Logo Przewdonik Katolicki

Zanim ochrzcisz - sam uwierz

Ks. Mariusz Pohl
Fot.

Chrzest jest początkiem, fundamentem. Gdy fundament jest źle położony, cała budowla nie może być wzniesiona dobrze i wszystko się wali.

Gdyby wywiad z abp. Stanisławem Gądeckim pt. Uwierzyć w Jezusa („PK” nr 48/2013) miał sam przez się moc sprawczą, to w polskim, a przynajmniej w poznańskim Kościele, powinna dokonać się rewolucja na miarę Dziejów Apostolskich. Padły w tym wywiadzie kluczowe sformułowania i definicje, po przyswojeniu sobie których nic nie powinno pozostać już takie samo jak dotąd. Niestety, tam, gdzie mamy do czynienia z człowiekiem, a co dopiero z wielką zbiorowością ludzi, tam nic nie dzieje się automatycznie. Pozostaje wierzyć, że najbliższe trzy lata przygotowania do rocznicy chrztu Polski i realizacji programu duszpasterskiego przyniosą owoce. Jest to wielkie i ważne zadanie dla Kościoła w Polsce.

 

W centrum duszpasterstwa parafialnego

Na czym polegają i o czym mówią te rewolucyjne i przełomowe stwierdzenia? Zacytuję: „Tym razem akcent położymy na kerygmat, czyli zbawcze przesłanie zawarte w Biblii, zawierające obietnice zbawienia i wzywające człowieka do wiary i przemiany życia w Bogu. Z tym zbawczym przesłaniem nierozdzielnie związana jest ewangelizacja, czyli takie głoszenie kerygmatu, które doprowadza człowieka do podjęcia wyraźnej decyzji wiary i wejścia w osobistą relację z Bogiem we wspólnocie Kościoła”. I dalej: „Zależy nam także na sprowokowaniu w polskich diecezjach dyskusji na temat sposobów i jakości przygotowania rodziców i chrzestnych do chrztu dziecka”.

To chyba pierwsze od dłuższego czasu takie jasne, mocne i odważne wezwanie do przedefiniowania duszpasterstwa parafialnego: jego priorytetów, celów i środków. Nie przypadkiem w centrum tego przedefiniowania znajduje się sakrament chrztu świętego. Czeka nas zatem trudna decyzja, wymagająca odwagi, konsekwencji i poświęcenia, by gruntownie popracować nad dobrym przygotowaniem do chrztu. Czy starczy tej odwagi proboszczom, wikariuszom, radom duszpasterskim i różnym zaangażowanym w życie parafialne środowiskom? Kluczowa będzie postawa i decyzje księży. To na nich spadnie główny ciężar odpowiedzialności i to nie byle jakiej, a za zbawienie powierzonych sobie ludzi.

 

Żywa wiara środowiskiem chrztu

Może więc w obliczu tej odpowiedzialności i związanego z nią lęku, pomocny będzie kolejny cytat, tym razem z ostatniego chronologicznie dokumentu zamykającego Sobór Watykański II: Presbyterorum ordinis – O posłudze i życiu prezbiterów. „Ponieważ nikt nie może się zbawić, jeśli wpierw nie uwierzy, prezbiterzy jako współpracownicy biskupów przede wszystkim mają obowiązek przepowiadania wszystkim Ewangelii Bożej, (…) aby tworzyli i pomnażali Lud Boży. Przez zbawcze słowo rodzi się bowiem wiara w sercach niewierzących, a serca wierzących nim się karmią; dzięki niej powstaje i wzrasta wspólnota wierzących”.

Jeśli więc w ostatnich czasach z niepokojem obserwujemy zahamowanie tego wzrostu, to może właśnie tu znajdziemy diagnozę: brakuje słowa, które by rodziło wiarę, czyli właśnie kerygmatu. Dotąd polegaliśmy na samoistnej, wręcz automatycznej mocy sprawczej sakramentu chrztu. Nawet ukuto specjalny teologiczny termin: ex opere operato, co można przetłumaczyć: na podstawie dokonanej czynności, czyli obiektywnej skuteczności działania sakramentu. Oznacza to, iż sakrament jest skuteczny poprzez sam fakt jego udzielenia, niezależnie od udzielającego sakrament oraz go przyjmującego. Wiara była tu jakby nieobecna, a jeśli nawet była, to raczej jako formalny wymóg do chrztu, jako pewna deklaracja wyznaniowa.

Teraz jednak musimy zrozumieć to zupełnie inaczej. Wiara ma być środowiskiem chrztu, nieodzownym „katalizatorem”, bez którego chrzest nie przyniesie zamierzonego owocu – nie będzie początkiem nowego życia. Zaraz, jak to: przecież dziecko, a właściwie niemowlę, nie jest zdolne do wiary, nawet nie ma świadomości tego, co się właśnie wydarzyło. Oczywiście, ale nie mówimy o wierze dziecka; mówimy o wierze jego rodziców i chrzestnych. To ich aktualna żywa wiara ma tworzyć właściwe środowisko i okoliczność chrztu. Ma być też gwarancją, że dziecko zostanie wychowane po chrześcijańsku, czyli że w odpowiednim późniejszym czasie wiara zostanie mu przekazana. A co jest poręką tego zobowiązania? Tylko jedno: czy w obecnej chwili wiarę tę mają rodzice i chrzestni.

I nie chodzi to tylko o ich formalne kwalifikacje i ewentualną zdolność do przekazania wiary – to można wypracować później. Chodzi o to, czy rodzice mają wyraźną świadomość, że w tej chwili oni sami są na tym etapie, że ich własny chrzest sprzed lat ma owocować wiarą. Mają być potwierdzeniem, że ów proces „uzupełniania” czy „dopełniania” chrztu osobistą wiarą dokonał się w ich własnym życiu. Chrzest dziecka jest dla nich okazją do zobaczenia, że rozumieją, jakie zadanie czeka ich w stosunku do dziecka. Jeśli sami podjęli świadomą decyzję uwierzenia, to znaczy że będą też wiedzieli do czego mają prowadzić swoje dziecko. Jeśli jeszcze sami nie uwierzyli, to jest duże prawdopodobieństwo, że i swojego dziecka nie doprowadzą do decyzji wiary.

 

Wezwanie do nawrócenia

I tu dochodzimy do kwestii kerygmatu. To jest właśnie to, co ma człowieka postawić w sytuacji, w której opowie się za Jezusem, czyli podejmie decyzję, że swoje życie powierza ufnie Jezusowi, jako swemu Panu i Zbawicielowi. Wielu katolików w takiej sytuacji jeszcze nigdy się nie znalazło. Po prostu nie usłyszało takiego pytania, nie ma świa­domości, że trzeba na takie pytanie odpowiedzieć. Zawsze wystarczała deklaracja, że jest się wierzącym. Ta deklaracja wynikała formalnie ze chrztu. Kto jest ochrzczony, to ipso facto jest też wierzący. Chrzest przesądzał o wszystkim, ale także zobowiązywał.

Zwykle oznaczało to chodzenie na religię, przyjęcie Pierwszej Komunii Świętej (drugiej już niekoniecznie), bierzmowanie, ślub kościelny i w miarę regularne spowiadanie się (co najmniej na Wielkanoc) oraz przyjmowanie księdza po kolędzie. To były główne kryteria bycia wierzącym i to wystarczało. Gwarantowało zbawienie. Wskazany i nawet bardzo pożądany był także stan łaski uświęcającej, ale ostatecznie dla niedbałych pozostawał jeszcze czyściec. Na okoliczność śmierci przydawał się bardzo obrazek potwierdzający odprawienie dziewięciu pierwszych piątków i „ostatnie” namaszczenie – to była taka jakby przepustka do zbawienia.

Teraz odkrywamy, że przede wszystkim potrzebny jest osobisty akt uwierzenia, do którego wzywa nas kerygmat. W kerygmacie słyszymy wezwanie do nawrócenia, czyli do radykalnej decyzji oddania się Bogu. Dzięki kerygmatowi poznajemy, kim jest Bóg, jakie są Jego zamiary odnośnie naszego zbawienia. Łatwo chyba – choć przychodzi to z wielkim trudem, możemy też zbadać, czy już uwierzyliśmy, czy też jeszcze nie.

Chrzest własnego dziecka jest doskonałą okazją, by postawić sobie wszystkie te pytania i odpowiedzieć na nie. Kiedyś my zostaliśmy ochrzczeni, podobnie jak teraz nasze dziecko. Kiedyś na chrzcie nasi rodzice zobowiązywali się, że przekażą nam wiarę, podobnie jak my teraz zobowiążemy się w stosunku do naszego dziecka. Ale jeśli mamy to zrobić uczciwie, to musimy zobaczyć i zbadać, czy jesteśmy ludźmi, którzy wierzą. Jeśli odpowiedź nie da nam pozytywnej pewności, to może warto odrobinę odwlec chrzest i najpierw zatroszczyć się o zrealizowanie swoich zobowiązań.

 

Odpowiedzialność wobec Boga i Kościoła

Sakrament chrztu jest świetną sposobnością do intensywnych rekolekcji kerygmatycznych dla rodziców, chrzestnych, a nawet dla dziadków chrzczonego dziecka. Ci ostatni będą mogli przekonać się, jak zrealizowali swoje zobowiązania chrzcielne wobec swoich dzieci, czyli ojca i matki dziecka do chrztu. Rodzice i chrzestni mogą zobaczyć, czym żyją, gdzie w ich życiu jest Chrystus, a jeśli okaże się, że jest dość daleko, mogą zaprosić go do swego życia. Wszak to jest cel i sens kerygmatu. Najlepiej zmobilizować i zaprosić rodziców i chrzestnych na kilka miesięcy przed urodzeniem dziecka. Odpada wtedy trudność związana z koniecznością pielęgnowania noworodka i całym zamieszaniem w domu z malutkim dzieckiem.

Miłość do dziecka i poczucie odpowiedzialności wobec Boga i Kościoła w tym ważnym momencie stanowią bardzo sprzyjającą i mobilizującą okoliczność. Obowiązek udziału w takim przygotowaniu da się jakoś wyegzekwować, chociaż nie można tego sprowadzić tylko do przymusu. Takie przygotowanie musi się samo obronić swoją jakością, treścią, sposobem prowadzenia i zaangażowania księdza czy świeckich współpracowników, np. katechistów. Rodzice nie mogą mieć poczucia straconego czasu, a prowadzący muszą czuć, że realizują tu istotę swego powołania: głosząc słowo Boże, rodzą w sercach ludzi wiarę, która niesie zbawienie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki