Logo Przewdonik Katolicki

O co walczy Ukraina?

Maria Przełomiec
Fot.

Choć od słynnego szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie mijają już trzy tygodnie, Ukraina nie przestaje być jedną, wielką niewiadomą. Protesty trwają i nadal nie wiemy, czym się skończą.

Sytuacja w Kijowie jest coraz bardziej napięta. W niedzielę wieczorem ku niemałej satysfakcji licznych kijowian i oburzeniu komunistów oraz przedstawicieli władz, runął stojący w centrum stolicy pomnik Lenina, a premier Azarow porównał to zdarzenie z wysadzeniem w powietrze przez Talików starożytnych posagów Buddy. Praktycznie zablokowana jest przez barykady dzielnica rządowa. W takich warunkach nietrudno o prowokację, tym bardziej że opozycja nie panuje nad sytuacją tak dobrze jak 9 lat temu, w czasie tzw. pomarańczowej rewolucji.

 

Polityczne wrzenie

Po pierwsze, teraz opozycja nie ma jednego wyraźnego lidera, a po drugie nie cieszy się już takim jak wówczas zaufaniem społeczeństwa. Ukraińcy dlatego m.in. chcą eurointegracji, że jak przekonują, jedynie wprowadzenie zachodnich standardów może wymusić zmiany w postępowaniu ich własnej klasy politycznej. Na razie jednak widzimy, że prezydent Janukowycz nieoczekiwanie spotkał się w Soczi z Władimirem Putinem, ale nie wiadomo o czym rozmawiali. Ukraińska opozycja domaga się dymisji premiera Azarowa, ale nikt nie wie, łącznie z nią samą, jak to osiągnąć – wotum nieufności zostało przez parlament odrzucone, a Wiktor Janukowycz w tej sprawie ustąpić na razie nie zamierza. Opozycyjne ugrupowania mogłyby same doprowadzić do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Wystarczy, że 150 posłów złoży mandaty. Swego czasu wykorzystała ten przepis Julia Tymoszenko, wymuszając rozwiązanie Rady Najwyższej. Tymoszenko potrafiła jednak zmusić posłów swego klubu do posłuszeństwa, obecni opozycyjni liderzy widać nie są swoich deputowanych tak pewni, by zaryzykować rozstrzygające decyzje. Wszyscy więc czekają. Prezydent Ukrainy czeka na to, że demonstracje w końcu same się wypalą (za chwilę Boże Narodzenie i Nowy Rok, może więc ludziom co innego będzie w głowie), opozycja liczy na to, że protesty się zaostrzą i że coraz liczniejsi euroentuzjaści zmuszą władze do ustępstw. Rosja czeka na wejście Ukrainy do swojej Unii Celnej, obiecując za to pomoc oraz tani gaz, a Europa wysyła kolejnych polityków, którzy mówią o wartościach i deklarując wsparcie dla europejskich dążeń czekają na decyzję Kijowa w sprawie umowy stowarzyszeniowej. W tym tygodniu na Ukrainę wybiera się szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Największy dystans zachowuje Waszyngton. Prezydent Obama bąknął tylko, że pokojowe demonstracje trudno uznać za zamach na władze, a Departament Stanu ogranicza się na razie do wezwań, by Unia Europejska zniosła wizy dla obywateli Ukrainy. Wygląda na to, że wobec zamieszania z Syrią i Iranem amerykańskie władze nie chcą, z powodu dalekiej Ukrainy, dodatkowo psuć i tak już nie najlepszych stosunków z Kremlem.

 

Gospodarka, głupcze

W tym wszystkim pewne jest jedno – władze w Kijowie dramatycznie potrzebują pieniędzy. Ukraińska gospodarka znajduje się na progu recesji. W trzecim kwartale tego roku po raz pierwszy od kryzysu 2009 r. odnotowano ujemny wzrost gospodarczy -1,3 proc. Dane za czwarty kwartał będą najprawdopodobniej jeszcze gorsze. Rosną ukraińskie zaległości za rosyjski gaz. Tymczasem Wiktora Janukowycza za półtora roku czekają wybory prezydenckie. Fundusze będą potrzebne nie tylko na kampanię, ale i na to, by zapobiec zbytniemu spadkowi poziomu życia elektoratu. Co prawda Ukraina o 20 proc. obniżyła zużycie błękitnego paliwa i zaczęła sprowadzać spoza Rosji tańszy surowiec, ale to ciągle jeszcze mało. Gdyby do tego wszystkiego doszło nawet częściowe zamknięcie rosyjskiego rynku dla ukraińskich towarów, sytuacja głowy ukraińskiego państwa byłaby nie do pozazdroszczenia.

Co prawda ekonomiści dowodzą, że na dłuższą metę zbliżenie do Unii opłaci się Kijowowi, także ekonomiczne, ale na to trzeba będzie poczekać parę lat, tymczasem Janukowyczowi pieniądze są potrzebne tu i teraz.

 

Przestroga Tymoszenko

 Przegrane wybory grożą bowiem pójściem w ślady uwięzionej poprzedniczki, czyli byłej premier Julii Tymoszenko. Dlatego mimo niepewnej sytuacji wewnętrznej Wiktor Janukowycz udał się w zeszłym tygodniu z trzydniową wizytą do Chin. Prasa pisała, że jechał z nadzieją na uzyskanie 16 mld dol. inwestycyjnych kredytów. Dostał połowę i musiał wysłuchać niezbyt miłych uwag rzecznika prasowego chińskiego MSZ, który pouczył ukraińskiego prezydenta, iż należy dbać o stabilność państwa. Dla niestabilnych nikt pieniędzy ryzykować nie będzie. Chyba że Rosja, płacąc za posłuszeństwo. Stąd mające miejsce w drodze powrotnej z Chin nieoczekiwane lądowanie w Soczi i spotkanie z Władimirem Putinem. Wiemy o nim równie mało jak o tajemniczej wizycie Janukowycza w Moskwie złożonej niemal w przeddzień wileńskiego szczytu Partnerstwa Wschodniego. Zdaniem części komentatorów to właśnie ona przesądziła o zerwaniu przez Kijów negocjacji stowarzyszeniowych z UE. Podobnie jak w listopadzie i tym razem po rozmowach w Soczi został wydany jedynie lakoniczny komunikat – dyskutowano o dwustronnej współpracy. Tyle że tego samego dnia wieczorem brytyjski dziennikarz, znawca Europy Środkowo-Wschodniej Eduard Lucas opublikował na Twitterze informację, iż w zamian za 12 mld dol. kredytu oraz tańszy gaz i preferencję dla związanych z rodziną prezydenta firm Janukowycz zgodził się na przystąpienie Ukrainy do Unii Celnej Białorusi, Rosji i Kazachstanu. Na Ukrainie i nie tylko, zawrzało. Obie zainteresowane strony złożyły natychmiastowe dementi. Jaka jest prawda, nie wiemy i raczej nie dowiemy się przez najbliższy rok. Niewykluczone, że szef ukraińskiego państwa dał rosyjskiemu prezydentowi jakieś wiążące obietnice, ale ujawnienie ich przed wyborami oznaczałoby samobójstwo. Do 2015 r. nie zostało zresztą tak dużo czasu, a Kreml udowodnił, że umie być cierpliwy. Na obecną chwilę ukraińskiego triumfu czekał od 2004 roku.

 

 Co zrobi opozycja?

Dziewięć lat temu podczas Pomarańczowej Rewolucji sytuacja była jasna. Ludzie protestowali przeciwko sfałszowanym wyborom, konkretnym celem było doprowadzenie do ich uczciwej powtórki, która gwarantowała wygraną Wiktorowi Juszczence. Na czele ówczesnego Majdanu stała charyzmatyczna Julia Tymoszenko. Teraz jest inaczej. Celem obecnych demonstracji na początku wcale nie było usunięcie władz, ale wymuszenie na nich podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Co więcej, demonstrujący zdecydowanie nie życzyli sobie obecności na swoich wiecach polityków. Zmieniło się to dopiero po pacyfikacji Majdanu, niemniej tak jasno określonego jak w 2004 r. celu brak. Brak także jednego politycznego lidera. Na Majdanie stoją obok siebie przewodniczący ugrupowania „Batkiwszczyna” – były szef parlamentu Arsenij Jaceniuk, przywódca nacjonalistycznej „Swobody” Oleh Tiahnybok oraz najbardziej charyzmatyczny z tej trójki – były bokser i szef partii Udar Witalij Kłyczko (na tego ostatniego zaczęła zresztą stawiać Unia Europejska, a ściślej jej najmocniejszy element, czyli kanclerz Niemiec Angela Merkel). Być może w braku konkretnie wyznaczonego celu tkwi przyczyna, że ostatnie demonstracje były nieco mniej liczne niż te sprzed tygodnia. Próbuje temu zaradzić opozycja, która w niedzielę postawiła Janukowyczowi ultimatum – prezydent ma w ciągu 48 godzin zdymisjonować premiera Azarowa. To jest jasny, konkretny cel. Pytanie tylko, co zrobią opozycjoniści, jeżeli prezydent ich postulatu nie spełni? Jedyne, co im pozostaje, to wspomniana już próba rozwiązania parlamentu poprzez złożenie mandatów. Chyba że w Kijowie znowu doszłoby do pacyfikacji. Powód w zasadzie jest – do poniedziałku opozycja ma opuścić zajęty budynek Rady Miasta Kijowa. Tyle tylko, że tym razem już nikt nie uwierzy, iż prezydent nie wiedział o planach siłowego rozgonienia euromajdanów.

 

Rosja na horyzoncie

Takich zmian na pewno nie gwarantuje Rosja. Odwrotnie, kierunek na Wschód to spetryfikowanie wszystkich najgorszych nawyków obecnych rządzących. Zdają sobie z tego sprawę protestujący na ukraińskich euromajdanach. To dzięki nim ciągle jeszcze nie można mówić o pełnym rosyjskim sukcesie. A o tym, że walka o Ukrainę ciągle trwa świadczy chociażby intensywne włączenie się w nią rosyjskich mediów elektronicznych. Państwowa telewizja powtarza doniesienia o opłacanych przez Zachód specjalnie szkolonych bojówkarzach terroryzujących kijowską ulicę. Co pewien czas mamy dodatkowo wystąpienia tzw. pożytecznych idiotów, czyli prorosyjskich ekspertów z różnych krajów (w Polsce rolę tę pełni pewien były poseł Samoobrony). Do tego dochodzą ekonomiści, wyliczający jak bardzo Ukraina straci ekonomicznie na zbliżeniu do Unii, a ile zyska, przystępując do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu.

Od niedawna w rosyjskich mediach pojawił się nowy wątek – groźba rozpadu ukraińskiego państwa. Chętnie szafuje nią były szef administracji prezydenta Kuczmy Wiktor Medwedczuk. Kum Putina, który jest ojcem chrzestnym jego córki, przestrzega przed podziałem na prounijną Ukrainę Zachodnią i prorosyjski Południowy Wschód z Krymem włącznie. Czy Rosja mogłaby sprowokować podobny scenariusz? Nie można tego wykluczyć, tym bardziej że udowodniłby on prawdziwość putinowskich prognoz dotyczących kruchości ukraińskiego państwa. Prócz gróźb i propagandy mamy kremlowskie zachęty. Nie tylko w postaci wspomnianego wyżej kredytu, ale i korzystnych umów gospodarczych dla części ukraińskich oligarchów, w tym tych związanych blisko z rodziną Janukowycza. Chodzi o nowy kontrakt pomiędzy Gazpromem oraz ukraińskimi prywatnymi firmami należącymi do Dmytro Firtasza, Serhija Kurczenki i Ihora Bakaja, bliskiego przyjaciela syna ukraińskiego prezydenta. Umowa miałaby dotyczyć dostaw 10 mld metrów sześciennych gazu po cenie 210-220 dolarów za tysiąc metrów sześciennych (obecnie Ukraina płaci 410 dol.). W obliczu wspomnianych już wyborów prezydenckich oferta nie do pogardzenia.

 

Bezradna Unia?

Ostatni tydzień był korowodem kolejnych europejskich polityków pojawiających się na kijowskim Majdanie. Wszyscy mówią o wartościach i zachęcają do eurointegracji. Gorzej z konkretami, Unia nie tylko nie zadeklarowała Kijowowi przed wileńskim szczytem konkretnej pomocy finansowej. Nie zdecydowała się nawet na pośredniczenie w negocjacjach z MFW, który w zamian za kolejną transzę kredytu żądał drastycznego podwyższenia cen energii na wewnątrz ukraińskim rynku. Postulat słuszny, tyle że dla Janukowycza wobec zbliżających się wyborów kompletnie nie do przyjęcia. Z unijnymi wartościami też zresztą są pewne problemy. Decyzja niemieckiego prezydenta o bojkocie olimpiady zimowej w Soczi, została na Zachodzie skomentowana jako obrona homoseksualistów, a ściślej protest przeciwko rosyjskiej ustawie zabraniającej homoseksualnej propagandy w szkołach i wśród nieletnich. W rosyjskim internecie już pojawiły się komentarze złośliwie wytykające Ukraińcom po jakie to wartości spieszą do unijnej „gayointegracji”. Istotnie, gdyby wierzyć europejskim komentarzom, prezydent Gauck odmawia obecności w Soczi, nie dlatego, że rosyjskie władze łamią prawa człowieka i wszelkimi sposobami próbują podporządkować sobie sąsiednie kraje, ale z powodu dyskryminacji homoseksualistów. Trudno o bardziej samobójcze dla UE argumenty.

 

 Quo vadis Ukraino?

 Wszystko na Ukrainie jest w tej chwili jedną, wielką niewiadomą. Wygląda na to, że żadna ze stron konfliktu nie dysponuje rozstrzygającą przewagą, a nastroje ulicy zaczynają się radykalizować. W tej sytuacji najbardziej rozsądne wydawałoby się rozpoczęcie rozmów między władzą a opozycją. Rodzaj ukraińskiego okrągłego stołu, przy którym politycy spokojnie zastanowiliby się nad wyjściem z rzeczywiście bardzo trudnej sytuacji. Jeżeliby do tego doszło, Zachód powinien zrobić wszystko, by wesprzeć Ukrainę w walce z gospodarczym kryzysem i pomóc zniwelować ewentualne rosyjskich sankcji ekonomiczne. Oczywiście w zamian za rzeczywiste, a nie udawane reformy. Niestety w tej chwili bardziej prawdopodobne wydaje się zbliżenie oficjalnego Kijowa z Rosją. Na dłuższą metę nie opłaci się ono ani ukraińskim władzom ani samej Rosji. Jak bowiem pisze znany ukraiński komentator Witalij Portnikow, pieniądze z rosyjskiej pomocy zostaną tradycyjnie rozkradzione – częściowo w Moskwie, a częściowo w Kijowie, a zwykli Ukraińcy odpowiedzialnością za pogarszającą się sytuację, ekonomiczna zaczną obarczać rosyjskiego Wielkiego Brata. Tyle tylko, że to potrwa i Unia na razie będzie musiała pożegnać się z ideą przyciągania Ukrainy.

 W tej sytuacji amerykański pomysł zniesienia wizy dla Ukraińców wcale nie jest taki zły. To oraz intensywna pomoc w tworzeniu obywatelskiego społeczeństwa, które jak dowodzą wydarzenia ostatnich tygodni stało się najmocniejszym atutem obecnej Ukrainy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki