Logo Przewdonik Katolicki

Głód - nasz problem

Marta Brzezińska-Waleszczyk
Martin Caparròs / fot. A. Lopez

Wywiad z Martinem Caparròsem – o tym, że trzydzieści lat temu ludzie głodowali, bo nie było wystarczającej ilości jedzenia. Dziś jest, ale źle dystrybuowane.

Głód na świecie to temat, o którym zdaje się powiedziano  już prawie wszystko. Wiemy, że w niektórych miejscach na świecie ludzie cierpią z tego powodu. Dlaczego poświęcił pan swoją książkę tematowi głodu?  
– Tak, to oczywiste, że na świecie jest głód, ale tak naprawdę nie chcemy o tym wiedzieć, odwracamy oczy, by nie myśleć. Gdy zobaczyłem głód w różnych miejscach świata, postanowiłem o tym napisać.
 
Czy to, że zamykamy oczy na głód to efekt panującej znieczulicy czy po prostu tego, że nasze zainteresowanie kończy się na czubku własnego nosa? Nie interesuje nas bieda i głód z dala od nas.
– Przyczyny są różne. Z pewnością jedną z nich może być egoizm czy wygoda. Ale może to być również efekt rezygnacji. Z góry zakładamy, że nic już w danej sprawie nie da się zrobić, nie rozwiążemy problemu. Wydaje mi się jednak, że nie jest tak tylko w przypadku głodu. Generalnie widzimy tylko samych siebie, czujemy się pępkiem świata. Nie dostrzegamy nic, poza naszymi problemami. W przypadku głodu jest to tym bardziej rażące, bo nie dotyka on nas.
 
Nie da się nie widzieć biedy, głodu. W drodze na to spotkanie mijałam bezdomnych. Taki widok wywołuje pewien dyskomfort. Tym bardziej, jeśli nasze potrzeby są zaspokajane. Wspieramy więc finansowo różne fundacje i… uważamy, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.
– Zgoda, ale czasem nie wyślemy nawet grosza. Kiedy zaczynamy myśleć o problemie głodu, dochodzimy do wniosku, że z jednej strony grzeszymy grzechem zaniedbania, a z drugiej – po głębszej refleksji okazuje się, że grzeszymy także czynem.
 
To znaczy?
–Tu, w naszym świecie, robimy rzeczy, przez które ludzie w innym świecie cierpią.
 
Dzieląc się tym, czego nam zbywa, usypiamy wyrzuty sumienia?
– Niewiele robimy, by zaradzić głodowi na świecie. Ludzi, którzy finansowo wspierają odpowiednie fundacje nie jest dużo. Myślimy raczej, że to nie jest nasza sprawa, więc się w nią nie angażujemy.  
 
Dlaczego tak się dzieje? Przecież ofiarowując pomoc głodnym, nie ubędzie nam zbyt wiele. Nasz status nie zmieni się drastycznie.
– W naszych społeczeństwach panuje przekonanie, że trzeba mieć coraz więcej. Czujemy się usprawiedliwieni. Spójrzmy przez okno. Co widać na pierwszy rzut oka? Setki wspaniałych samochodów. Przecież to szaleństwo! Żeby przejechać parę kilometrów na zakupy musimy otoczyć się taką ilością lśniącej blachy. Nawet nie próbujemy szukać ekonomicznych rozwiązań. Przekaz społeczny jest taki – jeśli masz najlepszą blachę w okolicy, to znak, że odniosłeś sukces. Jednocześnie, jeśli w systemie, który niby oferuje równe szanse wszystkim, komuś idzie gorzej, to znaczy, że jest nieudacznikiem, nie poradził sobie. Na tym polega przebiegłość systemu kapitalistycznego w przeciwieństwie do niektórych założeń systemu socjalistycznego. Szeroko rozumiany socjalizm miał w sobie coś, co można było podziwiać, choć z drugiej strony był kompletnie idiotyczny.
 
Co można podziwiać?
– Założenie, że wszyscy powinni mieć po równo, mieć zapewniony pewien zasób dóbr. To oczywiście było niemożliwe do wykonania. Kapitalizm zakłada, że każdy ma radzić sobie sam. Jeśli mu się nie uda, to znaczy, że popełnił błąd. Tym samym umywa ręce i pozbywa się odpowiedzialności za obywateli. Z systemem światowym, globalnym rzecz wygląda podobnie. Głód Afrykańczyków tłumaczymy sobie ich lenistwem, wysokim poziomem korupcji albo nieprzystosowaniem. A to przecież my stworzyliśmy system, przez który w Afryce panuje bieda. Nie czujemy się odpowiedzialni, zarówno na poziomie indywidualnym („to nie moja wina”), jak i na poziomie globalnym („to nie jest wina systemu”). Zapominamy o problemie, bo przecież – rzekomo – nie mamy z nim nic wspólnego.
 
Skąd tendencja do tego, żeby wciąż coś gromadzić, mieć coraz więcej?
– Być może ludzie nie potrafią wyznaczyć sobie w życiu innych celów, niematerialnych. Pozostając przy ideologii socjalistycznej, w niektórych krajach próbowano wyznaczyć takie cele. Przykładowo, miały to być wartości moralne. Pytanie, jak dziś, w kapitalistycznych państwach, miałoby to wyglądać. W książce piszę o ludziach, którzy mają bardzo materialne cele, ale to cele podstawowe, wręcz prymitywne:  jak zdobędę pożywienie i co zjem jutro.
 
Punktem wyjścia do walki z głodem jest chyba odkłamanie stereotypu głodnego. Wydaje nam się, że głodny to afrykańskie dziecko ze spuchniętym brzuszkiem, któremu rodzice nie potrafią zapewnić godnego życia.
– Rozwiązaniem jest poszukiwanie i mówienie prawdy. W jaki sposób możemy zająć się głodnymi? Prawda o ich losie jest łatwo dostępna, tylko mało kogo interesuje. To pierwszy krok. Ludzie Zachodu nie tylko muszą dowiedzieć się, że taki problem istnieje. Muszą zrozumieć, że to również ich problem i że powinni się wstydzić.
 
Problemem nie jest brak odpowiedniej ilości jedzenia, ale zła dystrybucja. Organizacje światowe od lat próbują temu zaradzić, ale bezskutecznie. Co jest nie tak?
– W ostatnich latach sytuacja uległa zmianie. Trzydzieści lat temu ludzie głodowali, bo rzeczywiście nie było wystarczającej ilości jedzenia. Dziś, dzięki postępowi technologicznemu i rozwojowi rolnictwa, jedzenia jest wystarczająco dużo, ale jest ono źle dystrybuowane. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie zrobiły nic, by pomóc głodującym. Wręcz przeciwnie! Przez ostatnich trzydzieści lat wmawiają nam, że wprowadzenie zasad wolnego rynku zlikwiduje głód na świecie, a rynek ureguluje się sam, nawet w Afryce.
 
Utopia?
– To tak, jakby złapać kogoś z ciężkim kacem i napoić go kolejnymi litrami wódki. W latach 80. i 90. zarówno BŚ, jak i MFW zniszczyły kilka systemów walczących z głodem w Afryce. Zabroniły dopłat do rolnictwa, wprowadziły regulacje wolnorynkowe, narzuciły ceny żywności. Znamienite jest to, że kilka lat temu Bank Światowy sam przyznał się do błędu. Nie ma co liczyć na pomoc instytucji, które stworzyły system pogłębiający głód na świecie. Rozwiązanie musi wyjść od nas, obywateli, którzy poczują się poruszeni i spróbują wymóc na naszych reprezentantach konkretne działania.
 
Pomóc może diametralna zmiana postaw w społeczeństwach. Taką tendencję już widać. Ruchy eko, slow life zyskują kolejnych zwolenników. Jest więcej wegetarian (w książce zauważa pan, ile ziarna potrzeba do produkcji kilograma mięsa i jaka to rozrzutność). Ludzie chcą żyć zdrowiej, co wiąże się ze zwróceniem ku minimalizmowi. 
– Tak, te ruchy zyskują zwolenników, ale w mojej ocenie są bardzo egoistyczne. Chcąc jeść zdrową żywność, być slow, martwimy się o siebie samych. Dbamy o naszą jakość życia. Pomidor z upraw ekologicznych kosztuje kilka razy więcej niż zwykły. To nie przyczynia się do sprawiedliwszej dystrybucji żywności na świecie. Dobrej jakości jedzenie to luksus dla bogatych.
 
Przedstawia pan dość krytyczne opinie na temat organizacji charytatywnych, które walczą z głodem. Stawiając sprawę radykalnie, należałoby je zlikwidować, skoro są nieskuteczne?
– Nie krytykuję organizacji humanitarnych, charytatywnych. Często pracowałem wspólnie z Lekarzami bez Granic, wiem, że wykonują wspaniałą pracę. Problem polega na czym innym i fundacje o tym wiedzą. One zajmują się skutkami, a nie przyczynami głodu. Każda interwencja takiej organizacji oznacza, że gdzieś na świecie doszło do porażki. Kiedy toną uchodźcy na Morzu Śródziemnym, w Ugandzie wybucha epidemia malarii, a w Nigrze ludzie głodują – to znak, że na świecie dzieje się coś złego, a przyczyny tego zła pozostają nierozwiązane.
 
Świat, w którym nie ma głodu jest w ogóle możliwy? Musielibyśmy go wymyślić na nowo, a takie próby są z góry skazane na niepowodzenie.
– Zawsze wierzę, że zmiany, nawet głębokie, są możliwe. Sceptykom przypominam to, co napisałem na końcu książki. Żeby coś niemożliwego stało się możliwym, najpierw trzeba w to uwierzyć. Przecież 150 lat temu w podziwianej demokracji amerykańskiej jeden człowiek mógł być właścicielem innego. Sto lat temu pani nie mogłaby głosować. To wszystko wydawało się normalne. Wolę myśleć, że to, co dziś wydaje się niemożliwe, można zmienić. Historia pokazuje, że takie zmiany są możliwe. Oczywiście, nie ma gwarancji, że się uda, ale jeśli ktoś chce próbować, to droga wolna. Dziś wydaje się nam, że dyrektor banku zarabia kilkaset razy więcej niż szeregowy pracownik. Kto wie, co będzie za kilkadziesiąt lat.
 
Głód ma być wielkim wyrzutem sumienia. Po tej lekturze powinniśmy nie spać. Ale przecież jest nadzieja. Nadzieja, że można coś zrobić, zmienić.
– To właśnie staram się powiedzieć na tych 700 stronicach.
 
Tłum. Dominika Kur-Santos
 
Martin Caparròs – argentyński dziennikarz i pisarz. W 1976 r. wyemigrował z Argentyny, do ojczyzny wrócił po upadku wojskowej dyktatury w 1983 r. Mieszkał we Francji oraz Hiszpanii, studiował historię na Sorbonie. Współpracował z „El Pais” i mediami francuskimi. Debiutancką powieść opublikował w 1984 r. Ostatnio rozgłos przyniósł mu reportaż Głód, pokazujący problem niedożywienia w różnych częściach świata. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki