Historyczne Soczi

Olbrzymi rozmach, najwyższe w dziejach zimowych igrzysk olimpijskich koszty, sportowy sukces z lekkim niedosytem dla gospodarzy, czyli Rosji, a dla nas największe jak dotąd medalowe żniwa. XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi właśnie przeszły do historii.
Czyta się kilka minut

 

Igrzyska w rosyjskim kurorcie były od początku oczkiem w głowie Władimira Putina. Rosyjski pan i władca na to, by przyjeżdżającym z całego świata blisko 3 tys. sportowców niczego nie brakowało wydał ponad 50 mld dolarów. Tyle nie kosztowały żadne dotychczasowe zimowe zmagania, co więcej – nie kosztowały nawet wszystkie zimowe igrzyska razem wzięte. Igrzyska w Soczi od początku miały być tubą propagandową Putina, który zdał się przez nie mówić: „Patrzcie, Rosja znów jest wielka i robi wielkie igrzyska”. Potwierdzać to już miały Sny o Rosji – widowisko rozpoczynające całą imprezę. Ponad 5 tys. artystów i wolontariuszy uraczyło zawodników i miliony kibiców na całym świecie hymnem pochwalnym dla czasów ZSRR – jako krainy mlekiem i miodem płynącej. – Każdy, kto nie tęskni za Związkiem Radzieckim, nie ma serca – powiedział kiedyś Putin, a przedstawienie było tylko wizualizacją tego stwierdzenia. Wizualizacją z dużą wpadką (jedna z pięciu śnieżynek nie dała zamienić się na olimpijskie koło). Większe czy mniejsze niedociągnięcia obiegały także świat internetu (zdjęcia z wykańczanymi na ostatnią chwilę pokojami zawodników czy toaletami bez kabin robiły w sieci furorę). Ceremonia zamknięcia, choć pełna patosu, nie gloryfikowała już czasów sowieckich, a Rosjanie skupili się tym razem na swojej przebogatej kulturze. Potrafili też zdobyć się na autoironię, drwiąc z wpadki sprzed dwóch tygodni.

Rosyjski niedosyt

Sukces organizacyjny, który Rosjanie zdążyli już odtrąbić w trakcie trwania igrzysk, w aspekcie sportowym pozostawił niedosyt. Paradoksalnie zwycięstwo w klasyfikacji medalowej z 13 złotymi krążkami to na mocarstwowe aspiracje sięgające czasów Związku Radzieckiego było zbyt mało. Tym bardziej że dla wielu Rosjan igrzyska skończyły się trzy dni wcześniej – po porażce hokeistów w ćwierćfinale z niedocenianą wcześniej Finlandią. To, jak ważny był sukces sportowy naszpikowanej gwiazdami NHL ekipy Zinetuły Bilaletdinowa jeszcze przed igrzyskami podkreślał sam Putin. – Złoto w hokeju to najważniejszy cel w Soczi – mówił. – Co z tego, że wygrywamy w snowboardzie, short tracku i innych egzotycznych dyscyplinach, skoro w najważniejszych ponosimy porażki – wtórował mu po porażce Wiaczesław Kołoskow, wyrocznia sportowej Rosji. Wielki zawód, jaki sprawili hokeiści, był już kolejnym po tym, jak z powodu kontuzji wycofał się znakomity łyżwiarz figurowy Jewgienij Pluszczenko. Wobec tych rozczarowań bohaterem narodowym został bobslejowy weteran, 39-letni Aleksander Zubkow. Jeżdżący przez lata jako taksówkarz mieszkaniec Syberii, zwyciężył przed własną publicznością wraz z kolegami najpierw w konkurencji bobslejowych dwójek, potem czwórek.

Come back weteranów

Klasyfikację medalową za gospodarzami zakończyli Norwegowie. Jedenaście złotych medali znakomitej skandynawskiej ekipy dziwić nie może. Co prawda Marit Bjoergen z obiecanych sześciu złotych krążków zdobyła „ledwie” trzy, ale i tak z 12 krążkami zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji multimedalistów igrzysk. Prym wiedzie tam wciąż Ole Ejnar Bjoerndalen. Hardy 40-latek z Drammen na szóstych już swoich igrzyskach do olimpijskiej kolekcji dołożył medale numer 12 i 13. Legenda biathlonu nie miała sobie równych w sprincie mężczyzn i w sztafecie mieszanej. I pomyśleć, że Norweg pierwsze medale zdobywał 16 lat temu w Nagano. Cztery lata wcześniej w Lillehammer na drugim stopniu podium w drużynie stawał za to Noriaki Kasai. 42-letni Japończyk teraz dorzucił kolejne dwa krążki na dużej skoczni: srebro indywidualnie (tuż za naszym Kamilem Stochem) i brąz w drużynie. Weteran japońskiej ekipy medal w drużynie zdobyty kosztem Polaków zadedykował koledze z reprezentacji Taku Takeuchiemu, choremu na eozynofilowe ziarniniakowe zapalenie naczyń. Wśród gwiazd rosyjskich igrzysk jasnym blaskiem potrójnego złota świeci Darya Domracheva. Białorusińska biathlonistka w swoim kraju już została obwołana bohaterką narodową. I to w dużym stopniu dzięki jej trzem złotym medalom, licząca ledwie 27 osób reprezentacja Białorusi stała się największą sensacją w Soczi. A że Białorusini kompletnie zdominowali też narciarstwo akrobatyczne (złoto wśród pań Ałły Cuper, a wśród panów Antona Kuźniara) trudno się dziwić, że mała ekipa wraca do kraju z pięcioma złotymi i jednym brązowym krążkiem.

Sukces biało-czerwonych

O olbrzymim sukcesie sportowym – sześciu medalach – blisko 60-osobowej ekipy z naszego kraju napisano już wiele. Czterech złotych medali biało-czerwoni nie zdobywali ostatnio nawet na igrzyskach letnich, a dość powiedzieć, że do igrzysk w Soczi w sumie mieliśmy ich ledwie dwa (skok Wojciecha Fortuny w Sapporo i genialne 30 km w narciarskim biegu łączonym Justyny Kowalczyk w Vancouver). O ile na złoto Justyny Kowalczyk w stylu klasycznym w biegach narciarskich liczyli przed igrzyskami chyba wszyscy, o tyle pozostałe złota są niespodziankami, a nawet sensacjami. Złoto Kowalczyk w klasyku choć oczekiwane, w nowych okolicznościach (złamana stopa) jawi się jako wyczyn heroiczny i spektakularny. Spektakularnie też dwa złota wyskakał Kamil Stoch. Skromny chłopak z Zębu odfrunął najpierw rywalom na średniej skoczni, potem po pasjonującym boju z Kasai wygrał ledwie o 100 cm. I tylko szkoda, że drużynie dowodzonej przez trenera Łukasza Kruczka do brązu zabrakło 13 punktów. Jeszcze mniejszą różnicą niż Kamil, wygrał za to sensacyjnie strażak z Domaniewic, łyżwiarz szybki Zbigniew Bródka. Złoto na 1500 m wyszarpał Holendrowi Koenowi Verweijowi ledwie o trzy tysięczne sekundy (!), a brąz z kolegami z drużyny Janem Szymańskim i Konradem Niedźwiedzkim, nadrabiając ponad 2 sekundy po szalonej pogoni za mistrzami olimpijskimi z Vancouver – Kanadyjczykami. Jeszcze lepiej zaprezentowały się w drużynie panie: Luiza Złotkowska, Katarzyna Bachleda-Curuś, Natalia Czerwonka i Katarzyna Woźniak, które w walce o medale uległy tylko znakomitym Holenderkom. I pomyśleć, że w Polsce nie mamy nawet jednego zadaszonego toru łyżwiarskiego.

Herosi nagrodzeni

Heroizm biegnącej ze złamaną stopą Justyny Kowalczyk został nagrodzony olimpijskim złotem. Medalem, tyle że srebrnym, w drużynie może pochwalić się także Thomas Morgenstern. Dla niego srebro miało jednak kolor złota, bo do poważnego skakania Austriak powrócił po dwóch fatalnych upadkach, po których tracił przytomność, miał obrażenia czaszki, płuc i zaniki pamięci. Heroizm snowboardzisty Mateusza Ligockiego medalem się nie zakończył. Po przegranych kwalifikacjach owinięty biało-czerwoną flagą ze swego przejazdu cieszył się jednak jak dziecko. Mateuszowi – jednemu z kandydatów do medali w snowboardcrossie w listopadzie przyplątało się bakteryjne zapalenie mięśni. Sytuacja była tak poważna, że sam nie mógł poruszać kół szpitalnego wózka. Nie poddał się i na dziesięć dni przed początkiem igrzysk przypiął snowboardową deskę ponownie. Na medal nie starczyło siły, ale i tak był szczęśliwy, że wygrał swoje olimpijskie marzenia. Walkę z chorobą wygrała też Stefanie Boehler. Niemiecka biegaczka pokonała raka tarczycy i na swoich trzecich igrzyskach w biegu stylem klasycznym zajęła szóste miejsce. – W Soczi nie stawiałam sobie żadnych celów – mówiła szczęśliwa.

***

Niestety, rosyjskie igrzyska, choć dla nas szczęśliwe, zapamiętane zostaną też z kontekstu pozasportowego. Podczas gdy Ukraińscy sportowcy walczyli o medale, na kijowskim Majdanie ich rodacy walczyli o demokrację. W obliczu dziesiątek ofiar wielu zawodników ukraińskiej kadry postanowiło wycofać się ze współzawodnictwa. Pierwsza z nich – alpejka Bogdana Motsotska wraz z ojcem na Facebooku tak argumentowała swoją decyzję: „W imię solidarności z walczącymi na barykadach Majdanu i geście protestu wobec kryminalnych akcji wymierzonych w demonstrantów i nieodpowiedzialności prezydenta odmawiamy dalszych występów na igrzyskach w Soczi”. Szkoda, że dramatyczne wydarzenia na Ukrainie położyły się cieniem na sportowym święcie. Obok ludzkiej tragedii nie sposób jednak było przejść obojętnie.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 9/2014