Logo Przewdonik Katolicki

Franciszek z watykańskiej perspektywy

Krzysztof Bronk
Fot.

13 marca mija rok od wyboru papieża Franciszka. Czas na podsumowanie i pierwsze oceny. I próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie: w czym tkwi fenomen popularności papieża z końca świata?

13 marca mija rok od wyboru papieża Franciszka. Czas na podsumowanie i pierwsze oceny. I próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie: w czym tkwi fenomen popularności papieża „z końca świata”?

W Watykanie pierwszym, najbardziej oczywistym znakiem pontyfikatu papieża Franciszka jest pusty Pałac Apostolski. Zwłaszcza dla tego, kto pamięta czasy poprzednich pontyfikatów, gdy zapalone światło w prywatnej bibliotece papieża oznajmiało Miastu i światu, że „Piotr jest tu”. Tym bardziej że za pontyfikatu Pawła VI do prywatnej kaplicy w papieskich apartamentach sprowadzono cząstkę relikwii św. Piotra. Teraz Pałac Apostolski niczym kikut góruje bezprawnie nad placem św. Piotra. Odkąd nie ma w nim papieża, jego wielkość i majestat są nie na miejscu. Choć opustoszał Pałac Apostolski, to jednak zapełnił się plac św. Piotra. I zapełnia się zawsze, ilekroć przybywa nań papież. To budzi powszechny entuzjazm. Okazuje się, że przesłanie Franciszka, za pośrednictwem jego słów i gestów, dociera do świata. Ludzie chcą go słuchać, widzieć, a nawet dotykać. Dla niego przyjeżdżają do Rzymu.

 

Popularność papieża

Dla wielu hierarchów popularność Franciszka jest zagadką. Przecież i oni bywają pokorni, radośni, otwarci, swojscy, a jednak nie gromadzą takich tłumów. Nie gromadził ich również Jorge Bergoglio, dopóki nie został papieżem. Popularności Franciszka nie da się wytłumaczyć bez tego szczególnego charyzmatu, który przynależy jedynie następcom Piotra. Miał go każdy z jego poprzedników. Benedykt XVI, gdy gromadził wokół siebie młodych na Światowych Dniach Młodzieży, gdy przekonał do siebie wrogą Wielką Brytanię czy podbił serca ateistycznych ponoć Czechów. Jak piorunująco działał ten charyzmat za czasów Jana Pawła II, nie trzeba przypominać. Wystarczy wspomnieć niekończącą się rzekę wiernych, którzy nawet po jego śmierci chcieli choć na chwilę doświadczyć jego bliskości. Papież Polak oddziaływał na świat nie mniej silnie niż Franciszek, choć na pewno miał więcej wrogów. Obok zachęty do wyzbycia się lęku przed Chrystusem zbyt głośno mówił bowiem prawdy niepopularne o komunizmie, kulturze śmierci czy ułudzie konsumpcji. Oczywiście również Franciszek jest, jak sam dobitnie podkreśla, synem Kościoła. Jego nauczania nie zmieni ani o jotę, ale nie ma „obsesji” na punkcie rodziny czy życia. I rozumieją to nawet odwieczni wrogowie Kościoła, biorąc to zapewne za dobrą monetę, jakby papież tak musiał przynajmniej na początku zachowywać pozory. Bo nie polemizują z jego wystąpieniami w obronie życia i rodziny, nie nagłaśniają jego „wpadek”, niekonsekwencji, jakby postanowili sobie, że sami zadbają o dobry wizerunek Franciszka, bo po tym papieżu wiele się jeszcze można spodziewać. Sami jeszcze nie wiedzą, jak bardzo są w błędzie.

 

Jest wymagający

Szczególny geniusz Franciszka najlepiej, jak mi się wydaje, opisał ostatnio kard. Vincent Nichols, katolicki arcybiskup Londynu. W rozmowie z Radiem Watykańskim zauważył, że Franciszek bardzo jasno, bez niedomówień prezentuje wymagania Ewangelii, pełnię człowieczeństwa. Przyznaje jednak, że jesteśmy grzesznikami i na co dzień nie dorastamy do tego ideału. Dodaje przy tym od razu, że między ideałem Ewangelii i grzeszną rzeczywistością naszego życia nie ma przepaści rozpaczy, lecz miłosierdzie Boga, które pozwala nam zachować pokój ducha i dalej iść naprzód. Kard. Nicholsowi dość trafnie udało się w tych paru słowach nakreślić całościowy obraz Franciszka, bez uproszczeń. W powszechnym odbiorze dominuje zazwyczaj jedynie jeden aspekt obecnego pontyfikatu: miłosierdzie. Ale ten papież jest też niezwykle wymagający, niekiedy wręcz okrutny. Tytułem przykładu: Kto przychodzi na Mszę bez poczucia winy i świadomości, że jest grzesznikiem, niech lepiej zostanie w domu – mówił ostatnio na jednej z katechez. Powszechna popularność Franciszka może też być pokusą. Aby też ją zdobyć lub zachować za wszelką cenę. W tej perspektywie spoglądałem na niedawny konsystorz. Miał on dotyczyć duszpasterstwa rodzin i być wprowadzeniem do dwóch synodów biskupów o tej samej tematyce. Obrady toczyły się za zamkniętymi drzwiami, ale kardynałowie nie byli zobowiązani do tajemnicy. Dość szybko dowiedzieliśmy, o czym była mowa. Jako pierwszy ujawnił to kard. Ricard z Bordeaux, który po pierwszym dniu obrad przyznał, że w zasadzie wszystkie wystąpienia kardynałów dotyczyły w mniejszym lub większym stopniu problemu rozwodników. Następnego dnia już całkiem otwarcie w wywiadzie dla Radia Watykańskiego potwierdził to, nie bez subtelnej krytyki pod adresem kardynalskiej braci, arcybiskup Lyonu kard. Philippe Barbarin. W jego odbiorze 80 czy 90 proc. wszystkich wystąpień dotyczyło rozwodników żyjących w nowym związku. Tak że w istocie konsystorz zajmował się tylko tą kwestią. Praktycznie nie było innych tematów – podkreślił francuski purpurat, dodając, że o wielomilionowych manifestacjach w obronie rodziny, jakie odbywały się we Francji, nie wspomniano ani słowem. Sytuacja rozwodników żyjących w związku niesakramentalnym jest jednym z wielu problemów współczesnych rodzin, ale na pewno nie największym. Zakaz przyjmowania przez takie osoby Komunii św. jest na pewno bolesny, ale współczesne rodziny borykają się dziś z o wiele większymi problemami i cierpieniami. Z punktu widzenia rodzin to na pewno nie jest priorytet i sam Franciszek nie życzył sobie, by ta kwestia zdominowała obrady. Powiedział to francuskim biskupom. Jest jednak prawdą, że nauczanie Kościoła o nierozerwalności małżeństwa nie przysparza Kościołowi popularności. Wydaje się ono niewyrozumiałe, niemiłosierne, okrutne. Czy kardynałowie postanowili zająć się wyłącznie tą kwestią, by złagodzić publiczny wizerunek Kościoła, dostosować go do miłosiernego pontyfikatu Franciszka? Nie wiem. Wolę poprzestać na stwierdzeniu, że ich wybór jest dla mnie niezrozumiały i bolesny.

 

Nie zabiega o sławę

W każdym razie umiejętne naśladowanie papieża Franciszka nie jest takie proste. Wymaga wielkiej duchowej wirtuozerii i wystrzegania się uproszczeń. Wyłącznie fasadowe dostosowanie się do nowych trendów kończy się w najlepszym wypadku żałosną karykaturą. Za pontyfikatu Jana Pawła II niemal demonicznym tego przykładem była postać ks. Maciela, założyciela Legionistów Chrystusa. Niby doskonale, aż zbyt dokładnie współbrzmiała jego duchowość z nauczaniem papieża Polaka, a potem się okazało, że to była tylko fasada, za którą ukrywało się podwójne życie i wyuzdane plugastwo. Karykaturą pontyfikatu Benedykta XVI byli pseudotradycjonaliści, którzy liturgię, na której tak bardzo zależało papieżowi, sprowadzili do czystego rytualizmu i narcystycznego zamiłowania do wytwornych strojów. Karykaturalne naśladownictwo papieża nie ominie na pewno i tego pontyfikatu. Co więcej, sądzę, że będzie ono jeszcze bardziej rażące. Bo we Franciszku nie ma pogoni za sławą i popularnością. Jego pokora nie jest służalczością. Wychodząc do ludzi, zawsze jest wśród nich pasterzem, a nigdy kumplem. Nie robi z siebie gwiazdy, ale zawsze wskazuje na Chrystusa. Podejmując się Piotrowej posługi, Franciszek zapowiedział, że chce w Kościele zrobić raban, sprawić, by był bardzo misyjny. Te transformacje objęły też sam Watykan. Przemiany przebiegają równolegle na kilku szczeblach. Po pierwsze, Franciszek chce naprawić złą reputację administracji watykańskiej. Na wszystkie instytucje nasłał zewnętrzne kontrole. Ustanowił Sekretariat ds. Ekonomicznych, a na jego czele postawił kardynała z najbardziej oddalonego od Watykanu i Włoch miejsca, dosłownie z Antypodów, kard. Georga Pella z Sydney. W najbliższych dniach Franciszek zadecyduje też o losach Banku Watykańskiego (IOR). Cel jest jasny, administracja watykańska już nigdy nie może być źródłem zgorszenia.

 

Trudne sprawy

Osobną kwestią jest lobby homoseksualne w Watykanie. Franciszek na samym początku pontyfikatu przyznał, że został poinformowany o istnieniu takiego lobby, ale sam się o jego istnieniu jeszcze nie przekonał. Jak wyznał w samolocie w drodze powrotnej z Brazylii do Rzymu, nikt nie ma wpisane w dowodzie, że jest gejem. Jeśli homoseksualne lobby w Watykanie rzeczywiście istnieje, to miało oczywiście wszelkie powody, by nienawidzić Benedykta XVI i mu szkodzić. To on ostatecznie zamknął homoseksualistom drogę do kapłaństwa. Franciszek natomiast ogłosił swoistą deklarację o nieagresji. Jeśli gej chce służyć Bogu, to kimże ja jestem, by go sądzić – oświadczył papież podczas wspomnianej już konferencji prasowej, zastrzegając jednocześnie, że czym innym jest lobbowanie, i tego tolerować nie będzie. Watykan czekają też poważne zmiany strukturalne, aby jak zapowiedział papież, lepiej służył biskupowi Rzymu i Kościołom lokalnym. Czeka nas głęboka reorganizacja Kurii Rzymskiej. Pracuje nad tym rada ośmiu kardynałów, przygotowując dla Franciszka projekty zmian. Jednakże zmiany strukturalne, choć niekiedy nieodzowne, nie przemienią od razu Watykanu na lepsze. W tym zakresie o wiele więcej robi samo świadectwo Franciszka oraz tzw. święta bezczelność. To ona skłoniła kiedyś papieża do spacerów po watykańskich garażach. Poskutkowało. Od tej pory największe wzięcie wśród szefów watykańskich dykasterii ma skromny Ford Focus.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki