Logo Przewdonik Katolicki

O trzy zasłony za dużo

Łukasz Kaźmierczak
Fot. MOHAMED MESSARA/PAP EPA

Bikini czy burkini? To nie jest tylko niewinna gra w skojarzenia słowne, czy dywagacje na temat plażowego dress code. W tle pojawiają się pytania dotyczące samych fundamentów demokracji.

Takie zdjęcia lotem błyskawicy obiegają świat:  kobieta w stroju burkini –  muzułmańskim ubraniu „na plażę”, które zasłania ciało zgodnie ze wskazaniami islamu – otoczona przez grupę policjantów, którzy zmuszają ją do ściągnięcia tuniki. Chwilę później ta sama kobieta powie, że nie chciała „wywoływać kontrowersji”, podkreślając, że „rasistowscy” stróże prawa chcieli ją upokorzyć na oczach dzieci, reszty rodziny, a także postronnych gapiów. I faktycznie, ma prawo tak się czuć. Niezależnie bowiem od stanu emocji wywołanych przez ostatnie ataki radykalnych dżihadystów we Francji i słuszne obawy o nasze bezpieczeństwo, te zdjęcia nie wyglądają dobrze. To już nie tylko przekroczenie granic groteski, ale wywołanie do tablicy pytania o granice ingerencji państwa i jego funkcjonariuszy w podstawowe prawa i wolności obywatelskie.
 
Co skrywa zasłona?
W sprawie burkini francuscy politycy miotają się od ściany do ściany, bo żadne wyjście z tej sytuacji nie jest do końca ani dobre, ani w pełni satysfakcjonujące. Kiedy kilkanaście lat temu pojawiły się na plażach pierwsze muzułmanki w szczelnych letnich ubiorach kąpielowych,  odsłaniających jedynie stopy, ręce i twarz, wzbudziły powszechny szok. Widok jest rzeczywiście niezwyczajny i tak bardzo odstający od europejskiej normy, że laicka Francja potraktowała to jako jawną manifestację kulturowej i religijnej odrębności, zahaczającą o świadomą prowokację. Póki jednak problem był jednostkowy, póty sprawa rozchodziła się jakoś po kościach. W ostatnich miesiącach plażowanie w burkini stało się jednak niemal powszechnym zjawiskiem na francuskich plażach, do czego przyczynia się nie tylko rosnąca liczba społeczności muzułmańskiej, ale i radykalizacja jej postaw religijnych. Po serii niedawnych zamachów doszła do tego jeszcze gra wyobraźni, podsuwającej skojarzenia muzułmańskiego stroju z możliwością ukrycia pod nim pasa szachidów z samobójczym ładunkiem wybuchowym.
I między innymi właśnie na argument bezpieczeństwa publicznego powołał się mer Cannes, wydając kilka tygodni temu okólnik z zakazem używania burkini na tamtejszych miejskich plażach. David Lisnard stwierdził, że noszenie burkini stanowi rodzaj manifestacyjnego poparcia dla radykalnych islamistów. W ślad za Cannes błyskawicznie poszło około 30 innych nadmorskich kurortów, przy czym jako powód oprócz względów bezpieczeństwa podawano także m.in. naruszenie zasad świeckości przestrzeni publicznej, sprzeciw wobec zniewalania kobiet, a nawet kwestie… przyzwoitości i higieny.
Zakaz z Cannes został oczywiście natychmiast zaskarżony przez przedstawicielki społeczności muzułmańskiej, które wskazały, że uderza on w ich wolność osobistą i prawo do swobodnego praktykowania wyznawanej religii. Początkowo sąd pierwszej instancji w Nicei odrzucił skargę trzech muzułmanek, stwierdzając, że rozporządzenie jest zgodne z zasadami świeckości i laickości państwa oraz ochrony w tym duchu przestrzeni publicznej. Kilka dni temu jednak Rada Stanu, najwyższy organ sądownictwa administracyjnego we Francji, zawiesiła decyzje mera Cannes, uzasadniając to faktem, że  każdy tego rodzaju  zakaz musi wynikać wyłącznie z „dowiedzionych zagrożeń” dla porządku publicznego. Zawieszenie ma obowiązywać do wydania ostatecznego wyroku w tej sprawie.
 
Tylko laicité  
Charakterystyczna rzecz: zakaz noszenia burkini  wywołuje gorące spory głównie we  francuskim społeczeństwie, a znacznie mniejsze wśród tamtejszych polityków. Pojawiają się co prawda pojedyncze głosy w łonie rządu krytykujące zakaz z Cannes jako stygmatyzujący i wywołujący jeszcze większe podziały w społeczeństwie, jednak co do zasady popierają go wszystkie najważniejsze dziś ugrupowania polityczne we Francji: socjaliści z prezydentem Hollande’em na czele, ich najwięksi konkurenci z Partii Republikańskiej, nie wyłączając głównego faworyta przyszłorocznych wyborów prezydenckich Nicolasa Sarkozy’ego, a także prawicowcy z Frontu Narodowego Marine Le Pen. Ich argumentacja, ton wypowiedzi, motywacja brzmią jak rzadko kiedy podobnie, a miarodajną próbką niech będą słowa wspomnianej liderki Front National: „To z pewnością kwestia republikańskiej laickości, porządku publicznego; ale poza tym jest to istota Francji: Francja nie chowa ciała kobiety (…). Plaże francuskie to plaże Bardotki i Vadima, a nie mrocznych upiorów” – stwierdziła Le Pen.
I choć na plan pierwszy wysuwana jest cały czas kwestia bezpieczeństwa, to jednak za wszystkim i tak stoi klimat specyficznie rozumianej świeckości państwa francuskiego (tzw. laicité). W przypadku wojny z burkini nie mamy do czynienia z oderwaną od realiów, odosobnioną decyzją pojedynczego organu administracyjnego, ale z krokiem, który doskonale wpisuje się w logikę kolejnych posunięć legislacyjnych nad Sekwaną. To właśnie Francja jako pierwsze państwo w Europie uchwaliła w 2004 r. wielce kontrowersyjne prawo zakazujące noszenia w szkołach publicznych wszelkich widocznych symboli religijnych czy przynależności religijnej, m.in. muzułmańskich chust, żydowskich jarmułek oraz dużych krzyży. To już był jawnie wrogi krok wobec właściwie każdej religii. Ówczesny minister edukacji François Fillon argumentował co prawda, że „zadaniem państwa jest ochrona uczniów przed religijnym fanatyzmem”, trudno jednak zrozumieć, dlaczego za przejaw takowego należy uznać akurat noszenie krzyża albo chusty? Jeden z francuskich kapłanów skomentował to gorzko, stwierdzając, że od początku XX w. Paryż zachorował na antyreligijną obsesję, która każe dostrzegać w każdym religijnym symbolu narzędzie prozelityzmu wymierzone w świętą republikańską neutralność przestrzeni publicznej. Sześć lat później Francja poszła jeszcze dalej, zakazując publicznego noszenia muzułmańskich strojów zakrywających całe ciało jedynie ze szczeliną bądź kratką na oczy, takich jak nikab i burka.  Co ciekawe, przepisy te zostały podtrzymane w 2014 r. przez Europejski Trybunał Praw Człowieka.
 
Przekraczanie granic
Koniecznie trzeba podkreślić wyraźnie i jednoznacznie: przeciwko jakimkolwiek zakazom dotyczącym szeroko rozumianych symboli religijnych –  również tych obejmujących burki, nikaby i burkini – opowiada się od dawna Kościół katolicki we Francji. Już w 2010 r., chwilę po uchwaleniu „antyburkowego” prawa, arcybiskup Paryża kard. André Vingt-Trois, przypomniał, że zadaniem demokracji nie jest wskazywanie ubrań, jakie należy nosić. „Nie sądzę, że obnażone kobiety z plakatów służących reklamie są bardziej szanowane niż kobiety zasłonięte burką” – powiedział francuski hierarcha, zwracając także uwagę, że wszelkie działania w tej materii powinny rozgrywać się nie poprzez narzędzia przymusu, ale w sferze edukacji, wzajemnej otwartości i dialogu. I nawet w świetle krwawych zamachów, jakie przetoczyły się przez Francję w ostatnich miesiącach, zdania te pozostają nadal aktualne. Wszelkie sztuczne zakazy, kary grzywny i szantaże w rodzaju groźby nieprzyznania obywatelstwa francuskiego nie tylko  nie zlikwidują problemu, ale doprowadzą jedynie do dalszych podziałów i jeszcze większej radykalizacji nastrojów. Nie oznacza to oczywiście, że burki i ich pochodne nie wzbudzają wątpliwości – przeciwnie, począwszy od argumentacji, że w Koranie nie ma bezpośrednich zapisów nakazujących noszenie przez kobiety strojów szczelnie zasłaniających całe ciało. Niektórzy umiarkowani wyznawcy islamu podkreślają także, że żona Mahometa, Aisza, nie zakrywała twarzy, udając się do Mekki. Inni jednak wskazują, że np. w chrześcijaństwie noszenie krzyżyków także nie jest obowiązkowe, a jednak czyni tak wielu z racji tradycji, przekonań, potrzeby religijnej itp.
Wszystko to jednak tylko  dywagacje na marginesie, które nie mogą przesłonić istoty problemu, którym cały czas pozostaje coraz bardziej wrogie nastawienie zachodnich demokracji – bo problem ten nie dotyczy bynajmniej tylko laickiej Francji – wobec wszelkich przejawów religijności w przestrzeni publicznej. Rację mają zatem ci komentatorzy, którzy wskazują, że francuski zakaz odnosić należy także m.in. do zakonnych habitów... Dlaczego jednak za chwilę nie można pójść krok dalej i nie zakazać np. Drogi krzyżowej ulicami miasta? Przecież stanowi ona jawne naruszenie laicité, na dodatek epatuje scenami, które mogą u co  bardziej wrażliwych wywołać „szok” albo „zgorszenie”. Przesada? Nie sądzę. Wystarczy przywołać głośną ostatnio historię z sąsiednich Włoch, z Rimini, gdzie w czasie katolickiego festiwalu religijnego nakazano jednej z wystawczyń zasłonić figurę Matki Boskiej, stwierdzając, że jej widok może rzekomo ranić uczucia wyznawców innych religii. Nawiasem mówiąc, ktoś słusznie zauważył, że tak zakamuflowana Madonna wygląda jakby jej ktoś założył… burkę.
 

 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki