Logo Przewdonik Katolicki

Otwarte niebo nad Rzymem

Krzysztof Bronk
Fot.

Rzym nie od razu zrozumiał, co się stało. Ten, kto był w dniu kanonizacji w Wiecznym Mieście, wiedział, że uczestniczył w czymś wyjątkowym, historycznym. Ale to nie wszystko.

Wydarzenie stało się historycznym na pewno dlatego, że była to, jak mówiono, niedziela czterech papieży. To było pierwsze uzasadnienie niezwykłości tego wydarzenia. Ale nie wyczerpywało ono tego, co się wydarzyło, nie wyjaśniało do końca niezwykłej atmosfery owego dnia. Rzym przeżył już bowiem wiele kanonizacji. Przynajmniej od 1978 r. są one tutaj na porządku dziennym, odbywa ich się przecież kilka w ciągu roku. Oczywiście nie takie jak ta, choć każda jest świętem, jakimś zastrzykiem łaski z zaświatów. Tym razem przez kilka dni zawieszone na fasadzie bazyliki św. Piotra portrety obu papieży były rzeczywistymi oknami do nieba. Przez nie nowi święci patrzyli na świat, a my przez ich oblicza i niejako przez ramię mogliśmy zajrzeć do innego świata.

 

Barka albo Czarna Madonno...

Ta atmosfera dni otwartego nieba udzielała się całej okolicy. I to jeszcze przed rozpoczęciem samej kanonizacji. Mieszkam w domu położonym przy jednej z ulic, które prowadzą do Watykanu. W starożytności były tu ogrody Nerona. To tu płonęli chrześcijanie. 1500 lat później wypalano tu cegły, z których zbudowano bazylikę św. Piotra. Od ponad roku w każdą środę budzi nas wrzawa pierwszych grup pielgrzymów, którzy na audiencji środowej chcą zająć najlepsze miejsca i z bliska zobaczyć Franciszka. W noc przed kanonizacją nie było wrzawy, gwizdów i pokrzykiwań. Tylko od najwcześniejszych godzin, już do północy, docierał do naszych uszu przez sen silny, a przecież łagodny śpiew: Czarna Madonno... bądź Pan kiedyś stanął nad brzegiem... To stopniowe, uroczyste zapełnianie się placu św. Piotra i okolic robiło ogromne wrażenie i na długo pozostanie w pamięci mieszkańców Rzymu. Tym bardziej że rozmodlone szwadrony Polaków, którzy stanowili zdecydowaną większość uczestników kanonizacji, narzuciły taką modlitewną i pobożną atmosferę reszcie wiernych. Nie uszło to uwagi obserwatorów, choć nie zawsze potrafili to wytłumaczyć. Wzmiankowały ten fakt włoskie media, nawet te lewicowe, jak „L’Unità”, a kard. Lacroix z Quebecu rozmodloną atmosferę zgromadzenia wyniósł jako główne wspomnienie z kanonizacji. Niektórych Rzymian zachęciło to nawet do wzięcia udziału w uroczystości. „Późno daliśmy się przekonać – mówił po kanonizacji jeden z przypadkowo napotkanych Włochów. – Wiedzieliśmy, że o tej godzinie nigdzie blisko się nie dostaniemy. Pozostaliśmy w bocznej ulicy, nic nie wiedzieliśmy, nawet telebimów, ale i tak jesteśmy bardzo zadowoleni. Wiem, że do tych chwil będziemy jeszcze wielokrotnie powracać. Ponownie mogliśmy tu spotkać Jana Pawła II”.

 

Zachować równowagę

No właśnie, Jana Pawła II. Choć w założeniu była to kanonizacja dwóch papieży i wszyscy łącznie z Franciszkiem zabiegali o zachowanie stosownej równowagi, to jednak uczestnicy tej uroczystości, również niepolscy, zapytani o wrażenia z kanonizacji, spontanicznie mówili o Janie Pawle II. Tę dysproporcję kultu było widać jeszcze wyraźniej następnego dnia podczas Mszy dziękczynnych za kanonizację. Podczas gdy za papieża Polaka dziękowało Bogu na placu św. Piotra 80 tys. wiernych, czcicielami Jana XXIII trudno było zapełnić jeden, choć trzeba przyznać całkiem pokaźny kościół.

Wielokrotnie bywałem na liturgiach na placu św. Piotra, nigdy jeszcze jednak nie słyszałem, by plac ten śpiewał tak jak w ten poniedziałek po kanonizacji. Polacy po raz kolejny dali piękne świadectwo, nie tylko swej miłości do papieża, ale przede wszystkim wiary, skupionej i rozmodlonej. Serca Polaków zaskarbił sobie tego dnia kard. Angelo Comastri, archiprezbiter bazyliki watykańskiej. To on przewodniczył liturgii, a w kazaniu syntetycznie, a przy tym bardzo trafnie przedstawił najważniejsze elementy pontyfikatu Jana Pawła II. Tym samym zaspokoił niedosyt, który mięliśmy po kanonizacyjnej homilii Franciszka. Poprzez swe poranne Msze i innego rodzaju wystąpienia papież Bergoglio przyzwyczaił nas do innego stylu kaznodziejstwa i rozbudził w nas duchowy apetyt, którego niedzielne kazanie nie mogło zaspokoić. To nietypowe zachowanie Franciszka, jego wyjątkową i mało znaną dotąd powagę, by nie powiedzieć rezerwę, zauważyli też inni uczestnicy liturgii. „Czekaliśmy na choćby jeden mały uśmiech, a tu nic” – mówił po kanonizacji wyraźnie zdumiony kard. Philippe Barbarin z Lyonu. W jego przekonaniu to właśnie powściągliwość Franciszka sprawiła, że w trakcie Eucharystii zabrakło eksplozji radości, które znamy z czasów Jana Pawła II, a nawet Benedykta XVI. Prymas Galii powiedział na głos to, czego inni nie odważyli się powiedzieć nawet szeptem, ale nie czynił papieżowi wymówek. Przeciwnie, starał się go bronić. Zdaniem kard. Barbarina, Franciszek po prostu bardzo uważał, by nie zachowywać się jak celebryta, by nie skupiać na sobie uwagi tłumów. Mnie to wyjaśnienie nie przekonuje, bo przecież znamy Franciszka całkiem innego, eksplodującego radością, niekonwencjonalnego i potrafiącego przyciągnąć uwagę całego świata. W tym zresztą jego siła. Moim zdaniem Franciszek po prostu nie lubi kanonizacji. Niektórzy, jak Bernard Lecomte czy kard. Poupard, sugerują, że papieżowi nie do końca podoba się kult Jana Pawła II w jego aktualnej postaci. Bo za dużo w nim niedojrzałego kultu jednostki. Ja jednak sądzę, że nie o Jana Pawła II i o nas Polaków tutaj chodzi.

 

W stylu Franciszka

Proszę zauważyć, że niespełna miesiąc wcześniej Franciszek ni stąd, ni zowąd zaliczył w poczet świętych kluczowe postaci Kościoła w obu Amerykach: Józefa de Anchietę, apostoła Brazylii i założyciela miasta São Paolo, oraz Franciszka de Lavala i Marię od Wcielenia, założycieli Kościoła katolickiego w Kanadzie. Są to postaci o ogromnym znaczeniu dla tych Kościołów lokalnych i na pewno zasłużyłyby sobie kanonizację z prawdziwego zdarzenia w Rzymie, albo przynajmniej na miejscu, gdyby chciano uniknąć kosztownych podróży przez ocean. Również z duszpasterskiego punktu widzenia mogłyby to być ważne wydarzenia. Papież postanowił inaczej. Kanonizował z zaskoczenia, po cichu, ale też bez echa. Osobiście nie potrafię tego zrozumieć. Bo przecież dobrze wiemy, że ten sam papież bardzo głęboko przeżywa kult świętych i to również tych niekanonizowanych. Dwa miesiące temu zwierzył się przecież rzymskim kapłanom, że z trumny świątobliwego kapłana i spowiednika w Buenos Aires ukradł krzyżyk z różańca i nosi go stale z sobą jako cenną relikwię. Dlaczego więc pozbawiać Brazylijczyków i Kanadyjczyków radości z kanonizacji ich świętych apostołów? Czasami wydaje mi się, że w naszym papieżu Franciszku odzwierciedla się dramat jego pokolenia, które otrzymało jeszcze klasyczną, by tak powiedzieć, formację w przedsoborowym Kościele, potem w czasach młodości zachłysnęło się soborowymi nadziejami i nowinkami, z których owszem w znacznej mierze wydoroślało, ale nie zdołało jeszcze dokonać ostatecznej syntezy. A zatem, nie ma co się gorszyć czy oburzać, w takich czasach żyjemy i z takiej epoki wyrastamy, wszyscy.

 

W stronę Polaków

Prawdą natomiast jest, że aby rozwiać wszelkie wątpliwości, Franciszek uczynił piękny gest względem polskich czcicieli Jana Pawła II w Rzymie i tydzień po kanonizacji złożył wizytę w polskim kościółku św. Stanisława w Wiecznym Mieście. Wizyta miała charakter symboliczny, jak symboliczne jest zresztą duszpasterstwo Polaków w Rzymie. Inaczej być nie może, skoro polski kościół nie pomieści więcej niż setkę wiernych, a nas Polaków jest w Wiecznym Mieście kilkadziesiąt tysięcy. Stąd z konieczności szukamy przystani we włoskich parafiach albo staczamy się jak owce bez pasterza, w najlepszym wypadku w ramiona papieskiego jałmużnika, który dociera z chlebem i dobrym słowem do najbardziej zaniedbanych polskich tułaczy. Tym razem, w polskim kościele, Franciszek już nie szczędził uśmiechu i rzeczywiście zaskarbił sobie serca Polaków. Pomógł nam w ponownym odczytaniu pontyfikatu Jana Pawła II, pokazując, że mógł on być dla innych skałą i źródłem nadziei pośród najsmutniejszych chwil, bo sam był mocno zakotwiczony w skale, którą jest Bóg. Franciszek wykazał się też głęboką znajomością polskich dziejów. Przyznał, że nasze trudne doświadczenia dziejowe pomagają nam wejść w rozumienie rzeczywistości paschalnej, przejścia od krzyża do chwały zmartwychwstania. Osobne słowo skierował do nas, emigrantów na obczyźnie, zachęcając, byśmy byli pielgrzymami, a nie ludem błądzącym. To piękne i bolesne słowa. Bo pielgrzym zawsze powraca do domu, a z nami, nie wiadomo, jak będzie. Kiedy Franciszek gościł w polskim kościele, dwie ulice dalej zmierzał do Watykanu włoski Marsz dla Życia. W wielu krajach w takich marszach uczestniczą najwyżsi rangą biskupi. Franciszek jako Biskup Rzymu ograniczył się do krótkiego pozdrowienia, jednym zdaniem, na zakończenie południowej modlitwy Regina Coeli. Aborcję zalegalizowano we Włoszech w pierwszych latach pontyfikatu Jana Pawła II. Od tego czasu zabito 5 mln nienarodzonych Włochów. Gdyby pozwolono im się urodzić, w Italii nie byłoby dzisiaj katastrofy demograficznej, a i włoska gospodarka wyglądałaby inaczej, nie odstraszałaby inwestorów jako kraj starców. Papież Polak nie wygrał tej bitwy na włoskiej ziemi, ale ostrzegał przed konsekwencjami kultury śmierci i jego czarne scenariusze się sprawdzają. Italia wymiera. Od kilku lat ożywia się jednak wśród Włochów świadomość potrzeby obrony życia. Coraz trudniej znaleźć lekarza gotowego wziąć udział w aborcji, z roku na rok Marsze dla Życia są coraz liczniejsze. I to jest na pewno najpiękniejszym aktem oktawy po kanonizacji polskiego papieża. Tego on sam by sobie po nas życzył. Oczywiście jego testament nie ogranicza się tylko do obrony życia. Wyjątkowa pod każdym względem kanonizacja Jana Pawła II uświadomiła nam, że nie jest on jednym z wielu świętych, ale papieżem naprawę wielkim. Otwartym niebem i niezliczonymi znakami, świadectwami wysłuchanych modlitw, sam Pan Bóg pokazuje, że nadal można w nim pokładać nadzieję, oprzeć się na jego słowie. Choćby mówiono, że jego nauczanie o rodzinie już się zdezaktualizowało, a jego upór w obronie życia był obsesją. Właśnie po to Kościół ogłasza świętych, abyśmy mogli przy nich pewnie trwać.     

 


 

Homilia Ojca Świętego Franciszka wygłoszona 4 maja podczas Mszy św. w kościele polskim pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Rzymie

„W pierwszym czytaniu usłyszeliśmy głos Piotra, który z mocą głosi zmartwychwstanie Jezusa. A w drugim czytaniu ponownie sam Piotr potwierdza Zmartwychwstanie. Piotr jest mocnym punktem odniesienia wspólnoty, ponieważ opiera się na skale, którą jest Chrystus. Takim był Jan Paweł II – prawdziwa skała zakotwiczona w wielkiej Skale Jezusa. Tydzień po kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II zebraliśmy się w kościele polskim w Rzymie, aby podziękować Panu za dar świętego Biskupa Rzymu, syna waszego narodu. W tym kościele, do którego przybywał [oficjalnie – KAI] ponad osiemdziesiąt razy! Przybywał tutaj zawsze, w różnych okresach swego życia i życia Polski.
W chwilach smutku i przygnębienia, kiedy wszystko wydawało się stracone, on nie tracił nadziei, ponieważ jego wiara i nadzieja były skierowane ku Bogu (por. 1 P 1, 21). W ten sposób był skałą, opoką dla tej wspólnoty, która tutaj się modli, tutaj słucha Słowa Bożego, przygotowuje się do sakramentów i je sprawuje, przyjmuje potrzebujących, śpiewa i raduje się, i stąd wyrusza ponownie na peryferie Rzymu… Bracia i siostry, jesteście częścią narodu, który był bardzo doświadczany w swojej historii. Naród polski dobrze wie, że aby wejść do chwały, trzeba przejść przez mękę i krzyż (por. Łk 24, 26). Św. Jan Paweł II, jako godny syn swej ziemskiej ojczyzny, poszedł tą drogą. Podążał tą drogą w sposób przykładny, przyjmując od Boga całkowite ogołocenie. Dlatego „jego ciało spoczywa w nadziei” (por. Dz 2, 26; Ps 16, 9).
A my? Czy jesteśmy gotowi pójść tą drogą? Wy, drodzy bracia, którzy tworzycie dziś wspólnotę chrześcijańską Polaków w Rzymie, czy chcecie pójść tą drogą?
Św. Piotr także głosem św. Jana Pawła II mówi do was: „W bojaźni Bożej spędzajcie czas swojego pobytu na obczyźnie” (1 P 1, 17). Jesteśmy w drodze, ale nie powinnyśmy być błądzącymi! Jesteśmy pielgrzymami, nie włóczęgami – jak mawiał św. Jan Paweł II.
Dwaj uczniowie z Emaus, gdy wychodzili z Jerozolimy, byli jak błądzący, ale nie wtedy, gdy do niej wracali! W drodze powrotnej byli świadkami nadziei, którą jest Chrystus! Ponieważ spotkali Jego, zmartwychwstałego Wędrowca.
Także my możemy stać się „zmartwychwstałymi wędrowcami”, jeśli Jego Słowo rozpala nasze serca, a Jego Eucharystia otwiera nasze oczy na wiarę i karmi nas nadzieją i miłością. Także my możemy iść u boku braci i sióstr smutnych i zrozpaczonych i rozpalić ich serca Ewangelią, łamać z nimi chleb wspólnoty.
Niech Święty Jan Paweł II pomoże nam być „zmartwychwstałymi wędrowcami”. Amen.

Źródło: KAI

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki