Logo Przewdonik Katolicki

Wychowanie człowieka szlachetnego

Bogna Białecka
Fot.

Czy mówiąc współcześnie o wychowaniu, jeszcze w ogóle zastanawiamy się nad pojęciem szlachetności? Gdy przeglądam cele różnych programów wychowawczych w szkołach, widzę promowanie tolerancji, różnorodności, równości, inności, integralności... Szlachetności brak.

„W biedzie i innych nieszczęściach życiowych prawdziwy przyjaciel jest pewnym wsparciem. Młodych powstrzymuje od pokusy, dla starych jest pociechą i wsparciem w słabości, a ludzi w kwiecie wieku skłania do szlachetnych czynów”. To słowa Arystotelesa i chyba każdy z nas życzyłby sobie, by zawsze były aktualne. Jak jednak sprawić, by były nie tylko teorią? Czy jeszcze ktoś myśli o tym, jak kształtować w młodym człowieku szlachetność?

Szczerze mówiąc, jedyną współczesną pozycją książkową, którą znalazłam na ten temat, jest poradnik dr. Dariusza Zalewskiego Wychować człowieka szlachetnego, w którym opisuje on... klasyczne zasady wychowania. Wydaje się zatem, że szlachetność jako cel wychowania i wartość zniknęła z celów wychowawczych pedagogiki głównego nurtu.

To nie sentyment

Zalewski pisze w swojej książce: „Ideałem wychowawczym starożytnych Greków był człowiek mo­ralnie piękny (była to tzw. kalokagathia; greckie καλοκαγαθ?α, od καλ?ς και ?γαθ?ς – „piękny i dobry”), wszechstronnie wy­kształcony oraz udoskonalony przez zdobywane cnoty. Wiel­cy myśliciele tego okresu podkreślali, że człowiek nie rodzi się w pełni gotowy do życia. Posiada jedynie dyspozycje natural­ne, wymagające odpowiedniego usprawnienia. To, co naturalne (zmysłowe, popędliwe, zwierzęce), musi zostać uprawione (grec­ka παιδε?α, paideia, łacińska cultura), uszlachetnione i poddane na służbę prawdzie, dobru i pięknu”. Różnym rodzicom zadałam pytanie o ostateczny cel wychowania. Odpowiedzi najczęściej dotyczyły kwestii szczęścia – „chcemy, by dziecko było w życiu szczęśliwe” czy „aby dobrze sobie radziło w życiu dorosłym i dokonywało wyborów dobrych dla niego samego i innych ludzi”. Kilka osób odpowiedziało: „wychowujemy dzieci dla Boga, chcemy je wychować tak, by osiągnęły szczęście wieczne”.

Co ciekawe, wychowanie dziecka na osobę szlachetną oznacza tak naprawdę wychowanie człowieka szczęśliwego. Badania nad uwarunkowaniem szczęścia prowadzone przez prof. Martina Seligmana pokazały, że największe poczucie szczęścia mają osoby przekonane o tym, że ich życie ma sens, cel. To nie dobra materialne, nie dobry stan zdrowia, a poczucie sensu życia sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Szlachetność, czyli altruizm, czynienie dobra, dbanie o innych nie dla osiągnięcia własnych korzyści na zasadzie „rączka rączkę myje”, a z potrzeby czynienia bezinteresownego dobra.

Naturalne dążenie do szlachetności

Pewien ksiądz niedawno zwrócił mi uwagę na bardzo ciekawą rzecz. Gdy w Fatimie Maryja ukazała dzieciom, jak wygląda piekło, ich reakcją było współczucie dla cierpiących w piekle dusz i pytanie do Maryi, co oni, będąc dziećmi, mogą zrobić, by ocalić jak najwięcej ludzi. Jestem przekonana, że gdybym jako osoba dorosła doświadczyła takiej wizji, moją pierwszą myślą byłoby „nie chcę tego oglądać”, a drugą „nie chcę tam trafić”. A tu troje dzieci zwyczajnie w pierwszym odruchu chce pomóc cierpiącym. Dowodów na naturalne dążenie dzieci do szlachetności dostarczają nam też badania naukowe. Nadia Czernak i Tamar Kusznir w lutym bieżącego roku opublikowały badanie nad trzy- i czterolatkami. Dzięki przemyślanemu a skomplikowanemu eksperymentowi (którego ze względu na stopień skomplikowania nie będę opisywać) odkryły, że maluchy współczują osobom w tarapatach i potrafią poświęcić swoje dobro, by pomóc innym. Badaczki odkryły, że ważna jest przy tym wolność wyboru. Dzieci, które miały po prostu wykonywać polecenia eksperymentatora, by pomóc osobie w potrzebie, były mniej skłonne do poświęceń niż dzieci, które wiedziały, że od ich wolnej woli zależy, czy pomogą drugiej osobie.

Widzimy więc, że pewne piękne zalążki szlachetności w dzieciach istnieją. Problem polega na tym, że dorośli często je w nich zabijają. Czytałam niedawno dość przerażającą opowieść matki, która opisywała, jak to stara się budować poczucie własnej wartości i pewności siebie swojej córki. Starała się przede wszystkim uprzytamniać jej, że nie powinna się dawać wykorzystywać. Dla przykładu – gdy obce dziecko prosiło w piaskownicy o zabawkę, przypominała córce, że może dać zabawkę pod warunkiem, że otrzyma w zamian inną. Mama była święcie przekonana, że uczy córki asertywności. Tak naprawdę zabijała w córce altruizm, ucząc oceniania wszystkiego w kategoriach: „a co ja z tego będę miała”.

Jak rozwijać szlachetność?

Rodzi się pytanie: czy ucząc dzieci altruizmu, mimo wszystko nie narażamy ich na bycie ofiarą wykorzystania? Myślę, że każdy z nas w którymś momencie życia natrafił na oszusta, co nie oznacza przecież, że z zasady nie mamy nikomu ufać. Dlatego pomagajmy dzieciom w rozwijaniu postawy bezinteresownego pomagania potrzebującym. Doskonałe okazje to na przykład okres Adwentu czy Wielkiego Postu, w czasie których dzieci mogą odkładać pieniądze z kieszonkowego na pomoc dla biednych czy wykonywać jakieś prace na rzecz innych. Ważne jest przy tym, by nie wymuszać pewnych zachowań. Nie jest dobre stosowanie przymusowego oddania kieszonkowego na Caritas jako kary za złe zachowanie (pewien znajomy tata tak zrobił). Dobrym podejściem jest opisanie czyjejś złej doli, przez co wyzwalamy współczucie, i zadanie dziecku pytania, jaki ma pomysł, co mogłoby zrobić, by tej osobie pomóc. Dzieci często są zdolne do większych poświęceń niż dorośli. 

Z kolei aby zabezpieczyć dzieci przed naciągaczami, prosimy je, by zawsze opowiedziały nam o swoich pomysłach, zanim je zrealizują. W ten sposób możemy je ochronić np. przed wyłudzeniem czegoś przez pozbawionego skrupułów kolegę egoistę. Warto też uczyć nasze pociechy (starsze – w szkole podstawowej, gimnazjum) bardziej szczegółowego wgłębiania się w potrzeby innych. A zatem odróżniania tego, co druga osoba potrzebuje tak na pierwszy rzut oka, a co tak naprawdę jest jej potrzebne. Dla przykładu: pięcioletni Jasio bardzo chce konkretny model samochodu zabawki. Za każdym razem, gdy przechodzi koło sklepu, przykłada głowę do szyby i patrzy na samochód tęsknym wzrokiem. Starszy brat, Mateusz, postanowił mu więc ten samochód kupić z własnego kieszonkowego. Gdy opowiedział o tym tacie, ten zapytał go, jak długo – jego zdaniem – Jasio będzie zainteresowany nową zabawką. Mateusz po namyśle stwierdził, że pewnie tak jak innymi, których stosy mają już w domu – czyli może tydzień, może dwa. Kiedy pomyślał, czego tak naprawdę może potrzebować brat, wpadł na pomysł kupienia „toru wyścigowego” i urządzenia wspólnie z Jasiem zawodów. Zaoferował więc bratu nie tyle nową zabawkę, która zaraz się znudzi, ile wspólną zabawę. Okazało się, że wyścigi wciągnęły obu braci, którzy do tej pory ze względu na dużą różnicę wieku nie znajdowali wspólnych zainteresowań. Mateusz dał zatem bratu coś więcej niż spełnienie pewnej zachcianki. Odpowiedział na jego głębszą potrzebę. Na koniec chciałabym przytoczyć anegdotę, która może się przydać jako punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi na temat szlachetności w życiu codziennym: „Tadeusz Kościuszko znany był z hojności i obficie dzielił się pieniędzmi z żebrakami. Pewnego razu, wiedząc, że na pomoc od niego czeka pewna rodzina, a sam z powodu natłoku spraw nie mógł jej doręczyć gotówki, poprosił jakiegoś człowieka, aby w jego imieniu odniósł określoną sumę. Na drogę, by przyspie­szyć załatwienie sprawy, dał mu własnego konia. Gdy posłaniec wrócił po wykonaniu zadania, stanowczo zarzekł się, że już ni­gdy nie wybierze się w drogę na rumaku polskiego dowódcy. Okazało się, że zwierzę na widok żebraków co chwila zatrzy­mywało się, a jeździec był zmuszony dawać im pieniądze. Koń bowiem przyzwyczaił się do ciągłych postojów na widok wyciągniętych dłoni i dopiero na brzęk monety ruszał dalej”.

Starajmy się dopisać do tej anegdoty także współczesny wątek.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki