Logo Przewdonik Katolicki

Bóg kazał pisać

Marcin Nowak
Bł. Jakub Alberione / rys. A. Kurasińska / PK

„Potrzebni są święci, którzy będą nam torować jeszcze nie ubite i częściowo nawet nie wytyczone drogi” – napisał włoski kapłan i prorok mediów bł. Jakub Alberione. Czy wiedział, że pisze o sobie?

To wyjątkowo trudny życiorys – za dużo tego wszystkiego jak na dwie strony: nowa rodzina zakonna, nowy charyzmat, nowy sposób myślenia o duszpasterstwie, nowe metody głoszenia Ewangelii i jeszcze te anegdotki, że z dnia na dzień wręczał one way ticket i wysyłał swych pracowników na koniec świata, by tam ewangelizowali przez media. Żeby to okiełznać, zacznijmy „po szkolnemu”.
 
Misja przełomu wieków
Jakub Alberione urodził się 4 kwietnia 1884 r. w San Lorenzo di Fossano w północnych Włoszech. Że chce być księdzem, wiedział od dziecka. Ale jak to się mówi – marzenie ściętej głowy. Bo choć był pilnym uczniem, wyniki miał raczej przeciętne. Bo choć był nadzwyczaj dojrzały, to równocześnie wątły i chorowity. Bo choć rodzice ciężko pracowali, w domu się nie przelewało. Ostatecznie naukę w niższym seminarium duchownym w Bra rozpoczął dzięki namowom proboszcza i hojnej pomocy ojca chrzestnego.
Gdy miał 16 lat, podczas nocnej adoracji z 31 grudnia 1900 na 1 stycznia 1901 r. poczuł, że musi „uczynić coś dla Pana i ludzi nowego wieku”. Brzmi dość magicznie: noc, katedra w Albie i jeszcze ta data – przełom wieków… Ale myśl Jakuba nie wzięła się znikąd. Od dawna słuchał Leona XIII, który zachęcał do szukania nowych form duszpasterskich, i od dawna chodziło mu po głowie organizowanie pracy drukarzy, księgarzy, pisarzy i wydawców katolickich. Po tej adoracji z większą śmiałością dyskutował swoje pomysły z Bogiem i przełożonymi. Jak napisał jeden z jego biografów, „bardzo pragnął wnieść się ponad przeciętność, wyjść z anonimowości”. Ale nie dla siebie. Dla Pana.
 
Medialna „kariera”
Zaczęła się szybko i była dość spektakularna. W telegraficznym skrócie? Gdy miał 29 lat, i zaledwie sześć lat przeżył w kapłaństwie, powierzono mu kierowanie tygodnikiem diecezjalnym „Gazzetta d’Alba”, a już rok później w małej kanciapie powstała Szkoła Drukarska „Mały Robotnik”, na którą „przehulał” spadek ojca chrzestnego i zaciągnął długi. Do „Małego Robotnika” garnęli się chłopcy z okolicznych chłopskich rodzin. Przyjął kilku z nich i pierwsze maszyny drukarskie ruszyły.
Od 1924 r. zaczęły powstawać kolejne czasopisma. Większość z nich ukazuje się do dziś, wśród nich popularna „Famiglia Cristiana”. W myśl zasady: Biblia w każdym domu, Alberione drukował niezliczone egzemplarze Ewangelii. Założył Stowarzyszenie Bibliotekarskie, radio San Paolo, otworzył wydawnictwo fonograficzne i organizację zajmującą się apostolstwem filmu. Jego wielką troską byli tzw. wierzący niepraktykujący. Z miłości do nich zainspirował powstanie 400 biuletynów parafialnych, które nie miały być „samouwielbieniem” proboszczów, ale „papierowym dzwonem, który cicho wzywa dzieci parafii”.
Z wyglądu niepozorny, o sympatycznej choć ascetycznej twarzy, w swoim zaangażowaniu był odważny i… szalony. Gdy faszyści spalili cały nakład wielokrotnie cenzurowanej „Gazzetta d’Alba”, jeszcze w tym samym dnu wydrukował ją ponownie z adnotacją na pierwszej stronie: „Przepraszamy czytelników za opóźnienie: pierwsze wydanie zostało spalone przez faszystów”. Aż dziw, że w czasie wojny nie zginął żaden z jego współpracowników. Może Matka Boża dała się „przekupić”? W 1939 r. obiecał Jej nie byle co – jeśli zaopiekuje się jego duchowymi dziećmi, wybuduje w Rzymie kościół ku Jej czci. Przepiękne sanktuarium Królowej Apostołów konsekrowano w 1954 r. To ciekawe, bo zdaniem lekarzy Alberione od 30 lat miał już… nie żyć. Herkulesem to on nigdy nie był, a intensywna działalność nadszarpnęła jego zdrowie. Zebrani na konsylium lekarze zapowiedzieli, że umrze za półtora roku, w 1924 r. Medycy się pomylili, a margines błędu wynosił 47 lat. Ks. Jakub dziękował za ten dar, powtarzając: „Panie, usłałeś moje życie cudami i miłosierdziem”.
 
Nowy charyzmat na wszystkich kontynentach
Tych cudów było co nie miara, bo działalności medialnej towarzyszył rozwój rodziny zakonnej. Nowym dziełem zaopiekowało się nowe męskie zgromadzenie – Towarzystwo Świętego Pawła. Dlaczego taki patron? Alberione pamiętał słowa bp. Kettelera: „Gdyby św. Paweł żył w dzisiejszych czasach, byłby dziennikarzem”. Oprócz paulistów powołał jeszcze osiem instytutów, które wraz z tzw. współpracownikami paulińskimi tworzą Rodzinę Świętego Pawła (szczegółowo na www.paulus.org.pl). „Między nimi jest ścisłe pokrewieństwo, ponieważ wszystkie narodziły się z Tabernakulum” – pisał. Od 1931 r. wysyłał swoich synów i córki z „misjami zagranicznymi”. Paulińskie domy powstały m.in. w USA, Brazylii, Argentynie, Francji, Hiszpanii, Japonii, na Wyspach Filipińskich, w Australii, Korei, słowem – na wszystkich kontynentach. W 1934 r. pauliści przybyli również do Polski.
Mimo zaangażowania społecznego kapłan nie wykręcał się od swoich zwyczajnych obowiązków, szczególną wagę przywiązując do głoszenia kazań. Nic dziwnego – sam powiedział, że „Naszą amboną jest cały świat”.
W pierwszych latach swej działalności (1912–1933) wydrukował trzy książki. „Nowoczesne” jak na tamte czasy, dziś są uważane za jego duchowy „manifest”. To Szkice teologii pastoralnej, Kobieta włączona do działalności kapłańskiej oraz Apostolstwo druku. Dla wielu katolików pracujących w mediach to ostatnie jest „dziennikarską biblią”. Możemy w niej znaleźć np. takie perełki: „Dziennik jest głosem, który mnoży się w milionach stron, aby pomnożyć się w milionach ust i mózgów”.
 
Katolickie = najlepsze
Także inna jego książka, Apostolstwo wydawnicze, jest kopalnią wskazówek do pracy redakcyjnej. Szczegółowe wytyczne Alberionego są zastanawiające, a po zastanowieniu – zdumiewające. Dyrektor wydawniczy powinien dbać, aby „okładka przyciągała uwagę, aby tytuły były dobrze dobrane”. Drukarz „musi być na tyle pomysłowy, aby sprawić, żeby na śmieciach wyrosły róże i lilie, a makulaturę dało się przekształcić w papier zadrukowany słowami Ewangelii”. Na podpowiedzi mogą też liczyć autorzy recenzji, operatorzy kamer, a nawet księgarze. „Wygląd i wystrój lokalu mają olbrzymie znaczenie. (…) Dlatego trzeba zamiatać, ścierać kurze, dezynfekować często półki, wystawy, ladę i same książki”. Przecież z księgarni „wychodzą promienie łaski, a także światło oświecające i rozpalające dusze”.
Tak drobiazgowe analizy nie były wynikiem obsesyjnego kontrolowania wszystkich i wszystkiego, nie obchodziły go też teoretyczne dywagacje. Fundamentem Apostolstwa była natomiast doskonała znajomość tzw. branży, ale przede wszystkim ludzkiego serca i jego kondycji. Pisał: „Dla wielu ludzi dziennik już nie jest sam w sobie tylko kartką nasyconą tuszem, dla nich stał się Ewangelią”, a czytelnik „generalnie ślepo wierzy w to, co czyta, i czyni później z tego podstawę swojego myślenia”. Z tego powodu i sobie, i innym stawiał wysokie wymagania. Katolickie nie mogło być badziewne; katolickie musiało być najlepsze.
Swych dzieł doglądał osobiście. Pięć razy udał się w podróż dookoła świata. Zagrzewał swych współpracowników do pracy i zobowiązywał do częstej Mszy św., adoracji i medytacji, gdyż „przepowiadanie do innych nie nawraca nas samych”. Zwolnił dopiero po osiemdziesiątce, oddając się modlitwie. Zmarł w 1971 r., a przy jego łożu śmierci stał papież Paweł VI, którego obecność znaczyła: „Kościół jest ci wdzięczny”.
 
Wyprzedził sobór
Alberione rozumiał, jak działają gazety, radio, kino, telewizja. Ale wiedział też, że jego epoka nie jest pępkiem świata i po taśmach magnetofonowych oraz płytach „w przyszłości powstaną inne, lepsze środki”. Jego duszpasterskie intuicje pół wieku później potwierdził Sobór Watykański II, ogłaszając, że Kościół może i powinien uczestniczyć także w tej sferze życia człowieka, która dzieje się na ekranach telewizorów i szpaltach gazet. No tak. Dając nam słowo Boże, Bóg stał się pierwszym wydawcą. To „Bóg kazał pisać”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki