Logo Przewdonik Katolicki

Poświęcać się dla innych

Katarzyna Jarzembowska
Fot.

Pomysł wyjazdu na misje zrodził sie u piętnastoletniej Beaty, która zastanawiała sie nad wyborem szkoły średniej. Z okazji przyjęcia sakramentu bierzmowania otrzymała odrodziców Pismo Święte. Mama poradziła jej, aby zaufać Bogu i wskazać palcem wybrany fragment. Wypadło na Mądrość Syracha. Dziewczyna zinterpretowała ją najlepiej, jak potrafiła, i zdecydowała, że zostanie lekarzem. Pojedzie na misje pomagać najbardziej potrzebującym.

 

Przebiegać będzie ziemię obcych narodów, bo zechce doświadczyć dobra i zła między ludźmi (Stary Testament, Mądrość Syracha, Syr 39, 4)

Pomysł wyjazdu na misje zrodził sie u piętnastoletniej Beaty, która zastanawiała sie nad wyborem szkoły średniej. Z okazji przyjęcia sakramentu bierzmowania otrzymała od  rodziców Pismo Święte. Mama poradziła jej, aby zaufać Bogu i wskazać palcem wybrany fragment. Wypadło na Mądrość Syracha. Dziewczyna zinterpretowała ją najlepiej, jak potrafiła, i zdecydowała, że zostanie lekarzem. Pojedzie na misje pomagać najbardziej potrzebującym.

 

Beata Kowalewska skończyła medycynę, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Nikt nie wierzył, że młodemu małżeństwu uda się zrealizować wspólne powołanie. – Jesteśmy pewni, że gdyby nie pomoc naszych przyjaciół, nie udałoby się sfinalizować wyjazdu. Z prośbą o wsparcie zwróciliśmy się także do księdza, który uczył nas religii w szkole średniej oraz asystował nam podczas zawierania sakramentu małżeństwa. To on skontaktował nas z Fundacją Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio w Poznaniu. Akurat wtedy do fundacji dotarł list sióstr ze Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego, które prowadzą misje na Jamajce. Prosiły o wsparcie w poszukiwaniu lekarza wolontariusza. Będąc jeszcze na stażu, skontaktowaliśmy się z siostrami i zaproponowaliśmy naszą pomoc. Dodając, że... jest nas dwoje lekarzy i roczne dziecko. Odbyliśmy szkolenie dla wolontariuszy prowadzone przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych i wyruszyliśmy wypełnić nasze powołanie – powiedzieli Beata i Łukasz Kowalewscy.

 

Podróż i praca

Małżeństwo pokonało piętnastogodzinną podróż i wylądowało w Montego Bay. – Fale morskie gładziły złoty piasek, w tle było słychać muzykę reggae, a nad wszystkim pochylały się palmy kokosowe. Tak nie wyglądała Jamajka, na której pracowaliśmy – wspominali.  Po wyjściu z samolotu uderzyła ich fala gorącego, tropikalnego powietrza. – Na lotnisko przyjechał po nas ks. Marek Bzinkowski, proboszcz tamtejszej parafii. Potem kolejne trzy godziny jazdy samochodem przez góry i byliśmy u celu – w miejscowości Magotty. Tamtejsze drogi znacznie różnią się od tych europejskich. Właściwie w większości składają sie z dziur – dodali. W Magotty siostry czekały na małżeństwo z kolacją i zimną wodą, której naprawdę potrzebowali. Natomiast ich córka Julia przespała powitanie. 

Następnego dnia rano obudził ich upał oraz pierwsi pacjenci. Codziennie w poczekalni sto osób śpiewało Children, don’t worry! („Dzieci, nie przejmujcie się”) z piosenki Boba Marleya, na przemian z okrzykami „Halleluja! Praise the Lord!” („Alleluja! Chwała Bogu!”). – Łukasz wcześnie otwierał bramę pacjentom, którzy przychodzili lub przyjeżdżali z daleka. Mieszkaliśmy w klinice, więc do pracy mieliśmy blisko. Zajęcia zaczynaliśmy od 8.30, a kończyliśmy na ostatnim zaopatrzonym pacjencie. Cztery dni w tygodniu pracowaliśmy w przychodni w Magotty, a w każdy czwartek jeździliśmy wspomóc przychodnię, oddaloną o godzinę drogi, gdzie również zabrakło lekarzy. W piątki razem z siostrami udawaliśmy się do pacjentów na wizyty domowe. Odwiedzaliśmy terminalnie chorych i tych, którzy nie mogli dotrzeć do naszych klinik z różnych powodów: niepełnosprawności, braku środków finansowych na przejazd, braku środków transportu – powiedziała Beata Kowalewska.

Małżeństwo w wolnych chwilach jeździło do domu opieki osób przewlekle chorych, który był prowadzony przez misjonarki miłości. Tam pacjenci, często opuszczeni przez rodziny, z powodu zaawansowania chorób i upośledzenia, mogli godnie umierać. – Przez rok udało nam się zaopatrzyć ponad 15 tys. pacjentów. Na miejscu spotkaliśmy sie z ubóstwem, ale i serdecznością oraz zaufaniem pacjentów – dodali.

 

Język i jedzenie

Beata i Łukasz Kowalewscy byli przekonani, że po stażu w Irlandii będą w stanie porozumieć się z tubylcami. I po części tak się stało. – To znaczy oni nas rozumieli, ale odpowiadali w języku patois, więc nie było łatwo. Mimo że językiem urzędowym na Jamajce jest angielski, to mieszkańcy buszu posługują się mową tubylców. Zdecydowanie prościej mogliśmy porozumieć się z dziećmi, które uczą się w szkołach w języku angielskim – podkreślili.

Pobyt na Jamajce to prawdziwa służba wobec bliźnich. To pasmo wielu wyrzeczeń oraz zmian – także tych żywieniowych. – Musieliśmy zmienić dietę. Obawialiśmy sie kłopotów żołądkowo-jelitowych, które mogłyby być poważne dla naszej rocznej córki. Jednak Opatrzność czuwała nad nami i obyło się bez sensacji. Pochrzyny i chlebowce zastąpiły nam ziemniaki, bligia pospolita (ackee) jajecznicę, a callaloo szpinak. Łukasz do dziś wspomina tamtejszy smak mango oraz bananów, które stanowiły podstawę naszej diety – powiedziała Beata.

Wizyty domowe stanowiły możliwość przypatrzenia się z bliska, jak żyją Jamajczycy. Brak bieżącej wody, plastikowe beczki służące do zbierania deszczówki, czasem brak prądu i gazu – to realia mieszkania w tamtej szerokości geograficznej. Domy zbudowane są z blachy lub drewna, nie mają okien ani drzwi. W środku nie ma mebli, szaf, kredensów. Nie w każdym domu są krzesła i stół. Kuchnie najczęściej znajdują sie poza domem, ponieważ mieszkańcy gotują na wolnym ogniu. Życie generalnie toczy sie przed domem. Pranie jest wykonywane obowiązkowo raz w tygodniu, w rzece. Mieszkańcy hodują zwierzęta domowe, głównie kozy i kury. Uprawiają pola przy domach i handlują wymiennie z sąsiadami. – Na wizyty domowe jeździła też Julia. Dla większości było to jedyne „białe dziecko”, jakie w życiu widzieli. Każdy chciał dotknąć jej skóry lub blond włosów. Rok naszej przygody minął bardzo szybko. Poznaliśmy mnóstwo przyjaznych i życzliwych ludzi, starając się odwzajemnić tym samym. Ogrom pacjentów, który nas odwiedził, szukając pomocy, świadczy o tym, jak bardzo byliśmy tam potrzebni. Czujemy się dumni, że projekt, który zapoczątkowaliśmy, jest kontynuowany, bo potrzebujących na pewno nie zabraknie – zakończyli.

 



Ks. Karol Glesmer – proboszcz parafii Świętej Trójcy w Łobżenicy

– Znam państwa Kowalewskich już długo. Beata pochodzi z Solca Kujawskiego, a Łukasz z Bydgoszczy. Uczyłem ich religii w I LO w Bydgoszczy. Zawsze byli parą, zawsze razem. Beata o wrażliwym sercu, zaangażowana w szkolny teatr – przeze mnie prowadzony – pod nazwą „Scena Jeden”. Przyprowadziła tam Łukasza. Podobnie było z pieszą pielgrzymką na Jasną Górę. Po ukończeniu liceum obydwoje poszli na studia, razem, na medycynę. Pod koniec nauki zapadła decyzja o ślubie, z tą nowiną przyjechali do mnie. Czułem pewien pośpiech. Byłem miło zaskoczony, kiedy Beata powiedziała: „Ale niech ksiądz sobie czasem nic nie myśli, spieszy nam się bardzo, bo mamy już mieszkanie i nie chcemy mieszkać tam razem, nie będąc małżeństwem, bo dawalibyśmy złe świadectwo”. Oprócz rozmowy o formalnościach przedślubnych powiedzieli, że mają wspólne postanowienie, aby po zdaniu egzaminów, po stażu lekarskim, wyjechać na misje, przynajmniej na rok. Chcieli jechać do Afryki. Sporo czasu minęło, odbyli staż w szpitalu w Cork w Irlandii, tam też urodziła się ich córeczka, Julia. W Cork znów wrócił temat misji. Wydawać by się mogło, że trudniejszy, bo mają małe dziecko. Ale dla nich to nie był problem: „Pojedziemy z Julią”. Poprzez mojego kuzyna, lekarza, zaangażowanego w Fundację Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio, który zajmował się szukaniem miejsc pracy dla lekarzy, chcących wyjechać do pracy w stacji  misyjnej, znalazło się miejsce w Maggoty na Jamajce. Wrócili z Irlandii i rozpoczęli przygotowania do wyjazdu. Również wtedy zaczęły się piętrzyć problemy, związane z różnego rodzaju formalnościami. Jednego razu dolecieli do Frankfurtu i nie wpuszczono ich na pokład samolotu na Jamajkę, gdyż nie mieli biletu powrotnego i trzeba było wracać do Solca Kujawskiego. Obawiałem się, że zniechęcenie weźmie górę, ale jednak nie. W końcu dotarli na misję, którą prowadzi polski ksiądz, Marek Bzinkowski, a klinikę (przychodnię) polskie siostry, sercanki. Dotychczas do pracy docierali tam lekarze na krótki czas, doraźnie. Teraz mieli być przez rok młodzi lekarze z Polski. Każdego dnia od wczesnego rana do przychodni przyjeżdżały tłumy ludzi, którzy cierpliwie czekali na wizytę u lekarza. Czas oczekiwania wypełniony był śpiewem i czytaniem Pisma Świętego. Było to niesamowite. Po roku wrócili do Polski, zapewne z dużym doświadczeniem. Obecnie pracują w szpitalach w Dublinie, ale myślą o kolejnej misji.

 

 

Jamajka jest wyspą i państwem na Morzu Karaibskim w archipelagu Wielkich Antyli. Położona na południe od Kuby i na zachód od Haiti, odkryta przez Krzysztofa Kolumba w 1494 r. – początkowo nazwana Santiago. Pierwsi skolonizowali ją Hiszpanie. Jednak w 1655 r., w ciągu zaledwie dwóch dni, została podbita przez Anglików. Panuje tam monarchia konstytucyjna, a głową państwa jest Elżbieta II. Wyspa jest podzielona na trzy hrabstwa, a te na czternaście regionów. Powierzchnia wyspy wynosi prawie 11 tys. mkw. Jeśli chodzi o ludność, to 2,7 mln mieszkańców stanowią osoby pochodzenia afrykańskiego, arabskiego, indiańskiego, europejskiego.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki