Logo Przewdonik Katolicki

Statystyka i metafizyka

Tomasz Królak
Czy stabilność religijności wystarczająco zabezpiecza nas przed wyzwaniami sekularyzującej się Europy? Kluczem jest tu jakość wiary. O nią przede wszystkim należy dziś pytać.

W niedzielnych Mszach św. uczestniczy 39 proc. Polaków, a 16 proc. przyjmuje wówczas Komunię św. Dużo to czy mało? To dowód na siłę czy słabość Kościoła nad Wisłą?

Trudno na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie. Głównie dlatego, że badania religijności – siłą rzeczy skoncentrowane na liczbach – niewiele mówią o jakości wiary.
Obecne badania liczby dominicantes (uczestników niedzielnych Mszy) i communicantes (przyjmujących wówczas Komunię św.) coś ciekawego jednak pokazują. Raport Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK) daje do myślenia i pomaga sformułować kolejne pytania o duchowe perspektywy Kościoła w naszym kraju.
 
Pełne kościoły?
Przypomina mi się trzeźwa uwaga ks. prof. Janusza Mariańskiego o tym, iż „mierzalnych” praktyk religijnych nie można ani przeceniać, ani nie doceniać. Nie można uważać na przykład, że skoro mamy pełne kościoły, to jest to już „religijność najwyższego rzędu” – przestrzegał parę lat temu wybitny socjolog religii.
Można zresztą zastanawiać się nad tymi „pełnymi kościołami”, bo ten obraz powoli, ale wyraźnie się zmienia. Owszem, na tle Europy poziom niedzielnych praktyk jest w Polsce niebotycznie wręcz wysoki. Ale… Jakkolwiek w ostatnich kilku latach poziom dominicantes nie zmienia się i ostatnio wyniósł nieco ponad 39 proc., to w szerszej perspektywie czasowej tendencja spadkowa jest wyraźna. Z przedstawionego zestawienia wynika na przykład, że w roku 1980 wskaźnik ten wynosił 51 proc., a w roku 1982 – nawet 57 proc.
W dekadzie 1980–1990 utrzymywał się – z mniejszymi lub większymi wahaniami – w okolicach 50 proc. Natomiast po roku 1990 liczba uczestników niedzielnych Mszy św. progu tego już nie przekroczyła.
Kolejną wyraźną cezurą był rok 2013 ze spadkiem poziomu dominicantes poniżej 40 proc. – do  39,1 proc., tak samo było rok później. Proces ten zdaje się uwiarygodniać tezę ks. Mariańskiego o dokonującej się u nas „pełzającej sekularyzacji”.
„Mapa” polskiej religijności jest stabilna: można mówić o regionach z tradycyjnie wyższym wskaźnikiem religijności oraz tych, od lat, najsłabszych. Wśród tych pierwszych od lat prym wiodą diecezje południowo-wschodnie, na czele z tarnowską (70,1 proc.), zaś diecezjami o najniższym odsetku osób regularnie uczestniczących w Mszy są: łódzka (24,8 proc.), szczecińsko-kamieńska oraz koszalińsko-kołobrzeska. Hm, „pełne kościoły”…?
 
16 proc: aż czy tylko?
Badania prowadzone przez ISKK na przestrzeni 34 lat pokazują wyraźny wzrost liczby osób przyjmujących Komunię św. podczas niedzielnych liturgii: z 7,8 proc. w 1980 do 16,3 proc. w roku ubiegłym.
Zasadniczo zachodzi też korelacja pomiędzy wysokim poziomem uczestnictwa w niedzielnych Mszach św. a liczbą osób przyjmujących Komunię św. Na przykład diecezja tarnowska ma najwyższe w Polsce wskaźniki zarówno dominicantes (ostatnio 70,1 proc.), jak i communicantes (24,3 proc.).
Jakkolwiek badania ISKK mają charakter ilościowy, to jednak wzrost wskaźnika communicantes pozwala, zdaniem socjologów, mówić także o wzroście jakości wiary, świadczy bowiem o głębszym przeżywaniu Mszy św. No ale to jest ta pełna połowa szklanki. Z drugiej bowiem strony trzeba uświadomić sobie, że statystycznie podczas niedzielnej liturgii do Komunii św. przystępuje mniej więcej co siódmy polski katolik. Można zapytać, czy te niespełna 16 proc. communicantes to powód do duszpasterskiej satysfakcji, czy też poważny sygnał alarmowy wskazujący na płytkie przeżywanie niedzielnej Eucharystii? A więc czy powinniśmy się chwalić, że mamy w Polsce aż 16 proc. communicantes, czy martwić, że mamy ich tylko tyle?
 
Światło i sól
W ciągu ostatnich dwudziestu lat dwukrotnie wzrósł poziom zaangażowania polskich katolików w różnego rodzaju wspólnotach i organizacjach parafialnych. ISKK po raz pierwszy wyodrębnił w tym roku nową kategorię badawczą – participantes, czyli uczestniczących. O ile w roku 1993 wynosił on nieznacznie ponad 4 proc., o tyle w roku w 2013 r. – już 8 proc. Wciąż jednak poziom aktywności polskich świeckich wydaje się zdecydowanie niezadowalający, jesteśmy ciągle Kościołem nazbyt sklerykalizowanym. Parafialna aktywność laikatu na Zachodzie wygląda o niebo lepiej (choć ogólny poziom praktyk jest tam bardzo niski). W sumie jednak wzrost participantes może świadczyć o początku trwałego procesu zwiększania się aktywności polskiego laikatu, który zwykło się określać mianem „śpiącego olbrzyma”. Oby.
Mimo intensywnych przemian religijność polskich katolików cechuje stabilność  – ocenia szef ISKK ks. Wojciech Sadłoń SAC. Pytanie tylko, czy ta stabilizacja wystarczająco zabezpiecza nas przed wyzwaniami wciąż sekularyzującej się Europy. Kluczem jest, jak się wydaje, jakość wiary. I o nią przede wszystkim należy dziś pytać.
Przy okazji ujawnionej przez ISKK liczby emigrantów z ostatnich lat (ok. 2,7 mln) przypomniał mi się ważny fakt. Otóż parę lat temu wykazano, że tylko 10–15 proc. Polaków, którzy wyjechali na Zachód, chodzi systematycznie na niedzielną Mszę św. i korzysta z sakramentów. Jeden z polskich biskupów mówił wówczas, że jest to „papierek lakmusowy” duszpasterstwa w Polsce; że nasza wiara jest za słaba i w konfrontacji z kulturą de facto pogańską nie zdaje egzaminu i umiera.
Omawiając raport ISKK, ks. prof. Sławomir Zaręba wskazywał, że w Polsce nie mamy „odchrześcijanienia”, ale można mówić o zjawisku „odkościelnienia”. Zdaniem badacza obecny proces transformacji religijnej i kościelnej charakteryzuje postawa: „Wierzę, ale nie przynależę”, a więc wiara, ale często bez konsekwencji.
Z kolei bp Grzegorz Ryś chciałby wiedzieć, co dzieje się z owymi 60 procentami tych, którzy do kościoła nie chodzą – co myślą o chrześcijaństwie, Kościele i co im nie pozwala dołączyć do wspólnoty. To oczywiste, że w tym wypadku zadanie, aby się w kościołach pojawili, spoczywa, siłą rzeczy, na świeckich. A więc warto pytać o siłę i „atrakcyjność” ich świadectwa. Tak, jest o czym myśleć…
Doskonale, że ISKK bada i liczy to, co można zbadać i policzyć. Szanujmy wskaźniki, ale niechaj nie będą wyrocznią, która albo upaja, albo wtrąca w panikę (w mojej ocenie, najnowsze dane nie skłaniają ani ku jednej, ani ku drugiej postawie). Pamiętajmy jednak, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. I róbmy wszystko – każdy wedle właściwego sobie życiowego powołania – by  Kościołowi nie zabrakło światła i soli.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Łukasz
    01.02.2016 r., godz. 14:58

    Bardzo ciekawy artykuł. Trzeba doskonalić wiarę.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki