Logo Przewdonik Katolicki

Dwadzieścia lat w buszu

Monika Białkowska
Fot.

Dwadzieścia lat spędził w buszu. Mieszkał bez prądu i bieżącej wody, z ludźmi, którzy oblizują się ze smakiem na wspomnienie kanibalizmu. Na zdjęciach widać szczęśliwego człowieka.

Ks. Marian Zalewski był misjonarzem w Nowej Gwinei. W tym roku jesień i zimę spędza w Gnieźnie, czekając na posłanie na kolejną placówkę. Nam opowiada o tym, jak żyje się na wyspie, gdzie trwa właśnie pierwszy wiek chrześcijaństwa.

 

Kau kau i świnie, czyli co do garnka włożyć

W większości krajów w Afryce czy w Azji misjonarze muszą się martwić najpierw o to, żeby nie mówić do ludzi głodnych. Na Nowej Gwinei głodu nie ma. To wyspa powulkaniczna, bardzo żyzna. Są warzywa, słodkie ziemniaki kau kau, liście z drzew. Codzienne pożywienie to właśnie ziemniaki z warzywami, na większe święta zabija się świnię. Ale z tym zabijaniem trzeba być ostrożnym, bo świnie są też środkiem płatniczym. Pieniędzy tam nie ma, ludzie ich nie potrzebują. Na ubrania nie muszą wydawać, bo jest ciepło, wszystko inne samo rośnie. Transakcje zawiera się przy odszkodowaniach wojennych czy przy zakupie kobiety do ożenku – wtedy właśnie potrzebne są świnie. I nawet, gdyby przyjechał jakiś biały z wielkimi pieniędzmi, i tak musiałby za część te świnie kupić, inaczej nic nie załatwi.

Kiedy jest jakaś uroczystość, zabija się świnię. Kiedy święto jest bardzo duże, zabija się nawet 30 świń. Trzeba je zjeść w ciągu jednego dnia, bo nie ma tam lodówek, a temperatury są wysokie. Ale nie jest to wielki problem, bo ludzie nie żyją w małych rodzinach z matką, ojcem i dziećmi, ale w szczepach, liczących czasem 300–500 osób. Taka grupa ludzi już tym 30 świniakom jakoś da radę.

Pogańskie obrzędy? To jest pierwszy wiek, oni mają więcej swoich wierzeń niż chrześcijaństwa! Oficjalnie się mówi, że już go nie ma, ale przecież kanibalizm jest. Opowiadali mi o tym, oblizując się i cmokając z zadowolenia. Ale to nie kanibalizm, w którym chodzi o napchanie żołądka. To raczej kanibalizm rytualny, mający na celu przejęcie siły i mądrości drugiego człowieka. Nie zjada się całego organizmu, a tylko niewielkie fragmenty. Ciał używa się też do magii czy przygotowania trucizny. Ludzie chronią przed tym swoich bliskich, kiedy ktoś umiera, buduje się szałasy i przez dłuższy czas pilnuje grobu, żeby nikt nie wykradł ciała.

 

Konkret, nie idea

My w relacjach międzyludzkich czasem udajemy, Amerykanie zapytani o to, jak się czują, zawsze odpowiedzą, że świetnie – a Papuasi są prości. Żeby ukryć uczucia, trzeba swoistego wyszukania, takiej złej inteligencji – oni tego nie mają. Kiedy są źli, to są źli. Kiedy się cieszą, to się cieszą.

Jak przyjmują prawdy wiary? My też czasem mamy problem z ich przyjęciem: z przebaczeniem czy nakazem czynienia dobrze wrogom. My też rozgrzeszaliśmy się z okradania zaborcy, okupanta czy władzy socjalistycznej. Oni też wiedzą, że nie wolno kraść, nie wolno zabijać – swoich nie wolno, co innego tych z drugiego szczepu!

Te sprawy są analogiczne, ale tam nieco trudniejsze. Człowiek pierwotny myśli bardziej konkretnie. Kochać wszystkich? Postaw mi tego człowieka, a ja zdecyduję, czy mam go kochać! „Wszystkich” nie istnieje. Tam nie ma idei, tam są tylko konkrety. Nauczyłem się nie mówić do nich „wyobraź sobie”, bo oni sobie niczego nie wyobrażą. Oni nawet na deszcz mówią, że „jest na skórze”. Że zanosi się na deszcz – tego nie rozumieli. Jak coś czują i widzą, to jest. Nie ma miejsca na żadną abstrakcję.

Pojęcia Ducha Świętego czy Trójcy Świętej dla nas też są trudne, a przecież jesteśmy lepiej rozwinięci przez setki lat, przez filozofię, teologię, przez szkołę. A tam jest dopiero pierwszy wiek – pierwszy wiek chrześcijaństwa i pierwszy wiek kontaktu z cywilizacją. 

 

Czarownicy i masalaje

Czarownicy mieszkają we wsiach. Nie wiadomo, do jakiej siły się odwołują. Mnie traktują jak swojego przeciwnika, bo mówię, że idziemy do Boga pełnego miłości, który nie chce nas karać ani zabierać nam życia. A dla nich jest to przecież kwestia zarobku. Czarownicy na Nowej Gwinei obawiają się nas, misjonarzy – w przeciwieństwie do Afryki, gdzie czują się silniejsi. Obawiają się nie dlatego, że mamy broń, bo nie mamy żadnej, mieszkałem sam w buszu, ale dlatego, że mamy kontakt z „zaświatami”, że zanosimy modlitwy do – według nich „jakiegoś” – Boga.

Oni mają swoje wierzenia w szatana – to inne wyobrażenie niż nasze, w każdym razie siła zła. I uważają, że jeśli Bóg jest dobry, to nie ma co się Nim przejmować, bo nam nie zaszkodzi. A szatan może zaszkodzić, więc należy mu składać ofiary. Zdarza się więc, że przychodzą ochrzcić dziecko i tego samego dnia idą na górę złożyć w ofierze kurę. Wierzą też w obecność masalajów, duchów, które mieszkają w grotach czy pod wiszącymi skałami. Nawet jak zastanie ich ulewa, to się w takim miejscu nie schowają, z obawy przed zemstą duchów.

To nie jest dwulicowość – na dwulicowość stać człowieka, który dużo wie i rozumie. A tam chrześcijaństwo jest po prostu bardzo młode. To kwestia czasu i cierpliwości, żeby oni przestali iść dwiema drogami, żeby jedną zostawili, a drugą poszli.

 

Kto pracuje, a kto pilnuje

Do małżeństwa Papuasi mają duży szacunek. Monogamiczne? Skądże, poligamiczne! Zwłaszcza dla „big manów”, wielkich pozycją w szczepie, liczba żon jest ważna. Oni zawierają małżeństwa, żeby wzmocnić szczep i żeby żony na nich pracowały. Na Nowej Gwinei mężczyzna nie pracuje – to kobieta jest do rodzenia dzieci i do pracy. Mężczyzna „uprawia politykę”, czyli siedzi z maczetą i pilnuje, żeby nic jej nie zagroziło. A że dziś nikt już raczej nie grozi, to mężczyzna po prostu siedzi.

Żona, zapłacona świniakami, staje się własnością szczepu męża. Mąż może ją nawet zabić i nikt nie będzie protestował – przecież zapłacił!

Kiedy przychodzi mężczyzna, o którym cała wieś wie, że nie ma drugiej kobiety, i prosi o sakrament małżeństwa, to ja ich błogosławię. Zdarza się, że on potem za rok bierze drugą kobietę – ale nie jestem tego w stanie skontrolować. Ale są też sytuacje, że ktoś rozwiązuje problem drugiej czy trzeciej żony. Buduje dom dla niej i dla dzieci, opiekuje się nimi, ale nie sypiają razem.

Miałem taką smutną sytuację, że mąż bił swoją żonę: on ją zdradzał, a ona nie chciała go za to karmić. Skarżyła się swojemu szczepowi, ale nikt nie mógł nic zrobić, była zapłacona. W końcu ona się powiesiła. Ale gdyby wytrzymała jeszcze trochę, to oni by sami ten problem rozwiązali czarami. W czarach jest więcej oszustwa niż mądrości, ale czarownicy pytają ludzi ze szczepu, kto jest im niewygodny i usuwają go jako winnego. Czego winnego? Dla Papuasów nie ma naturalnej śmierci. Młody nie ma prawa umrzeć, a jeśli umiera, to ktoś jest tej śmierci winien. I trzeba go znaleźć. Wtedy wskazuje się właśnie na takich ludzi, niewygodnych dla szczepu.

Małżeństwo to kontrakt. A miłość? Tłumaczymy im, czym jest miłość, ale dla nich miłość jest wtedy, kiedy kobieta pracuje i rodzi dzieci. W tej kulturze małżeństwa były aranżowane we wczesnym dzieciństwie, idea zakochania i wyboru partnera jest dla nich nowa. Nie zakochiwali się, bo nie mieli na to szansy. Nikt nie musiał z niczego rezygnować, bo od początku był ustawiony w jednym kierunku, od początku wiedział, że to jest jego przyszła żona. Nie podchodzili do tego emocjonalnie, tylko czekali, aż dziewczyna skończy te 13 czy 14 lat. Teraz już musi mieć 16.

 

Najmądrzejsi we wsi

Szkołę zakładaliśmy po 15 latach przerwy, gdy po wojnie wyprowadzili się nauczyciele. Uczyć się pisać i czytać przychodzili 17-latkowie. W drugiej klasie edukację kończyli, bo się żenili. Przekonywałem, że nauka jest ważna – żeby mieli wiedzę o świecie, żeby się nie bali masalajów, żeby się nie dziwili, że z kimś po polsku rozmawiam. Nauczyciele – uważani za najmądrzejszych w szczepie – przy każdej okazji znikali. Albo szli do miasta odebrać pensję, albo radzić przy wojnie, albo być obecnym przy ślubie czy pogrzebie.

Szkoła na Nowej Gwinei nie jest obowiązkowa. Starsze pokolenia w ogóle jej nie znały. A czytające i piszące dzieci podważają dziś autorytet czarowników, którzy są analfabetami.

Ośrodek zdrowia też wybudowaliśmy. Pielęgniarz miał wypisane na buteleczkach, co jest co. Skończył sześć klas i trzymiesięczny kurs, był najmądrzejszy z medycyny w całej okolicy.

Nauczyciel, pielęgniarz i misjonarz. Problemy misjonarza? Kwestie kulturowe… Wiara i liturgia ładnie się przyjmują. Ale misjonarz wie, jak oni się zachowują: że uprawiają magię, że prowadzą wojny szczepowe, że dzieci do szkoły nie chodzą. Wtedy jest ważne, czy on mimo wszystko z nimi jest, czy się nie boi ani nie zniechęca. Nie wszyscy mogą sobie z tym poradzić.

Problemem jest też kwestia brudu. Oni tam żyją na bakier z higieną. Chodzą wciąż w tych samych ciuchach – w upał, w deszcz, do snu, dopóki nie skruszeją i nie spadną. To też wielu misjonarzy wykończyło. Trzeba zejść nieco do nich, ale nie za mocno, żeby nie „spapuasieć”. Misjonarz musi być człowiekiem, który wskazuje drogę lepszego życia. Ale jak się wypsika markowymi perfumami i założy koszulę z mankietami, to różnica będzie za duża. Moi parafianie widzieli dokładnie, co jem, jak mieszkam. Czternaście razy mi się do domu włamali, żeby go sobie obejrzeć, wreszcie przy każdej okazji zacząłem ich zapraszać, bo nie kradli, ale dużo szkody robili. Nie było prywatności, nie było żadnych sekretów.

 

Daleko od szosy

Pierwsi misjonarze przyszli w góry w 1932 r., wtedy zaczął się kontakt tubylców z białymi. Był to jednak kontakt rzadki. Parafia powstała w połowie lat 70. Od miejsca, gdzie dotarli pierwsi misjonarze, do mojej parafii w Ambullua było jeszcze daleko i wysoko. Trzeba było jechać 5–6 godzin samochodem, a później kolejnych 4–5 godzin iść pod górę. Nie mógł przejechać ani samochód, ani nawet motocykl. Trzeba się było przedzierać przez rzeki. Nad rzekami były mosty, czyli dwie albo trzy kłody drewna. Trzy to już była prawie autostrada, można było spokojnie po niej spacerować. Gorzej, jak trafiała się tylko jedna, na dodatek mokra. Wtedy szedłem „na czterech”, trzymając się jej rękoma i nogami. Papuasi chodzą boso, mają lepszą przyczepność. Mnie też namawiali, żebym też ściągnął buty, ale my nie jesteśmy nauczeni chodzenia boso, więc wcale nie byłoby bezpieczniej.

Parafia liczyła około 5 tys. osób, miała stację główną i siedem filialnych kościołów. Na stacji głównej była plebania, nazywałem ją „Chatką Puchatka”. Malowałem ją na biało-czerwono, z krzyżem i polskim godłem przy wejściu. Oczywiście bez prądu i wody. Prądu nie było w całej parafii, a wodę mieliśmy w rzece. Świeżą, bez zanieczyszczeń, bo przemysł w kraju jest bardzo niewielki, a w okolicy nie ma żadnego.

Do najdalszej stacji filialnej musiałem iść dwanaście godzin przez busz. Wyrobiłem sobie taki system, że zawsze w kalendarzu liturgicznym zapisywałem następną wizytę. Tylko raz zdarzyło się, że musiałem zmienić datę przyjścia. Wynikło z tego wielkie zamieszanie, nikt na mnie nie czekał, poszedłem niemal na próżno, powiedziałem sobie wtedy, że nigdy więcej. I to była wielka łaska od Pana Boga, że już nigdy tej daty przyjścia nie musiałem zmieniać. Bo przecież różne rzeczy mogły się zdarzyć. Na Nowej Gwinei jest malaria, każdy ją ma – a kiedy przychodzi atak malarii, człowiek przez trzy dni jest totalnie umarły. A Pan Bóg dał, że te ataki nigdy nie kolidowały z wyznaczonymi spotkaniami. I oni to doceniali, mówili, że jak biały powie, że przyjdzie, to choćby deszcz padał, to przyjdzie. Ufali nam, bo zauważali, że można na nas polegać. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki