Logo Przewdonik Katolicki

Słoń na sznurku

Kamila Tobolska
Angel Robles Tapete / fot. K. Tobolska

Rozmowa z Angelem Topete z Międzynarodowego Biura Szkoły Ewangelizacji w Meksyku o tym, jak powstał z wózka inwalidzkiego i głosi Jezusa.

Odwiedza Pan wiele krajów, nauczając, jak mówić innym o Jezusie, co więcej, jak do tej misji przygotowywać kolejne osoby. Kiedyś Pana życie wyglądało jednak zupełnie inaczej...
− Jako młody człowiek myślałem, że spędzę życie zamknięty w czterech ścianach, przykuty do wózka inwalidzkiego. Byłem poważnie chory. Schorzenie doprowadziło mnie do niepełnosprawności i według lekarzy było nieuleczalne. Uwierzyłem medycynie i byłem przekonany, że nic nie mogę zrobić. Czułem się jakbym siedział w studni. Ale stało się! W 1985 r., za namową znajomego, trafiłem na kurs inicjacji chrześcijańskiej. To tam spotkałem Jezusa. Po tym kursie wstałem z wózka. To nie było cudowne uzdrowienie, zostałem po prostu zmotywowany. Poczułem siłę. Wiedziałem już, że chcę stanąć na własnych nogach. Na kursie usłyszałem: „Jezus nie chce od Ciebie wiele, chce od Ciebie wszystko”. Postanowiłem wziąć się w garść! A potem pomogła rehabilitacja.
 
Zmienił Pan nastawienie do życia?
− Po prostu odkryłem, na czym polega królowanie Jezusa w moim życiu. On dał mi wszystko: możliwość podniesienia się z wózka i wyjścia z choroby, nowe życie, rodzinę i pewność, że mogę stać się Jego współpracownikiem w dziele ewangelizacji.
Potem na mojej drodze zaczęli pojawiać się kolejni ludzie, którzy dalej mnie motywowali. Ktoś nawet opłacił mi studia, skończyłem więc biblistykę. Odkąd Bóg zmienił moje życie, zacząłem też pomagać innym w tym, aby również mogli Go spotkać. Zachęcałem różne osoby do poznawania Biblii, a niektóre z nich osiągnęły dużo więcej niż ja − czytają Biblię w oryginale, po hebrajsku, z czego bardzo się cieszę. Przez pewien czas myślałem, że ewangelizowanie jest moim najważniejszym zadaniem. Ale potem zdałem sobie sprawę, że się mylę. Musiałem pójść krok dalej.
 
I odkrył Pan Szkołę Nowej Ewangelizacji św. Andrzeja, która powstała z inicjatywy José Prado Floresa?
− Już wcześniej, jakiś rok po moim nawróceniu, zacząłem poznawać przygotowane przez nią kursy. Sam zacząłem jednak pracować w Szkole św. Andrzeja w latach 90. Znalazłem tu priorytety, którymi powinien kierować się każdy głoszący Dobrą Nowinę. Nie chodzi więc o samo ewangelizowanie, ale o formowanie i uzdalnianie innych do tego, aby ewangelizowali. Formowanie naszych następców, którzy będą kontynuować ewangelizację, kiedy nas już nie będzie. Oby były to osoby, które będą to robiły lepiej niż my... Kiedy Mojżesz zrozumiał, że nie wejdzie do Ziemi Obiecanej, poświęcił się formowaniu Jozuego, żeby to on mógł dalej poprowadzić ludzi. Także św. Paweł poświęcił się formowaniu swoich najbliższych współpracowników, na przykład Tymoteusza, aby był jego następcą w pracy apostolskiej. To efekt domina. Najważniejsze dla mnie jest więc to, że byłem dla wielu jak pierwsza kostka domina, która popycha kolejne.
 
Szacuje się, że obecnie działa około 2 tys. szkół w ponad 60 krajach świata. A wszystko zaczęło się od kursu ewangelizacyjnego zorganizowanego w Meksyku w 1980 r.
− W Ameryce Łacińskiej doszliśmy do wniosku, że nie możemy prowadzić ewangelizacji tak, jak robiliśmy to wiele lat wcześniej. Nowe czasy wymagają nowego myślenia, trzeba zmieniać sposoby ewangelizacji, wychodząc od tej bogatej podstawy, którą mamy. Wykorzystywać własne doświadczenie do podejmowania nowych wyzwań. Cały czas poszukujemy więc kolejnych sposobów ewangelizowania, ucząc się ich w praktyce. Weźmy na przykład młodych ludzi. Nie ewangelizujemy ich w klasach, bo mają już dosyć siedzenia w ławkach. Organizujemy dla nich obozy ewangelizacyjne. Nie opowiadamy im tam, czym jest wspólnota i Kościół, tylko staramy się, aby doświadczyli tego w praktyce. I myślę, że to jest droga, którą wszyscy powinniśmy pójść.
 
W Polsce prawie 30 szkół nowej ewangelizacji korzysta z metodologii Szkoły św. Andrzeja. Wiele osób nadal nie jest jednak do niej przekonanych. Jak Pan myśli, dlaczego?
− Przychodzi mi tu na myśl historia pewnego słonia mieszkającego w cyrku. Będąc małym słoniątkiem był psotny i energiczny, więc po występach na noc przywiązywano go sznurkiem do drewnianego kołka. Po pierwszym obtarciu łapy słoniątko zrezygnowało z ciągnięcia za sznurek. Minęły lata, urosło, stało się słoniem. W czasie przedstawień ten słoń popychał ciężary i rozrywał łańcuchy, ale na koniec dnia, kiedy odprowadzano go na miejsce, w którym spędzał noc, przywiązywano go ciągle do kołka. Sznurek parciał, więc wystarczyło, aby słoń pociągnął i go zerwał. Był jednak tak przyzwyczajony do tej sytuacji, że nie próbował się uwolnić. Żył więc przywiązany słabym sznurkiem do małego kołka. My w naszym życiu też mamy takie małe „kołki” i słabe „sznurki”. One wystarczają, żeby nas uwarunkować i narzucić nam pewien sposób myślenia. Warto zastanowić się, jaki kołek i jaki sznurek przywiązuje nas w ewangelizowaniu? Potrzebujemy nowych wzorów myślenia, nowych zachowań, które pozwolą nam się uwolnić. Będziemy myśleć na nowo, więc będziemy myśleć o nowej ewangelizacji. Bez tego zresztą nie ma o niej mowy.
 
Ale wcale nie jest nam łatwo zmienić zachowania, które nas ograniczają.
− Oczywiście, bo one są częścią naszego życia. Ale kiedy przy nich zostaniemy, to może się okazać, że nasze życie jest nudne i nic się w nim nie dzieje. W ewangelizacji potrzebna jest nam motywacja, która w połączeniu z zainteresowaniem ze strony osób, do których chcemy dotrzeć z Dobrą Nowiną da nam do rąk wiosła. To dzięki nim możemy wypłynąć na wielki połów ryb. Tymczasem problemem Kościoła jest to, że często ewangelizujemy bez motywacji. Nie mamy czystych intencji, nie jesteśmy więc wiarygodni. Bywa, że problemem ewangelizatorów jest przyzwyczajenie, że ciągle robią to samo. Taki problem mają też niekiedy kapłani. Cały czas potrzebujemy więc odnowy naszej formacji. Jeżeli chcemy nieustannie wzbudzać miłość do Boga, to musimy cały czas się odnawiać, motywować i wracać do tej pierwszej miłości. Musimy przestać myśleć, że ewangelizacja zaczyna się w głowie. Ewangelizacja zaczyna się w sercu, kiedy Bóg do niego przenika. A Bóg kocha każdego z nas w tej sytuacji życiowej, w której się znajdujemy. Miłość Bożą możemy poznać w codziennych wydarzeniach naszego życia i chociaż wydają się nam one najprostsze, to są najbardziej znaczące, bo właśnie w nich działa Bóg.
 
A jak Pan postrzega nastawienie Polaków do nowej ewangelizacji?
− Odwiedziłem Polskę już kilka razy, więc zdążyłem się wam trochę przyjrzeć (śmiech). Polacy mają bardzo silnie zakorzenioną wiarę, ale obserwuję też duże otwarcie na propozycje nowej ewangelizacji. Moim zdaniem największym wyzwaniem, jakie przed wami stoi, jest walka ze środkami przekazu, które są przeciwne Ewangelii.
 
Co stara się Pan szczególnie przeszczepić na polski grunt?
− Odpowiedź jest krótka: miłość do Jezusa w Jego słowie. Zresztą charyzmatem Szkoły św. Andrzeja jest właśnie budzenie miłości do Boga w Jego słowie. Naszym celem jest budzenie jej nie tylko u pojedynczych osób, ale w całych rodzinach, we wspólnotach i w całym Kościele. Marzymy, aby w każdej parafii powstała szkoła nowej ewangelizacji. Z kolei moim osobistym marzeniem jest to, aby w każdej rodzinie słowo Boże zajmowało najważniejsze miejsce i aby było czytane.
 
Tak, jak to dzieje się w Pana rodzinie...
– Wspólnie z żoną i trojgiem naszych dzieci staramy się pokazywać, że w rodzinie też można iść razem za Jezusem. Staram się pamiętać, że moim zadaniem jest także motywowanie moich najbliższych, żeby czuli się bardziej kochani przez Boga niż nawet przeze mnie. Kiedy pytałem mojego syna, gdy był mały, kto kocha go najbardziej, oczywiście chciałem usłyszeć, że ja. Ale szybko uświadomiłem sobie, że to pytanie muszę stawiać inaczej: „Synku, bardzo Cię kocham, więc pomyśl, o ile mocniej kocha ciebie Bóg”. Kiedy więc potem pytałem go: „Kto Ciebie kocha najbardziej?”, on odpowiadał: „Ty, Tatusiu, ale Bóg mnie kocha jeszcze bardziej”. Taka odpowiedź dziecka dawała mi ogromną satysfakcję!
 



 Angel Bernardo Robles Topete w 1985 r. doświadczył nawrócenia i wkrótce po tym zdecydował się poświęcić cały swój czas ewangelizacji. Jest żonaty, ma troje dzieci. Absolwent Katolickiego Instytutu Biblijnego w Guadalajarze w Meksyku. W 1992 r. przyłączył się do projektu Ewangelizacja 2000 Meksyk, od 1998 r. ewangelizuje w ramach Szkoły Ewangelizacji św. Andrzeja, odwiedzając różne kraje świata. Bliski współpracownik José Prado Floresa.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki