Logo Przewdonik Katolicki

Biznes to kwintesencja Dekalogu

Michał Bondyra
Fot.

Rozmowa z Kamilem Cebulskim, okrzykniętym najmłodszym polskim milionerem, pomysłodawcą internetu w wiaderkach, dziś właścicielem i rektorem szkoły ASBIRO, w której milionerzy, ale i praktycy biznesu uczą przedsiębiorczości.

Rozmowa z Kamilem Cebulskim, okrzykniętym „najmłodszym polskim milionerem”, pomysłodawcą „internetu w wiaderkach”, dziś właścicielem i rektorem szkoły ASBIRO, w której milionerzy, ale i praktycy biznesu uczą przedsiębiorczości.

Jedna z gazet okrzyknęła Ciebie najmłodszym polskim milionerem. Ile warte są dziś Twoje firmy?

– Nie mam najmniejszego pojęcia. Ekonomia uczy nas, że coś jest warte tyle, ile ktoś jest w stanie zapłacić, a jako że nikt mi żadnej oferty nie składał, to mogę powiedzieć, że nie są warte nic lub że są bezcenne albo ich wartość dąży do nieskończoności (śmiech).

 

Nie byłoby Twoich przedsięwzięć, gdyby nie internet. W Twojej działalności zaintrygowało mnie szczególnie „dostarczenie internetu w wiaderkach”...

– Moje przedsięwzięcia istniałyby, gdyby nie było internetu. Miałyby tylko inną formę. Może jakiejś firmy budowlanej, rzeźni czy plantacji ziemniaków. Większość socjalistów, zwłaszcza Polaków, zakłada, że ludzie sukces odnoszą dzięki czemuś. Ja dzięki internetowi, a inni dzięki znajomościom czy bogatemu ojcu. Nic bardziej mylnego. A „wiaderka” to rzeczywiście był bardzo dobry interes, w zasadzie moje pierwsze poważne przedsięwzięcie. Model biznesowy odkryłem przypadkiem. Zajmowałem się reklamą, m.in. pośredniczyłem w reklamie na stronie internetowej kolegi. Niestety postanowił zamknąć stronę, gdyż rodzice gonili go do nauki, bo chyba nie zdał próbnej matury. Oddał mi więc tę stronę. Szybko odkryłem, że ludzie bardzo chętnie kupiliby całą stronę nagraną na CD. To były czasy modemowe, zamiast czytać on-line i płacić po 7 czy 13 zł za godzinę, ludzie mogli zapłacić 20–30 zł i mieć całą stronę, dostarczoną pocztą w wersji na CD. Chwyciło, i tak powstała firma „dostarczająca internet w wiaderku”.

 

Była wreszcie ESC Poland – firma zajmująca się logistyką dla sklepów internetowych, która przyniosła Tobie poważne profity.

– Internet tworzyli ludzie z mojego pokolenia. Wielu z nich miało popularne strony internetowe, np. o samochodach. Chcieli na nich zarabiać także poprzez sprzedaż w internecie. Ale trudno było studentowi żyjącemu w akademiku stworzyć własny sklep, np. z oponami. Wtedy pojawialiśmy się my. Oni mieli strony, więc zapewniali sprzedaż, a my zapewnialiśmy magazyny i obsługę. Może w przypadku opon byliśmy kiepscy, ale w innych branżach już całkiem mocni. W końcu firma zatrudniała 27 osób.

 

Przychodzi rok 2009 i…przestajesz być przedsiębiorcą. W wieku 25 lat ludzie dopiero myślą o rozkręceniu jakiegoś biznesu.

– Bo wtedy zdają sobie sprawę, że szkoła nie przygotowała ich do funkcjonowania na  rynku pracy. Zgadzają się pracować za minimalną pensję lub nieco powyżej i dochodzi do nich, że siedzą w bagnie, a coś muszą zrobić. Przykre jest, że ludzie myślą o własnej firmie jak o ostatniej desce ratunku przed niską pensją. Niestety taka droga nie działa. Biznes nie jest ratunkiem dla ludzi, którzy nie potrafią sobie znaleźć dobrej pracy. Rozkręcenie przyzwoitej firmy jest dużo trudniejsze niż znalezienie odpowiedniego zatrudnienia. Nie wiem, dlaczego ktoś, kto nie potrafi poszukać sobie pracy, idzie do biznesu. A potem słyszymy na przykład o 1,8 mln tytułów egzekucyjnych w 2008 r., a 6 mln w 2013!

 

A Ty – „najmłodszy milioner” – ruszasz w trasę z wykładami po gimnazjach i liceach.

– Z tym milionerem było tak, że na jednej konferencji poznałem dziennikarkę, która zadawała mi sporo pytań, a potem opublikowała naszą rozmowę w formie wywiadu. Rzetelność nakazywała jej wysłać treść do akceptacji, jednak tego nie zrobiła, i tak wydrukowali „wywiad z najmłodszym milionerem”. Od tej pory to się za mną ciągnie. W sumie nawet dobrze. To właśnie dzięki mediom wielu nauczycieli zapraszało mnie na zajęcia z młodzieżą. A skoro zapraszali, to trudno było odmówić.

 

Robiąc reaserch o Twojej uczelni ASBIRO, zastanawiałem się, dlaczego na pomysł stworzenia szkoły, w której wykłada się tylko praktykę prowadzenia firmy, a nie suchą teorię, nie wpadł w Polsce nikt przed Tobą.

– Myślę, że bardzo wiele osób marzyło o takiej szkole, nie do końca jednak wiedziało, jak się do tego zabrać. W szkoleniu biznesowym najpopularniejszy jest model guru. A więc człowiek, który bardzo ładnie prowadzi szkolenia na jakiś temat. Pisze książki, artykuły, robi z siebie gwiazdę. U nas nie ma gwiazdorzenia. Ponad 500 przedsiębiorców na całym świecie wykładało w ASBIRO. Średnio raz na dwa lata. Są to przeciętni właściciele piekarni, warsztatów czy sklepów. Wśród naszych wykładowców są co prawda bardzo znane nazwiska, jak np. Tad Witkowicz, Krzysztof Habich, prof. Andrzej Blikle, David Stockman czy książę Hans Adam II Liechtenstein, jednak to na doświadczeniach zwykłych przedsiębiorców staramy się bazować. Teraz myślę, że sformułowanie „zwykły przedsiębiorca” jest nietrafione. Z każdych dziesięciu osób próbujących zostać zwykłym przedsiębiorcą udaje się to zaledwie jednej, więc nie jest to takie proste, jak mogłoby wskazywać określenie „zwykły”.

 

Czego można nauczyć się w ASBIRO? Przecież każdy przypadek w biznesie jest inny.

– Nieprawda. Jest wiele różnych przypadków, jest też wiele przypadków takich samych. Zauważ, że w biznesie istnieją dwa problemy do pokonania. Otóż masz problem z klientami i z pracownikami. Gdyby nie te problemy, biznes byłby jak bajka. Wbrew temu co o sobie sądzimy, prawdą jest, że jesteśmy bardzo do siebie podobni. A już na pewno w biznesie popełniamy te same błędy. Nie spotkałem jeszcze przedsiębiorcy, który twierdziłby, że swojego pierwszego pracownika zwolnił za wcześnie. Pierwszego pracownika zawsze zwalniamy za późno. Podobnie jest z innymi bardzo ważnymi decyzjami. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile osób popełniło samobójstwa, gdyż prowadzili firmy jako działalność gospodarczą, a nie spółkę z o.o., a gdy popadli w długi, nie wiedzieli, jak przeprowadzić upadłość konsumencką w Anglii.

 

Podobno w ASBIRO z wielkimi świata biznesu studenci spotykają się też przy ognisku – w luźnej atmosferze. Czy ci najwięksi nie mieli problemów z tym, by spoufalać się ze studentami, którzy albo są, albo chcieliby być na początku ich drogi?

– Nasz przeciętny student zatrudnia od trzech do pięciu osób, a więc nie należy do grona początkujących. Jeden ze studiujących zatrudnia nawet 320 osób! Używając słowa „student” w połączeniu z uczelnią ASBIRO, otrzymujesz zupełnie inny obraz. Kiedyś próbowałem stworzyć własne słowa opisujące wykładowcę czy studenta, aby nie kojarzyły się z ich potocznym znaczeniem. Doszedłem jednak do wniosku, że będzie to złe posunięcie ze względu na marketing. Wracając do tematu… aby u nas wykładać czy ogóle chcieć z nami mieć do czynienia, trzeba mieć pewien określony rodzaj charakteru, być otwartym na ludzi, mieć dystans do siebie. Inni po prostu się z nami nie zadają.

 

A zasady, z których nigdy nie rezygnujesz, rozkręcając kolejne pomysły?

– Nie potrafię ich zwerbalizować. Ważne jest, żeby zarobić, a nie dokładać do interesu.

 

Czy w biznesie jest miejsce na etykę? Na moralny kręgosłup, na Dekalog?

– Ale biznes to przecież kwintesencja Dekalogu. Nikt ode mnie niczego nie kupi, jeżeli nie będzie uważał, że jestem dobrym człowiekiem. To w sektorze państwowym nie ma miejsca na etykę, gdyż całe państwo opiera się na przymusie. W biznesie dochodzi tylko i wyłącznie do dobrowolnej wymiany, na której korzystają wszystkie strony.

 

Budujesz szkołę w Zambii, pomagając polskim werbistom. Kaprys, zysk... a może szlachetne pobudki?

– Nie pomagam polskim werbistom. Dość słabo znam tę organizację. Pomagam ks. Jackowi Gniadkowi zrealizować jego plany dotyczące budowy szkoły dla przedsiębiorców w Zambii. Co prawda Jacek jest werbistą, ale gdyby był członkiem innej organizacji kościelnej czy też nie, to nadal bym mu pomagał, a niekonieczne pomagałbym innemu werbiście. W Kościele całkiem sporo jest socjalistów, więc trzeba uważać. Zapamiętaj też jedną podstawową rzecz: „Zysk to bardzo szlachetna pobudka!”. Socjaliści jednak zwykli wmawiać ludziom, że zysk liczy się w pieniądzach. Nic bardziej mylnego. Ludwig von Mises, wielki filozof i ekonomista, patron naszej uczelni napisał wielkie dzieło Ludzkie działanie, w którym wyjaśnia, że człowiek działa po to, aby zastąpić stan, w którym się znajduje, stanem bardziej przez niego pożądanym. Jeżeli człowiekowi uda się dojść do tego nowego stanu i jeżeli po jego osiągnięciu nadal będzie uważał, że jest to stan lepszy, znaczy to, że osiągnął zysk. Jeżeli nowego stanu nie osiągnął lub po jego osiągnięciu uznał, że stan poprzedni był lepszy, oznacza to, że człowiek poniósł stratę. Dlaczego buduję z Jackiem szkołę w Afryce? Oczywiście dla zysku. Wydałem na szkołę ponad 50 tys. dolarów z prywatnych środków i pewnie wydam dużo więcej. Nie mam z tego ani złotówki i mieć nie będę, gdyż szkoła należy do parafii w Lindzie, która mi tych pieniędzy nie zwróci. Nadal jednak uważam, że jest to jedno z najbardziej zyskownych przedsięwzięć, w jakich brałem udział.

 

Co dziś daje Tobie największą satysfakcję?

– Raz jest to możliwość podróżowania. Zwiedziłem z córką wszystkie kontynenty. Innym razem cieszę się, gdy zostaję kilka dni w jednym miejscu. Cieszę się również, gdy mogę skopać ogródek, a kiedy indziej traktuję to jako karę. Nigdy jednak nie traktowałem jako kary odczarowywania ludzi z socjalizmu. Przeciwnie, sprawia mi to największą przyjemność.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki