także w tym czasie dokonany został filmowy zapis na żywo spektaklu wystawionego w O2 Arena w Londynie, a z ciekawostek można dodać, że rolę Marii Magdaleny odśpiewała Melanie C, członkini popowej grupy Space Girls.
W Polsce spektakl grany jest na trzech scenach, a ostatnia premiera odbyła się w Teatrze Muzycznym w Łodzi w 2014 r. Dziś już ani tytuł spektaklu, ani połączenie pasji Chrystusa z muzyką rockową, ani jego hippisowska wymowa nikogo nie szokują, czego dowodem jest wybranie tej inscenizacji na oficjalne uroczystości obchodów 1050-lecia chrześcijaństwa w Polsce.
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki