Logo Przewdonik Katolicki

Pozytywista z duszą romantyka

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

z Mileną Kindziuk, dziennikarką, autorką monografii Kardynał Józef Glemp. Ostatni taki prymas rozmawia Łukasz Kaźmierczak.

 

z Mileną Kindziuk, dziennikarką, autorką monografii Kardynał Józef Glemp. Ostatni taki prymas rozmawia Łukasz Kaźmierczak.
 

Musiała Pani napisać tę książkę?
– Tak, bez wątpienia. Jako dziennikarka przeprowadziłam wiele wywiadów z kardynałem Glempem. Im więcej ich było, im lepiej go poznawałam, tym bardziej widziałam, jak wiele rzeczy ma do przekazania. Czas jego prymasostwa to przecież bardzo ważny okres w historii Kościoła. I tutaj pojawia się pewien paradoks: Prymas był człowiekiem bardzo otwartym i niezwykle serdecznym, ale jednocześnie niezabiegającym o poklask i ludzkie względy.
I dopiero kiedy zaczynało się z nim rozmawiać głębiej, można było poznać prawdziwe dno niektórych wydarzeń. Ja zaś chciałam go „dopytać” o wiele rzeczy.
 
Tym bardziej że pisała Pani biografię ks. Popiełuszki.
– To był jeden z pierwotnych motywów, którymi się kierowałam: chciałam porozmawiać bezpośrednio z Księdzem Prymasem na temat ich wzajemnych relacji. A kiedy już wysłuchałam opowieści kard. Glempa, zrozumiałam, że ta sprawa wygląda zupełnie inaczej, niż przedstawiają ją media czy różne obiegowe opinie. I tak właściwie było z każdą kolejną rzeczą, o która pytałam.
 
Ksiądz Prymas zgodził się od razu?
– Nie było łatwo znaleźć czas, ale zgodził się na rozmowy i na pomoc w tworzeniu książki. Podziwiałam, że zawsze udzielał niezbędnych konsultacji, udostępniał materiały i zdjęcia archiwalne. Nigdy też niczego nie narzucał, nie cenzurował, nie wykreślał krytycznych wypowiedzi pod swoim adresem, jakie niekiedy padają w książce.
 
Poznała Pani wówczas „innego” Prymasa?
– Potwierdziły się moje wcześniejsze obserwacje, że kard. Glemp jest osobą zupełnie inną, niż mogłoby się to niekiedy z zewnątrz wydawać: bardzo ciepłym, serdecznym, pełnym humoru człowiekiem „z krwi i kości”.

 

To prawda, ja np. dopiero po lekturze Ostatniego takiego prymasa uświadomiłem sobie, jak ciężko pracował fizycznie w młodości.
– I nigdy się tego faktu nie wstydził. Mówił bardzo otwarcie: o swoim pochodzeniu i o  wielkiej biedzie, w jakiej spędził dzieciństwo. Poznał, co to jest prawdziwy głód i ciężka praca – zwłaszcza wtedy, kiedy pracował „u Niemca”, otrzymując za to jeden posiłek dziennie. Wiedział, co to jest prawdziwe życie. A przy tym miał ogromny sentyment do swoich rodzinnych stron – zawsze mówił: „My, Kujawianie”, „Mój Inowrocław”, „Moje Rycerzewo”. Przed śmiercią chciał jeszcze raz tam pojechać i tradycyjnie, 18 grudnia, spędzić swoje urodziny w Inowrocławiu. Niestety, lekarze już mu na to nie pozwolili, bo był już wtedy bardzo słaby.
 
W książce pyta Pani Księdza Prymasa o to, czy lubi swoje imię. Kardynał odpowiada: „Imponuje mi prostota życia św. Józefa: jego pokora, ufność, poddanie się woli. On nigdy nie kombinował, tylko starał się słuchać tego, co mówi Pan Bóg”. Zupełnie tak, jakby opisywał samego siebie…
–Rzeczywiście, Ksiądz Prymas uosabiał św. Józefa w jego postawie pokornej, cichej, zasłuchanej w głos Opatrzności. Można podziwiać troskę Księdza Prymasa o dobro Kościoła i prowadzanie ludzi do Boga i to, że najważniejszym kryterium jego decyzji i działań była Ewangelia.
 
I w takim kontekście powinniśmy rozpatrywać większość podejmowanych przez niego decyzji?
– Ewangelia była podstawą. Nigdy nie chciał być politykiem. Kiedy Jan Paweł II poprosił Go o to, by został prymasem, odpowiedział najpierw: „Nie jestem politykiem i nie chcę nim być”.
 
Tyle, że to był 1981 rok…
– Właśnie, a za chwilę wprowadzono stan wojenny. Kard. Glemp nie chcąc być politykiem, musiał zajmować głos, który miał znaczenie polityczne, bo taka była wtedy rola prymasa. Ale dobrze sobie z tym radził, nawet jeśli ten głos wyrażający ducha Ewangelii nie zawsze był rozumiany.
 
Bo to był „pozytywista z duszą romantyka”?
– Sam o sobie tak mówił. Z jednej strony był wewnętrznie ukształtowany przez literaturę romantyczną. Kochał Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego, znał sporo ich utworów na pamięć. A z drugiej strony miał do wielu rzeczy podejście pozytywistyczne, starając się robić to, co w danej chwili jest możliwe i osiągalne. Te dwa żywioły w nim walczyły i splatały się w wielu jego decyzjach.
 
To rozdarcie widać choćby w stosunku Prymasa do działalności ks. Popiełuszki.
– Kiedy po raz pierwszy zapytałam o relacje z ks. Jerzym, kard. Glemp był niezwykle poważny, miał spuszczone powieki, ale bardzo szczerze i autentycznie odtwarzał tamte rozmowy, zwłaszcza tę jedną, w czasie której prosił ks. Popiełuszkę, żeby ten był bardziej ostrożny i żeby się mniej angażował w działalność społeczną. A potem wyrzucał sobie, że może jednak nie zrobił wszystkiego, żeby ocalić życie ks. Jerzego. Z jednej strony nie chciał łamać woli kapłana, a z drugiej powtarzał: gdybym go jednak wysłał do Rzymu, to
pewnie by żył. Ta sprawa ciążyła mu do końca, zmagał się z nią przez cały czas, mówił, że była to jedna z najtrudniejszych decyzji w jego życiu. Ten wielki dramat widać także w tym przejmującym rachunku sumienia, kiedy w 2000 r. w Warszawie mówił: „Pozostaje na moim sumieniu jako ciężar to, że nie zdołałem ocalić życia ks. Jerzego Popiełuszki (…). Niech mi to Bóg przebaczy, może taka była Jego święta wola”.
 
Często widywała Pani modlącego się Prymasa?
– Wielokrotnie. Zwłaszcza w jego domowej kaplicy wWilanowie. Mówił, że na emeryturze więcej się modli. A kiedy zapytałam Go, o co się codziennie modli, zaczął wymieniać długą listę intencji. Wtedy zobaczyłam, jak bardzo ogarnia tą swoją modlitwą cały Kościół, rodzinę, współpracowników i wszystkie ważne sprawy życia społecznego. To zrobiło na mnie wówczas ogromne wrażenie.   
 
Przyznaję, że w dziennikarskich planach na ten rok miałem rozmowę z Księdzem Prymasem na temat sakramentu kapłaństwa. Nie zdążyłem... 
– Ja także pytałam o to Księdza Kardynała. Zaczął wtedy opowiadać, jak z upływem czasu tracił kolejne godności i funkcje; najpierw przestał być prymasem, potem przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskupem warszawskim, a w pewnym momencie ostał się już „tylko” kardynał. Zadałam pytanie: jak to jest, kiedy się jest „tylko” kardynałem? A Ksiądz Prymas na to: „No nie, zostało mi jeszcze kapłaństwo!”. On przez całe życie był przede wszystkim kapłanem. Co ciekawe – jak mówił – wraz z upływem lat, podczas odprawiania Mszy św. czuł coraz większą bliskość Chrystusa. Czuł jak w czasie tej Mszy św. czas się kurczy i jak Chrystus jest coraz bliżej…

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki