Logo Przewdonik Katolicki

Wychowują świętych, nie noblistów

Paweł Piwowarczyk
Fot.

Czworo dzieci, wymagająca praca zawodowa, a do tego zaangażowanie, a właściwie koordynowanie i organizowanie wielkich wydarzeń. Pomaganie innym, angażowanie się w życie Kościoła. Wydawałoby się, że rodzina schodzi na dalszy plan. Nic z tych rzeczy.

Robert i Maria Kowalscy. Małżeństwo od 16 lat. Czworo dzieci. Dom, praca, samochód, szkoła. Gdyby tak w skrócie opisać rodzinę z Niepołomic, nie oddałoby się w żaden sposób historii ich życia. Co najwyżej informacje przydałyby się statystykom. My na szczęście nie zajmujemy się zbieraniem danych. Pod popularnym nazwiskiem kryje się niezwykle wartościowa rodzina. Poznajmy ją.

Impulsem trudności

Kilka lat po ślubie, po wielu staraniach, okazało się, że Kowalscy nie mogą mieć dzieci. Załamanie? – Nie przyjmujemy tak życia, żeby przy jakiejkolwiek trudności popadać w rozpacz. Pojawia się problem to znaczy, że jest okazja, by znaleźć rozwiązanie. Trudności są impulsem do działania – mówi Robert, a małżonka potwierdza, że podobnie przyjmuje życie. Jedyną alternatywą było in vitro, dlatego zdecydowali się, że stworzą rodzinę w inny sposób. W 2005 r. złożyli podanie o adopcję. Rozpoczęła się kilkumiesięczna procedura szkoleń kwalifikujących. W ramach przygotowań spędzali pięć weekendów w Ośrodku Opiekuńczo- Wychowawczym w Żmiącej. Tam mieli okazję doświadczyć kontaktu z dziećmi, widzieli własne i ich reakcje. Korzystali również z możliwości rozmowy z pracownikami ośrodka – pedagogami, psychologami.

Szczęśliwa szóstka

Pierwszy do rodziny Kowalskich trafił Janek. Miał 10 miesięcy. Gdy odwiedzam rodzinę, to już 8-letni chłopiec, który z przejęciem opowiada mi o swojej piłkarskiej pasji. – Zrozumieliśmy po jakimś czasie, że jedno dziecko to patologia. Żeby zapewnić lepszy rozwój Jankowi, postanowiliśmy, że chcemy przyjąć następne dziecko. I tak trafił do nas Michał – opowiada Maria. W rok po przyjściu Michała byli otwarci na kolejne dziecko. Sprawy potoczyły się szybko, choć zmieniające się prawo spowodowało, że trzeba było powtarzać procedury przygotowujące do adopcji. Nie zniechęcało to małżonków. Po Michale rodzinę powiększyła Marianka. A w tym roku od trzech miesięcy życie państwa Kowalskich bardzo się zmieniło, bo pojawiła się Ania, która kończy niedługo 16 miesięcy. Rodzina liczy sześć osób. Ewenementem jest fakt, iż do jednej rodziny trafiło w ciągu kilku lat aż czworo dzieci.

„Dostać nowego dzidziusia”

Czy w związku ze stworzeniem rodziny adopcyjnej pojawiają się jakieś problemy – pytam rodziny Kowalskich. W odpowiedzi słyszę, że problemy są podobne jak w innych rodzinach. Nie traktują swojej sytuacji jako formy wybrania, jako okazji do pojawienia się szczególnych problemów. – Bardzo trudno ustalić, czy pewne zachowania dzieci dotyczą syndromu odrzucenia. Być może pojawiają się z innego powodu. Wiele rodzin ma przecież różne problemy – mówią rodzice. Swoim dzieciom od początku mówią o tym, że są adoptowane. Przyjmują to naturalnie. Zresztą podczas kontaktów przed przyjęciem kolejnego dziecka zawsze uczestniczą w nich dzieci, które trafiły do Kowalskich wcześniej. Dwa lata temu najstarszy Jasiek powiedział:  – Mamo, może byś nam urodziła dzidziusia albo może byśmy dostali nowego dzidziusia – dzieci Kowalskich naturalnie traktują te dwie drogi, którymi można trafić do rodziny.

Wsparcie dla innych

Mając duże doświadczenie w zakresie adopcji i doświadczając problemów, z którymi zmagają się małżonkowie, którzy pragną tworzyć dzieciom rodzinę, Kowalscy zainicjowali grupę wsparcia. Z nieformalnych spotkań narodziły się Małopolskie Spotkania Rodzin Adopcyjnych. – Jestem lekarzem i żeby lepiej wykonywać zawód lekarza kardiologa musiałem kilka lat się do tego przygotowywać. Na tym nie koniec, bo cały czas trzeba się szkolić. W jakiś sposób podobnie powinno być z kwestią wychowywania dzieci, zwłaszcza gdy to rodzina adopcyjna, stąd pomysł na grupę wsparcia. W tej specyfice ojcostwa, macierzyństwa czuliśmy potrzebę dzielenia się – opowiada Robert. Zresztą Kowalscy to społecznicy w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Wychowują do wieczności

Kilka lat temu z inicjatywy m.in. rodziny Kowalskich, ale także kilku innych rodzin powstało pierwsze w Krakowie przedszkole „Sternika”, a potem Fundacja „Sternik” Kraków. – Patrząc na Janka, uważaliśmy, że jako chłopiec w publicznej szkole będzie zapewne często stawał w kącie, bo jest dzieckiem potrzebującym wiele ruchu. Model edukacji i wychowania w publicznych szkołach nastawiony jest na „grzeczne dziewczynki” i nie stymuluje rozwoju dzieci – twierdzą rodzice. W 2008 r. powstało przedszkole, a w 2011 r. szkoła podstawowa dla chłopców i osobno dla dziewcząt. Czym różni się szkoła prowadzona przez fundację „Sternik” od publicznej? Przede wszystkim wspiera rodziców w wychowywaniu dzieci, a na każdym etapie edukacji kieruje uwagę na kształtowanie wszystkich sfer. Kształtuje charakter, wolę, wychowuje do zasad i opiera się na wartościach nauczania Kościoła katolickiego. W tym systemie edukacji to, co w domu, jest spójne z tym, czego dziecko uczy się w szkole. Ważne w placówkach „Sternika” jest to, że i nauczyciele, i rodzice mają świadomość, że wychowują dzieci do wieczności. Nie kształcą noblistów, ale wychowują świętych – mówią Maria pełniąca w szkole obowiązki wicedyrektora.

Pasja plus służba

Dla Kowalskich priorytetem jest rodzina, ale to nie oznacza, że w ich życiu nie ma miejsca na pasję, często połączoną ze służbą innym. Oboje zawsze byli zaangażowani w inicjatywy społeczne. Jeszcze przed małżeństwem Maria współorganizowała świetlicę dla dzieci z rodzin patologicznych. Robert organizował wyjazdy zimowe dla niewidomych i wyjazdy letnie na rowerze (tandemie) – pełnił dla niewidomych rolę przewodnika w dalekich trasach. To zaangażowanie, jak podkreślają po latach, bardzo ich ukształtowało. Robert jest organizatorem wielkiej imprezy w Niepołomicach noszącej nazwę „Pola Chwały”. Jego hobby łączy wiedzę historyczną, kartografię, modelarstwo, historię wojskowości. Wykorzystał to i skupił w Niepołomicach ludzi o podobnych pasjach. Dzięki poparciu i pomocy burmistrza zorganizował na zamku imprezę. „Pola Chwały” to bardzo pojemne hasło. Bierze w niej udział ok. 800 uczestników, a zwiedzających jest ok. 20 tysięcy. We wrześniu odbędzie się ósma edycja imprezy. Ma ona charakter rodzinnego pikniku historycznego. Ojcowie z synami mogą stoczyć bitwę za pomocą wiekowego oręża, córki z matkami mogą przebrać się w dwórki, księżniczki. Oprócz tego są liczne gry planszowe, warsztaty modelarskie, imprezie towarzyszy także konferencja naukowa. Program dostosowany jest do każdego wieku. Organizatorzy zapraszają weteranów Armii Krajowej, jest okazja do rozmowy. Wokół zamku powstają obozowiska Rzymian, Celtów…

Rodziny w przestrzeni publicznej, czyli…

Drugim wielkim wydarzeniem (a może nawet pierwszym) koordynowanym przez Roberta jest orszak trzech króli, czyli piękny pomysł na spotkanie rodzinne w przestrzeni publicznej. Dodajmy, wspaniały pomysł na świętowanie Objawienia Pańskiego. Zainspirowany warszawską inicjatywą i niejako zdopingowany przez znajomych z Warszawy organizujących orszak, Robert z pomocą przyjaciół z krakowskiego „Sternika” przeniósł tę dobrą ideę do Krakowa. Niedawno powstała Fundacja Kacpra, Melchiora i Baltazara, która ułatwia organizację przedsięwzięcia.

Mówienie, że małżonkowie walczą o czas dla siebie, to może słowne nadużycie. Żyją i działają ze świadomością, że Bóg błogosławi dobre owoce ich społecznych zaangażowań. Potrzeba w tym wszystkim pewnego harmonogramu i narzucenia priorytetów: co najmniej godzina w tygodniu na spotkanie we dwoje, weekendy bez pracy, znajdowanie czasu, by wyjeżdżać przynajmniej raz w roku na urlop całą rodziną razem. – Staramy się zarządzać czasem czy też chaosem albo inaczej mówiąc – nasze życie to taka zorganizowana dezorganizacja – kończą z uśmiechem Kowalscy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki