Logo Przewdonik Katolicki

Trudny pontyfikat Franciszka

Krzysztof Bronk
Fot.

Ostatnio uświadomiłem sobie wyraźnie, że ze względu na odległość kulturową i odmienną mentalność papież Latynos może w nas budzić także mieszane uczucia. Z jednej strony zachwyca, a z drugiej pozostawia poczucie niedosytu, by nie powiedzieć zawodu. Tytułem przykładu wydarzenia z ostatnich dni, tak dla naszej wspólnej refleksji.

Ostatnio uświadomiłem sobie wyraźnie, że ze względu na odległość kulturową i odmienną mentalność papież Latynos może w nas budzić także mieszane uczucia. Z jednej strony zachwyca, a z drugiej – pozostawia poczucie niedosytu, by nie powiedzieć zawodu. Tytułem przykładu wydarzenia z ostatnich dni, tak dla naszej wspólnej refleksji.

Akurat o tej rocznicy Jan Paweł II przypominał nam wielokrotnie. Tymczasem w ubiegły weekend na Monte Cassino niespodziewanie odkryliśmy, że już naprawdę jesteśmy sierotami.

 

Heroiczna walka

Od 1979 r. przy wszystkich okrągłych rocznicach tej bitwy to Jan Paweł II przypominał nam, wyjaśniał i interpretował znaczenie tej zwycięskiej, ale okupionej wielkimi ofiarami batalii. Nawet rok przed śmiercią, w 2004 r., schorowanym, a jednak w pełni zrozumiałym głosem mówił o cywilizacyjnym znaczeniu tego wydarzenia. W tym roku, w 70. rocznicę bitwy, pozostaliśmy sami, z grobami żołnierzy i jego grobem. Moje kilkuletnie dzieci na grobowych płytach usypywały krzyże z kamyków, by w ten dziecięcy sposób wyrazić szacunek dla spoczywających tam żołnierzy. Tuż obok zaledwie o kilka lat starsi harcerze z Pniew przysięgali, że wiernie będą służyć Bogu i Ojczyźnie, a swoje słowa przypieczętowywali własnoręcznie upuszczoną z palca krwią. Mały, lecz wielki w oczach moich dzieci heroizm, który przywołuje na pamięć te słowa, z którymi gen. Władysław Anders posyłał swych żołnierzy na Monte Cassino: Bóg-Honor-Ojczyzna. Przez ponad 26 lat to Jan Paweł II wyjaśniał nam znaczenie tych słów. Mieliśmy niezwykłe, prawdopodobnie niepowtarzalne szczęście, że papieżem był ktoś, kto nas rozumiał, lepiej być może niż my sami. I kiedy w pierwszym roku pontyfikatu znalazł się na Monte Cassino, piętnował okrucieństwo działań zbrojnych, mówił: nigdy więcej wojny, ale z drugiej strony całkiem jednoznacznie przyznał, że trzeba było walczyć w świętej sprawie ojczyzny, że trzeba było bronić w ten właśnie sposób nie tylko Polski, ale również Europy i cywilizacji. Dla Włochów był to papież z dalekiego kraju, przynajmniej na początku, ale dla nas od początku był naszym papieżem. Jak wielki był to przywilej i wyjątkowa sytuacja w całej naszej historii, rozumiemy być może dopiero teraz, kiedy Jana Pawła II już nie ma, a papieża mamy nie tylko z dalekiego kraju, lecz dosłownie z drugiego końca świata, jak sam o sobie powiedział w dniu wyboru Franciszek.

 

Zabrakło kilku słów

Na ten pontyfikat składają się też wydarzenia i gesty, które po prostu trudno zrozumieć. Tak było 10 maja, kiedy to w Rzymie odbywały się główne obchody Krajowego Dnia Szkoły Katolickiej. Tym razem miały być szczególne, bo już kilka miesięcy wcześniej episkopat Włoch ogłosił, że weźmie w nich udział sam papież. Przyjechali nauczyciele, uczniowie i rodzice. W sumie ponad 300 tys. Ogromne oblężenie Watykanu. Pełen plac św. Piotra i cała via della Conciliazione, aż do Tybru. Przybyli z całych Włoch, z miłości do papieża na pewno, ale również w geście rozpaczy. Bo szkoły katolickie mają nóż na gardle. Jest ich bardzo dużo, ponad 9 tys. różnych szczebli, od przedszkola aż po uniwersytety. Stanowią kluczowy element oświaty we Włoszech (9 proc. wszystkich uczniów, 200 tys. pracowników), ale choć ich utrzymanie kosztuje 5 mld euro, nie otrzymują niemal żadnych subwencji z budżetu. Co więcej, przed niespełna dwoma laty rząd Montiego obłożył szkoły kościelne podatkiem od nieruchomości. A we Włoszech mamy poważny kryzys gospodarczy. Ludzi nie stać na wysokie czesne. Skoro płacą i tak wyśrubowane podatki, nie chcą, a najczęściej nie mogą płacić kolejnego podatku w postaci czesnego. W takiej sytuacji ogromnemu systemowi kościelnej edukacji zagląda w oczy widmo bankructwa. To znaczy przetrwają najlepsze i najdroższe szkoły dla zamożnych rodzin. Ale zwyczajne rodziny katolickie, a zwłaszcza wielodzietne pozostaną poza zasięgiem kościelnej oświaty. Już teraz co roku likwiduje się kilkadziesiąt szkół. Nauczyciele lądują na bruku. Rodziny zostają pozostawione same sobie. Wiele szkół ratuje się jeszcze, jak może. Obniżają płace nauczycielom, rozprzedają majątek, podnoszą czesne, ale wszystko ma swoje granice. Stąd wielki entuzjazm, z jakim przyjęto zapowiedź, że Franciszek wstawi się za szkołami, weźmie udział w ich wielkim zlocie. Ale papież owszem, wziął udział w tym gigantycznym spotkaniu, ale o głównych problemach szkół nie wspomniał ani słowem. Ani o widmie bankructwa szkół katolickich, ani o niedofinansowaniu szkół publicznych w dobie faktycznej gerontokracji, ani o deprawacji dzieci seksem, ani o ograniczaniu wpływu rodziców na wychowywanie swych dzieci. Mało kto potrafił ukryć rozczarowanie.

 

Potrafi porwać tłumy

Bo przecież Franciszek potrafi się upomnieć o pokrzywdzonych. Kiedy kilka tygodni temu w Toskanii zamykano hutę, Franciszek wygłosił płomienną mowę w obronie hutników. Dlaczego w podobny sposób nie broni szkół i dzieci? Katolicy się oczywiście na głos nie skarżą, bo intuicyjnie czujemy, że papież to Ojciec, z którym się nie dyskutuje. Triumfują jedynie środowiska walczące z katolickim szkolnictwem, zadowolone, że Franciszek zostawił je na lodzie. To wielkie spotkanie szkół katolickich było jednym z najbardziej licznych dotychczasowych wydarzeń tego pontyfikatu. Z kronikarskiego obowiązku trzeba o nim wspomnieć, ukazując zarazem jego faktyczny kontekst. Bo być może kryje się za tym jakiś sens, jakaś strategia, której z naszej perspektywy nie można zrozumieć. Szukając pozytywów, dałoby się przecież powiedzieć, że przez ludzi stojących poza Kościołem, na peryferiach, przez środowiska laickie papieska postawa została odebrana pozytywnie, jako kolejny gest otwarcia, woli niezamykania się w szkolnictwie konfesyjnym… Dla przeciwwagi można opisać spotkanie z 12 maja. Wtedy Franciszek spotkał się ze studiującymi w Rzymie kapłanami i seminarzystami. W serdecznej, bezpośredniej atmosferze dzielił się z nimi własnym doświadczeniem kapłaństwa, codziennej modlitwy przeplatanej z pracą, pasterskiego przewodzenia. Czynił to ze swobodą i autentyzmem południowca. Ale co najważniejsze, papież przemawia z pozycji udanego kapłańskiego życia. Sam uczył się owszem na błędach. Dziś już jednak wie, jak żyć, ma całkiem jasne wyobrażenie o ideale kapłańskiego życia w warunkach współczesnego świata. I tym właśnie się dzieli. Same konkretne rady: kiedy przychodzi depresja, zanim zgłosisz się do psychologa, idź do Maryi; uważaj na żądzę pieniędzy i próżność, bo ludzie ci tego nie wybaczą; szukaj przyjaźni z innymi kapłanami, to jedna z największych radości tego powołania; zdrowe zmęczenie jest lepsze niż środki nasenne. To są te chwile, kiedy Franciszek chwyta za serce, rozpala entuzjazm i rzeczywiście pozytywnie wpływa na kształt Kościoła. Podobnie zresztą, jak jego poprzednicy.

 

Jeszcze jeden przykład 

Przesłanie otwarcia idzie dzisiaj w świat z Watykanu. Problem w tym, że bardzo często ono żyje później swoim życiem, nie przejmując się intencjami samego papieża. Przykładem słynne i najczęściej chyba dzisiaj cytowane zdanie Franciszka: kimże ja jestem, by osądzać homoseksualistów. Całkiem niedawno słuchałem rozmowy ze zwierzchnikiem anglikanów abp. Justinem Welby’m, który zwierzał się ze swych rozterek w kwestii małżeństw homoseksualnych. Z jednej strony przyznawał, że zarówno Biblia, jak i cała tradycja Kościoła wykluczają seks poza małżeństwem, a za małżeństwo uznaje jedynie związek kobiety i mężczyzny. Z drugiej jednak strony zaznaczał, że bardzo trudno jest mu powiedzieć „nie” dwóm kochającym się osobom. W każdym razie – konkludował prymas anglikanów – trzeba pamiętać o tym, co powiedział Franciszek: „kim­­­­­­że ja jestem, by osądzać homoseksualistów”. Pomieszanie pojęć, chciałoby się powiedzieć. Wszystko to pokazuje, jak trudno być kronikarzem tego pontyfikatu. Jest w nim bowiem wszystko, zarówno entuzjazm i wielkie nadzieje, jak i szczery zawód i niezamierzone konsekwencje zbyt spontanicznych gestów i słów. Na oceny jeszcze przyjdzie czas.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki