Logo Przewdonik Katolicki

Zbieranie ziem ruskich

Maria Przełomiec
Fot.

O przebiegu tego referendum nie ma wielu oficjalnych informacji, bo żadna organizacja międzynarodowa nie wysłała na wybory swoich obserwatorów. Wiele wskazuje jednak na to, że wkroczyliśmy w nową fazę konfliktu na Wschodzie. Dokąd nas on zaprowadzi?

Rosyjscy politycy nie ukrywają satysfakcji. „Zaczęło się zbieranie ruskich ziem” oświadczył z tryumfem lider partii „Sprawiedliwa Rosja” Siergiej Mironow, jakby losy Krymu były już przesądzone.

 

Referendum z czołgami

Wstępne wyniki krymskiego referendum wskazują, że ponad 96 proc. głosujących opowiedziało się za wejściem półwyspu w skład Federacji Rosyjskiej. Przy ponad 80-procentowej frekwencji daje to zdecydowaną większość. Nawet jeżeli przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że część tych głosów została sfałszowana (są przecież potwierdzone przypadki głosowania przez obywateli rosyjskich), to na pewno ponad połowa mieszkańców półwyspu była za. Samozwańczy premier Krymu Siergiej Auksjonow już zapowiedział, że przyłączenie do „matuszki Rassiji” powinno nastąpić w jak najkrótszym czasie. Rosyjska Duma nieco studzi te zapały. Odpowiednia ustawa zmieniająca prawo nie została bowiem jeszcze przyjęta – w tej sytuacji „zbieranie” rosyjskiego Krymu, może zająć nawet trzy miesiące. Może, chociaż oczywiście nie musi, jeżeli procedurę przyspieszyć. Na razie rosyjscy posłowie na pocieszenie zaproponowali, żeby państwowe święto jedności narodowej przenieść z 4 listopada (rocznica wypędzenia Polaków z Kremla w 1612 r.) na 16 marca – dla upamiętnienia krymskiego referendum. O ile będzie co upamiętniać, w samej Rosji pojawiają się bowiem głosy przestrzegające, że cała impreza na dłuższą metę może się Moskwie nie opłacić. Chodzi przede wszystkim o miliardy, które trzeba wpompować w półwysep, bo zgodnie z przedreferendalnymi obietnicami, same pensje i emerytury powinny teraz wzrosnąć dwu, a nawet trzy krotnie.

 

Słowne reakcje Unii

Z bezprecedensową szybkością na wstępne wyniki referendum zareagował Zachód. Pierwszy był Waszyngton, który jeszcze w nocy poinformował, że dawno minęły czasy, gdy świat „milcząco przyglądał się jak jedno państwo zajmowało terytorium drugiego” – Rosja będzie musiała liczyć się z „coraz większym kosztem” swojej wojskowej interwencji na terytorium Ukrainy i pogwałceniem prawa międzynarodowego – przekazał Biały Dom w oświadczeniu. Władze amerykańskie określiły postępowanie Rosji jako „niebezpieczne i destabilizujące”. O sankcjach coraz głośniej mówi także Unia Europejska. Nawet prezydent Francji, budującej dla Kremla okręty wojenne „Mistral”, w końcu w sobotę wydukał, że tak dalej być nie może. W niedzielną noc krymskie referendum skrytykowali wszyscy unijni „święci” od Jose Manuela Barroso poczynając, na Martinie Schultzu kończąc. Inna sprawa, że w gębie Europa zawsze była mocna, gorzej z konkretnymi decyzjami, szczególnie tymi wymagającymi jednomyślności. Tymczasem jak napisał w poniedziałek jeden z polskich komentatorów, Zachód jeżeli zechce może rzucić Rosję na kolana – po pierwsze, odcinając dostęp rosyjskich banków do zachodnich rynków kapitałowych; po drugie, ograniczając import rosyjskiego gazu i ropy, czyli surowców, których sprzedaż daje 60 proc. wpływów do rosyjskiego budżetu. Niestety, szczególnie Unii, nie zawsze „chce się chcieć”. W tej sytuacji, daj Boże, żeby Bruksela zdecydowała się na zapowiadany drugi etap sankcji, czyli zamrożenie kont rosyjskich oligarchów i współpracowników Putina.     

 

Groźby Ameryki

Zdecydowanie większe możliwości mają Stany Zjednoczone, także dlatego, że wymiana handlowa pomiędzy USA i Rosją jest dziesięciokrotnie niższa niż pomiędzy Moskwą a Brukselą. W dodatku Waszyngton dysponuje surowcami energetycznymi. Wystarczy, że po raz kolejny zostaną ruszone strategiczne zapasy ropy (największe od czasu, gdy zaczęto je liczyć) i zniesiony zakaz eksportu surowców, żeby w ciągu paru miesięcy i tak już borykająca się z ekonomicznymi problemami Rosja zaczęła mieć naprawdę poważne kłopoty. Sama zapowiedź uwolnienia części rezerw spowodowała w zeszłym tygodniu spadek ceny ropy o 2 proc. Powtarzam, patrząc chłodno na „zbieranie ruskich ziem”, Kremlowi może się to nie opłacić. Problem w tym, że rosyjski prezydent, jak się wydaje, już dawno przestał patrzeć na chłodno. Władimir Władimirowicz jest wściekły – na Ukrainę za zdradę i niszczenie pięknej rosyjskiej koncepcji Unii Euroazjatyckiej, na podły Zachód za pomoc Kijowowi i

nieuznawanie Rosji za światowe mocarstwo. Więc teraz on im wszystkim pokaże. Cena nie gra roli. No i pokazuje – te bezczelne zapewnienia, że na Krymie nie ma rosyjskich żołnierzy, te kpiny w żywe oczy, gdy przekonuje Merkel czy Obamę, że referendum ma wszelkie podstawy prawne. Te tłumaczenia, że przecież istnieje precedens Kosowa, przy zupełnym pominięciu faktu, że w Kosowie deklaracja niepodległości była zakończeniem długiego, tragicznego procesu i że Albańczycy z Kosowa najpierw padli ofiarą czystek etnicznych i długoletnich prześladowań ze strony Serbów, z którymi żyli w jednym państwie.

Mieszkańców Krymu na szczęście nic takiego nic spotkało. Owszem, półwysep tak jak cała Ukraina znajdował się w nie najlepszej sytuacji gospodarczej, ale żyjących tam Rosjan nikt nie prześladował.

 

Los Tatarów

Jeżeli jakaś grupa mogła mieć pretensje do władz w Kijowie, to raczej krymscy Tatarzy,

niemający cienia szansy na odzyskanie porzuconych w wyniku przymusowej wywózki domów czy ziemi. I latami walczący o zgodę na osiedlanie. Jednak akurat Tatarzy referendum zbojkotowali. Obawiam się zresztą, że to właśnie Tatarzy będą pierwszymi, którzy zapłacą za wściekłość rosyjskiego prezydenta. Oni oraz ukraińska ludność Krymu. Prześladowania już się zaczęły. W poniedziałek tatarskie media doniosły o znalezieniu zwłok zamordowanego ziomka, z ustami zaklejonymi taśmą i śladami pobicia. W niedzielę w tajemniczych okolicznościach zaginęło czterech greckokatolickich kapłanów. Wygląda na to, że na Krym rzeczywiście zaczął wracać „ruski mir”. A to może być dopiero początek problemów, dodatkowo pogłębianych przez problemy gospodarcze, sprzyjające etnicznym waśniom. Trudno bowiem sobie w tej chwili wyobrazić udany sezon turystyczny, na żyjącym przecież w znacznej mierze z przyjezdnych gości, półwyspie. Wszechobecne „zielone ludziki” z kałasznikowami za swój pobyt raczej nie zapłacą, chyba że Moskwa natychmiast wrzuci w Krym obiecane miliardy. Pytanie tylko, na jak długo sponsorowi wystarczy?

 

Zapłaci nie tylko Krym

W tej sytuacji szybko może przyjść rozczarowanie.     Ale zapłaci najprawdopodobniej nie tylko Krym. Inną kwestią, którą już poruszałam na łamach „Przewodnika” jest efekt bumerangu. Nawet rosyjskie media zaczęły powoli zauważać satysfakcję, z jaką rosyjsko-ukraińskiej awanturze przyglądają się Chiny. Pekin z radością będzie kupował od wyrzucanej z zachodnich rynków Rosji tanie surowce energetyczne, chociaż ciągle jeszcze Federację z państwem Środka łączy stosunkowo mało rurociągów. A po kilku latach, kto wie, czy Pekin nie zażąda zorganizowania referendum w Chabarowskim Kraju? Oblicza się, że już teraz mieszka tam więcej Chińczyków niż Rosjan na Krymie. W tej sytuacji właściwie najbardziej racjonalne byłoby, odtrąbienie przez Kreml triumfu z powodu niedzielnego referendum i … nieprzyłączenie Krymu. Poszerzenie autonomii proponował Symferopolowi Kijów, więc tu nie byłoby sprzeciwu. Zachód po wycofaniu rosyjskich wojsk też straciłby wyraźny powód do sankcji, z czego na pewno skwapliwie skorzystałaby przede wszystkim Europa. Wszystko wróciłoby do jakiejś kulawej normy, a Putin specjalnie nie niepokojony mógłby dalej po cichu destabilizować sytuację w sąsiednim państwie. Niewykluczone zresztą, że destabilizacja nie byłaby potrzebna. Na Ukrainie rosyjski prezydent, moim zdaniem, ma potencjalnego sojusznika, czyli wypuszczoną z więzienia Julię Tymoszenko. Ukochana przez zachodnich polityków była premier mogłaby stać się wspaniałą kremlowską „wunderwaffe”. Jak przyznaje sam Putin, zawsze jakoś udawało mu się z ukraińską polityk dogadywać. A przecież teraz władzę w Kijowie sprawują jej ludzie. Pełniący obowiązki prezydenta Aleksander Turczynow był przez lata najbliższym współpracownikiem Tymoszenko, premier Arsenij Jaceniuk kieruje jej partią, czyli Batkiwszczyną.

 

O jeden krok za daleko

 Problem w tym, że Kreml w sprawie Krymu poszedł trochę za daleko. Odtrąbiony przez Moskwę triumf był zbyt głośny. Oszaleli z radości z powodu powrotu do „macierzy” rosyjscy mieszkańcy Krymu mogliby takiej rezygnacji nie zrozumieć, podobnie jak cieszący się z powrotu „prorosyjskich ziem” rosyjscy wyborcy, zmuszani w imię „zbierania ruskich ziem” do coraz mocniejszego zaciskania pasa. Przy braku chleba nie można ryzykować przerywania igrzysk. Tyle tylko, że jeżeli rzeczywiście Rosja powie „A”, czyli przyłączy półwysep, będzie musiała także powiedzieć „B”. Krym w wodę, ropę, gaz i elektryczność zaopatrywany jest z lądu, czyli z Ukrainy Południowo-Wschodniej. Morzem tego wszystkiego przywieźć się nie da. Żeby dostarczyć wyżej wymienione dobra na półwysep, Moskwie potrzebna będzie część kontynentalnej Ukrainy. W ostatni weekend były podejmowane próby powtórzenia w Doniecku, Charkowie i Ługańsku krymskiego scenariusza. Zwolennicy Rosji próbowali w tych miastach po raz kolejny opanować budynki administracyjne, nawoływali do organizowania referendum. Próby, z powodu stanowczych działań władz, się nie powiodły. Szturmujących było zbyt mało, najprawdopodobniej także dlatego, że jak poinformował sekretarz ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Andrij Parubij, ukraińskie wojsko zapobiegło przejściu przez granicę kilku tysięcy rosyjskich obywateli. Wszystko to zdaje się potwierdzać determinację rosyjskiego prezydenta. Putin wściekły, a jednocześnie za wszelką cenę starający się utrzymać przy władzy (eksperci są zgodni, że zwycięstwo demokracji na Ukrainie i udanie przeprowadzone reformy byłyby dla obecnego gospodarza Kremla śmiertelnym zagrożeniem), Putin w dodatku przekonany o bezsilności Zachodu, jest gotów na bardzo duże ryzyko. Obawiam się, że już dawno nie byliśmy tak blisko wojny. Problem polega na tym, że jeżeli Rosji się nie powstrzyma, ryzyko wcale nie zmaleje. Odwrotnie, wzrośnie.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki