Logo Przewdonik Katolicki

Po co to wszystko, panie premierze?

Kamila Tobolska
Fot.

Miały być notebooki i podręczniki cyfrowe dla uczniów. Teraz premier obiecuje od września darmowe książki dla pierwszaków. Już nie wierzymy w te obietnice! stwierdzają Karolina i Tomasz Elbanowscy, inicjatorzy akcji Ratuj maluchy!. Ta opinia jest powszechna. I niestety uzasadniona.

Miały być notebooki i podręczniki cyfrowe dla uczniów. Teraz premier obiecuje od września darmowe książki dla pierwszaków. – Już nie wierzymy w te obietnice! – stwierdzają Karolina i Tomasz Elbanowscy, inicjatorzy akcji „Ratuj maluchy!”. Ta opinia jest powszechna. I niestety uzasadniona.

− Dzieci mają być w szkole od września, a premier teraz ogłasza nowe pomysły na podręczniki. Czujemy się jako rodzice niepoważnie traktowani – stwierdzają w rozmowie z „Przewodnikiem” Elbanowscy. To ich reakcja na informacje, jakie podał 10 stycznia premier Donald Tusk, przedstawiając plany rządu na najbliższy rok. Wszystkie dzieci, które pójdą 1 września tego roku do pierwszej klasy szkoły podstawowej, a będzie ich ponad pół miliona, mają otrzymać darmowy podręcznik. Jeden, obowiązkowy dla całego kraju. − Sfinansujemy go i wydamy – zapewniał Tusk. Jak? Zapewne powołując rządowe wydawnictwo zależne od polityków. Takiej sytuacji należy się bać, a dokładnie tego, co może zawierać jedyny i „słuszny” podręcznik. − Kiedy słyszę, że podręczniki mają być darmowe, od razu przypomina mi się, że gdzieś już to słyszałam. Pani minister Hall też obiecywała darmowe podręczniki. Już nie wierzę w te obietnice – stwierdza Karolina Elbanowska, prezes Fundacji Rzecznik Praw Rodziców.

 

Jeden dla wszystkich?

Premier przekonywał, że chce w miejsce pakietu książek, który kosztuje czasami nawet kilkaset złotych, dostarczyć rodzicom bezpłatny podręcznik. Dzieci mają mieć mniej do dźwigania, a rodzice więcej w portfelu. Jedynym ich wydatkiem ma być zakup długopisów i zeszytów do notatek. Darmowy podręcznik dla pierwszaków to dopiero początek. W przyszłym roku programem mają zostać objęci pierwszo- i drugoklasiści, a w 2016 r. wszyscy uczniowie z klas I−III. Książki te mają być własnością szkoły i z roku na rok przekazywane kolejnym rocznikom uczniów.

Tymczasem w oświadczeniu Ministerstwa Edukacji Narodowej z maja 2013 r. zatytułowanym „Wybór podręcznika wyrazem autonomii nauczyciela” czytamy: „Założenie, że powinien funkcjonować jeden, identyczny dla wszystkich podręcznik do każdego przedmiotu jest sprzeczne z ustaleniami współczesnej pedagogiki, która kładzie nacisk na indywidualizację nauczania i konieczność dostosowania metod, form i środków nauczania do indywidualnych potrzeb uczniów”. W tej chwili na przykład zatwierdzonych i wydawanych jest 39 podręczników do edukacji wczesnoszkolnej. I na to premier znalazł rozwiązanie: planuje zmianę ustawy o systemie oświaty. − Przygotowanie jednego wysokiej jakości podręcznika w kilka miesięcy dla 5, 6 i 7-latków to fantasmagoria. Książka musiałaby ważyć dwa kilo. Pozostaje też pytanie, kto zapłaci za zeszyty ćwiczeń: rząd czy rodzice? W edukacji nie ma dobrych rozwiązań „na bombę”. Dlatego traktujemy tę obietnicę premiera, jako naiwną próbę osłodzenia rodzicom tego, że ich dzieci mają być obowiązkowo ofiarami eksperymentu pod nazwą „reforma” – komentuje Elbanowska.

 

Są inne sposoby

Premier przyznał, że ma świadomość, iż ta decyzja wzbudzi emocje wśród wydawców podręczników. I słusznie. Piotr Marciszuk, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki, stwierdza, że propozycja rządu dotycząca jednego darmowego podręcznika wykończy dużą część rynku wydawniczego. Jego zdaniem przejęcie przez państwo roli wydawcy zniszczy cały dotychczasowy dorobek polskiej edukacji od 1989 r. Za proste i skuteczne rozwiązaniem problemu kosztu podręczników uważa np. finansowanie przez państwo zakupu podręczników wybieranych przez szkoły.

Zdaniem Karoliny Elbanowskiej, jeśli rząd faktycznie chce uchronić rodziców przed pazernością wydawców podręczników, na którą sam ich naraził, powinien rozszerzyć finansowanie zakupów książek w ramach rządowego programu „Wyprawka szkolna” na wszystkich rodziców. − Gdyby ministerstwo faktycznie przejmowało się tym, że niektórzy rodzice we wrześniu wydają całe pensje na podręczniki, to inaczej podchodziłoby do tego programu – zauważa Elbanowska. − Duża części środków przeznaczona w jego ramach na zwroty zakupu podręczników nie zostaje rozdysponowana. Pieniądze te wracają do budżetu. A to dlatego, że niewielu rodziców wie, iż w tej chwili program ten uprawnia do ubiegania się o refundację części kosztów zakupu podręczników nie tylko osoby o skrajnie niskich dochodach – dopowiada. Wniosek taki mogą złożyć także rodziny wielodzietne mające niepełnosprawne dziecko czy samotne matki. I nie ma tutaj żadnego kryterium dochodowego. − Nagłaśnialiśmy ten temat jako jedni z niewielu. Ministerstwo Edukacji nie zadało sobie trudu, żeby poinformować o szczegółowych przepisach nauczycieli, dyrektorów szkół i szefów lokalnych wydziałów oświaty. Sądzę, że to świadome działanie.

 

Ukryte spotkanie

Innym kontrowersyjnym pomysłem rządu dotyczącym szkolnictwa, uparcie forsowanym mimo społecznych sprzeciwów, jest sprawa przymusowego posyłania do szkół sześcioletnich dzieci. Na temat ten wypowiedziała się krótko po objęciu urzędu nowa minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska. − Z moich rozmów z rodzicami wynika, że zdecydowana większość nie ma żadnych wątpliwości, że ich sześcioletnie dzieci są gotowe do edukacji szkolnej – mówiła. Tylko dlaczego ponad 80 proc. rodziców nie wysłało w ubiegłym roku swoich 6-latków do pierwszej klasy?

Rozmawiali o tym także przedstawiciele Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznik Praw Rodziców podczas ostatniego spotkania z premierem. Jego historia jest dość osobliwa. 30 października, kilka dni przed głosowaniem nad propozycją referendum edukacyjnego, odbyły się pierwsze, po pięciu latach starań ze strony Stowarzyszenia i Fundacji, ich rozmowy z premierem. Obiecał on wówczas, że do kolejnych dojdzie na początku grudnia. Dni mijały, aż w końcu dzień przed Wigilią, 23 grudnia późnym wieczorem, Fundacja i Stowarzyszenie doczekały się przesłanego drogą e-mailową zaproszenia, które wyznaczało datę spotkania na dzień... 27 grudnia. Powyższe okoliczności dobitnie świadczą o tym, że rząd próbował zmarginalizować jego znaczenie. Samo spotkanie zresztą, na życzenie premiera, odbyło się bez udziału mediów i bez uprzedniego informowania ich o jego organizacji. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie daje udostępnione w internecie przez Stowarzyszenie i Fundację nagranie z jego przebiegu.

 

Hazardowe rozgrywki

W trzygodzinnych rozmowach z premierem i minister edukacji, oprócz Elbanowskich, uczestniczyli m.in. zaangażowani w działalność Stowarzyszenia i Fundacji Małgorzata i Karol Lusarowie. − Nie ukrywamy, że byliśmy rozczarowani spotkaniem, nie wynieśliśmy z niego żadnych konkretnych ustaleń. To były tylko pozory chęci dialogu – stwierdza w rozmowie z „Przewodnikiem” Małgorzata Lusar. − Odnieśliśmy wrażenie, ze premier nie ma nam nic ważnego do przekazania i nie chce słuchać nas, rodziców. Jest zawzięty w swojej wizji, że sześciolatki muszą iść do szkoły. Nie był też w stanie odpowiedzieć na stawiane już przez nas wielokrotnie pytania: Po co ta reforma? Jaki jest jej cel? Czy jest jeszcze inny jej powód niż ten, że dzieci wejdą o rok szybciej na rynek pracy? – dodaje Karolina Elbanowska.

W czasie spotkania ekspert fundacji, nauczająca od 25 lat Dorota Dziamska, przekonywała premiera i panią minister, że obecna podstawa programowa dla uczniów klas I kompromituje nas jako naród. − Jest pełna błędów, nie opiera się na podstawach naukowych i nie uwzględnia prawideł rozwojowych dziecka – tłumaczyła. Przedstawiciele Stowarzyszenia i Fundacji dzielili się też tym, że docierają do nich sygnały, iż poradnie psychologiczno-pedagogiczne są pod presją władz samorządowych, które nakazują im wystawianie opinii o tym, że dane sześcioletnie dziecko ma gotowość szkolną. Posłanie go do szkoły oznacza bowiem większą subwencję. − Jedyne, o co prosiliśmy premiera, to wolny wybór dla rodziców, czy mają posłać sześcioletnie dziecko do szkoły. Na przygotowanie placówek do ich przyjęcia zostało mało czasu, a do tego przeznaczono na ten cel mało pieniędzy. To jest więc hazard, w którym stawką jest dobro naszych dzieci – stwierdza Tomasz Elbanowski, prezes Stowarzyszenia, dodając, że cały czas wspierają rodziców. Na www.ratujmaluchy zamieszczono poradnik, co można zrobić, żeby uzyskać dla dziecka odroczenie obowiązku szkolnego. − Zbieramy doświadczenia rodziców i przekazujemy je dalej. Kiedy ukaże się zapowiadana nowelizacja ustawy oświatowej, będziemy naciskać, aby możliwość odroczenia została rozszerzona. Teraz rodzice są ubezwłasnowolnieni...

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki