Logo Przewdonik Katolicki

Na trasę wyruszam ze znakiem krzyża

Michał Bondyra
Sylwia Jaśkowiec / fot. PAP

Rozmowa z Sylwią Jaśkowiec.

Per aspera ad astra – przez trudy do gwiazd. Trudno chyba o bardziej trafne przysłowie, patrząc na Pani sportową karierę.
– Piękne rzeczy, życiowe wyzwania często wymagają od nas ogromnego wysiłku, wyrzeczeń i pokonania bardzo wielu gór i dolin, by zdobyć wreszcie upragniony cel. Jeśli chodzi o moją karierę sportową i jej przebieg, to tak właśnie było, jest i pewnie jeszcze będzie. Moja droga usłana jest krzyżykami, ale wiem, że moc w słabości się doskonali i nie spotka mnie nic ponad moje siły, bo po swojej stronie mam Boga.
 
Podwójne mistrzostwo świata do lat 23 i drzwi sportowego wyczynu stają przed Panią otworem. Feralny wypadek i… świat zwalił się Pani na głowę?
– Kto wie czy owe otwarte na oścież drzwi do sportu zawodowego na tamten moment nie były tą bramą szeroką, przestronną, a dokąd prowadzącą, to już dobrze wiemy... Rzeczywiście, moja kariera sportowa tamtego dnia prysnęła jak bańka mydlana, rozsypała się jak domek z kart. Straciłam swoją siłę, pewność siebie, stabilność i punkt oparcia w dotychczasowym życiu. Zostały mi tylko wspomnienia sprawnej osoby, jaką byłam – i to jeszcze bardziej potęgowało mój ból psychiczny. We mnie jest jednak dusza wojownika. Trzeba było walczyć, a ja tę walkę podjęłam. Okazało się też, że była to walka o Boga autentycznego w moim życiu.
 
Co wtedy właściwie się na tej drodze stało?
– W czasie treningu uległam poważnemu wypadkowi na nartorolkach, w konsekwencji którego doznałam licznych złamań kości łokciowej w obrębie stawu łokciowego oraz kości ramiennej w stawie barkowym. Gdy ostatnimi laty analizowałam okoliczności wypadku, zwróciłam uwagę na pewien szczegół: po chwilowym opadzie deszczu wyszło słońce i pojawiła się tęcza. Zatrzymałam się na poboczu, by to zjawisko podziwiać i zrobić zdjęcie. Zajęło mi to kilka minut. Tych minut, których mi później zabrakło, by zjechać z góry i w ogóle nie spotkać się z autobusem, powodem mojej feralnej wywrotki. Z czasem, gdy zaczęłam czytać Pismo Święte, natknęłam się na fragment w Księdze Rodzaju 9, 12–17.
O łuku na obłoku będącym znakiem przymierza Boga z wszelką istotą cielesną. Proszę mi wierzyć, nie zadaję Bogu już więcej pytania „dlaczego?”.
 
Wypadek może coś zamknąć, ale może też coś otworzyć. W Pani przypadku zmienił spojrzenie na to, co robi Pani najlepiej – bieganie na nartach. W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że po wypadku zaczęła patrzeć oczami Boga. Co to znaczy?
– Św. Augustyn mawiał, że gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu. Takiej hierarchii, piramidy wartości w życiu brakowało mi we wcześniejszym podejściu do sportu. Wyczyn wymaga skrajności, a u mnie przybrał kształt chorobliwej ambicji, egoizmu. Liczyło się tylko zwycięstwo. Nie było koleżeństwa, były tylko rywalki. Relacje międzyludzkie wydawały mi się stratą energii, rozpraszały w moim odczuciu koncentrację. Po prostu: miałam klapki na oczach i widziałam tylko sport. Patrzeć oczami Boga to wierzyć, a wierzyć to patrzeć na wszystko tak, jakby spojrzał na to Bóg. Od znajomego księdza usłyszałam słowa, które w trudnych chwilach bardzo mi pomagają: „Rób to, co robisz, i rób to na chwałę Boga”. Dziś chcę budować na Bogu, pragnę, by On stanowił o mojej wartości, był podstawą mojej tożsamości, siłą w zwycięstwie i w porażce. Był drogą, prawdą i życiem. A jak to się ma do biegania na nartach? On dał mi talent, który pragnę rozwijać na Jego chwałę, dał mi też szansę, by mówić ludziom, że siły do biegania czerpię właśnie od Niego. Nie brakuje tu także drugiej strony medalu. Moja dyscyplina jest sportem wytrzymałościowym, z ogromem wyrzeczeń, dyscypliny, bólu, cierpienia. Słowem, z krzyżykami, które świetnie można za kogoś ofiarować wraz z ofiarą Chrystusa.
 
Pięknie mówi Pani o Bogu. Ale pewnie nie tylko On wspierał Panią w tych najtrudniejszych chwilach.
– Bóg wspierał pierwszy, a poprzez Niego moja wspaniała rodzina, która nieustannie czuwała przy mnie czy to w szpitalu, czy podczas rehabilitacji. Spotkałam wtedy bardzo wielu dobrych fachowców: lekarzy, rehabilitantów, bez których nie odbyłoby się leczenie. Nie mogę zapomnieć też o przyjaciołach, którzy byli ze mną na dobre i na złe. No i o cudownych ludziach, którzy po prostu się za mnie modlili. Niech wam wszystkim, kochani, Bóg błogosławi!
 
Wróćmy do sportu. Ten fantastyczny brąz, prawie srebro, wywalczony w heroicznym boju z Justyną Kowalczyk to dowód, że niemożliwe nie istnieje?
– Przecież cuda się zdarzają, trzeba tylko mocno wierzyć (uśmiech).
 
Bardzo poruszyło mnie to Pani świadectwo o wierze w Boga w pierwszym wywiadzie po dotarciu na metę mistrzowskiego biegu. Świat nie lubi rozmów o Bogu, Pani ma odwagę o Nim mówić.
– Nieraz zdarza mi się stchórzyć bądź zaprzeć się Jezusa i On to wie. Bardzo wtedy tego żałuję. Wiem jednak, że tylko Jezus daje mi tę odwagę, by publicznie Go wyznawać. Kocham Boga, a kto kocha, chce mówić o Miłości swojego życia.
 
Głęboką wiarę wyssała Pani z mlekiem matki?
– Wiarę przekazali mi rodzice i dziadkowie. W dzieciństwie zawsze jeździliśmy z rodzicami raz w roku do Częstochowy bądź Kalwarii. Działo się to przy okazji różnych rodzinnych okoliczności. Na ostatnim roku studiów na katowickim AWF-ie poznałam wspaniałe osoby ze Wspólnoty Przymierza Rodzin „Mamre”. Wraz z tą wspólnotą odbyłam też swoje pierwsze rekolekcje ewangelizacyjne. Tak na dobre poznawanie Boga zaczęło się jednak od wypadku i choć minęło od tamtego zdarzenia pięć lat, to nie wyobrażam sobie teraz życia bez Boga. Na przestrzeni tych lat moja wiara się formowała. Zresztą Bóg nadal ją kształtuje według Swojej woli. Choć teraz raczej w duchu pustelniczym, z modlitwą wewnętrzną w ciszy. Raz, czasem dwa razy w roku udaje się mi również skorzystać z rekolekcji w pustelni na Potrójnej. To jest piękny czas, zapomnienia o sobie, czas służby Bogu oraz bliźniemu. Bezcenne doświadczenie.
 
Wiara góry przenosi. W Pani przypadku pozwoliła też je pokonać w ekstremalnym biegu – maratonie w Himalajach.
– W Himalajach byłam dwa razy. Niezapomniane wyjazdy. Jednego roku w rocznicę śmierci patrona uczelni AWF-u Katowice Jerzego Kukuczki, wybitnego polskiego himalaisty, który zginął podczas wspinaczki na szczyt góry Lothse. Po prostu spacerowałam sobie po „Dachu Świata”. Następnego roku pojechaliśmy biegać oraz zdobywać szczyt Island Peak na 6200 m n.p.m. Towarzyszyły nam tam polskie dzieci ze śląskiego projektu „Z hałdy w Himalaje”.
 
Jak bardzo ekstremalne były te przeżycia?
– Przyznam szczerze, że obciążenia są skrajne, ale bieg jest... dla ludzi (śmiech). Początek biegu miał miejsce pod bazą góry Everestu w klimacie zwałów kamieni oraz śniegu. Ogólnie brakuje tam tlenu, występuje zjawisko niedotlenienia mięśni oraz problemy z oddychaniem oraz innymi dziwnymi reakcjami fizjologicznymi. Teren jest bardzo zróżnicowany: dół, góra, płaski teren. Wraz ze zbliżaniem się do mety klimat stawał się cieplejszy, bardziej zielony, zwyczajnie – bardziej ludzki.
 
Zmęczenie z wysokogórskiego maratonu da się porównać do wysiłku z biegu choćby w brązowym sprincie drużynowym?
– W Himalajach towarzyszyła mi pewnie mniejsza presja, no i publika. Emocji, rywalizacji oraz walki ze zmęczeniem i samym sobą oraz przeraźliwym bólem całego ciała tam jednak absolutnie nie brakowało. W czasie biegu mimo wszystko był tutaj czas, by podziwiać krajobraz, by podzielić się wodą, batonem, by pomóc, zaasekurować. Był czas, by być człowiekiem, nie robotem. Mistrzostwa świata w Falun to była walka o wynik, o marzenia, o prestiż bycia najszybszym. Himalaje to świat innych reguł. Tam czas staje w miejscu, chyba że mówimy o himalaizmie wyczynowym, gdzie jest twarda gra. Jak w sporcie.
 
Jeszcze kilka słów o tych górach. Wielu uważa – i jestem wśród nich – że góry pozwalają poczuć obecność Boga. Pani wtedy też tam Jego obecność czuła?
– Św. Jan Paweł II mówił, że Bóg wszędzie jest taki sam, ale to my w górach jesteśmy inni. Zgadzam się z tym. W górach faktycznie dostrzegam Boży majestat i Jego piękno w akcie stwórczym świata. Potęga i tajemniczość, a czasem i niedostępność gór to obraz również mojego Stwórcy.
 
A czy na trasie narciarskiej czuje Pani Jego opiekę?
– Musi tam być, bo zabieram Go ze sobą wszędzie!
 
Modli się Pani tuż przed startem?
– Na trasę wyruszam ze znakiem krzyża, a przed wyjściem na zawody oddaje wszystko w ręce Boga.
 
O co się wtedy Pani modli?
– Mama modli się o wynik, a ja o to, by działa się wola Boża i abym potrafiła Ją przyjmować w zawierzeniu.
 
 
pod zdjęciem?
Sylwia Jaśkowiec: – Gratuluję jubileuszu 120-lecia istnienia „Przewodnika Katolickiego”. To bardzo znacząca liczba, pięknie świadcząca o formacie czasopisma katolickiego



Sylwia Jaśkowiec – biegaczka narciarska, specjalizująca się w stylu dowolnym. W lutym podczas mistrzostw świata w Falun wraz z Justyną Kowalczyk wywalczyła brązowy medal w sprincie drużynowym. Sześć lat wcześniej została dwukrotną mistrzynią świata młodzieżowców podczas zawodów odbywających się we francuskim Praz de Lys – Sommand. Dynamicznie rozwijającą się karierę zatrzymała bolesna kontuzja. Przed czterema laty jako najlepsza spoza Szerpów ukończyła ekstremalny maraton Everest rozgrywany w Himalajach. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki