Logo Przewdonik Katolicki

"M" dla wybranych

Michał Bondyra
Fot.

Ma to być jedno zważniejszych prorodzinnych działań rządu. Tymczasem kryteria programu Mieszkanie dla Młodych sprawiają, że będzie on dostępny tylko dla nielicznych. Czy otakie wsparcie dla rodzin chodzi? Co ważne, nie jest też jasnym sygnałem, że warto inwestować wrodzinę.

Ma to być jedno z ważniejszych prorodzinnych działań rządu. Tymczasem kryteria programu „Mieszkanie dla Młodych” sprawiają, że będzie on dostępny tylko dla nielicznych. Czy o takie wsparcie dla rodzin chodzi? Co ważne, nie jest też jasnym sygnałem, że warto inwestować w rodzinę.

Projekt ustawy Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej o pomocy państwa przy kupowaniu pierwszego mieszkania ma być jednoznacznym sygnałem tego, iż obecny rząd uważa, że warto inwestować w rodzinę. Analiza założenia tego programu jednak temu przeczy.

Dla singli i… wybranych rodzin

Program „Mieszkanie dla Młodych” skierowany jest do osób stanu wolnego (tzw. single) i małżeństw, które mają nie więcej niż 35 lat, a które chciałyby nabyć pierwsze mieszkanie. – Partie konserwatywne zawsze będą mówiły o wartościach rodziny, więzów społecznych, liberalne z kolei o jednostkach – zauważa dr Marek Dietl. Ekspert Instytutu Sobieskiego uważa, że w przeciwieństwie do wcześniejszego programu „Rodzina na swoim” w nowym programie instytucja rodziny nie została należycie doceniona. Rząd odpowiada, że ulga dla rodzin będzie przecież większa niż dla singli. Projekt zakłada bowiem 10-procentową dopłatę dla singli i 15-procentową dla rodzin. Ta ostatnia może się jeszcze w ciągu pięciu lat powiększyć po urodzeniu trzeciego dziecka o kolejne pięć procent. – O polityce prorodzinnej można mówić, gdyby dopłata sięgała 30 proc. – mówi pani Magda, matka dwójki dzieci. Uważa ona, że tak niska kwota to tylko wabik, by młodzi brali kredyty, które potem z wysokimi odsetkami trzeba spłacać przez 30 lat. Wątpliwości pani Magdy, ale i ekspertów nieruchomości budzi też fakt, że dopłata dotyczy tylko nowych mieszkań, a nie na przykład budowy domów czy mieszkań kupowanych na rynku wtórnym. Tych obostrzeń nie było w przypadku obowiązującej do 2012 r. „Rodziny na swoim”. – W „Rodzinie na swoim” chodziło o to, by zapewnić własne mieszkanie tym, którzy tworzą stabilny związek małżeński, dający też duże korzyści dla gospodarki. Nie miało to znaczenia czy kupione było ono na rynku wtórnym czy pierwotnym – potwierdza Dietl, podkreślając, że nawet skromne mieszkanie dla rodziny jest dobrem pierwszej potrzeby, dającym poczucie bezpieczeństwa.

Ukłon w stronę banków i deweloperów

Liczbę mogących korzystać z wchodzącego w życie w styczniu 2014 r. programu zawęża też metraż. Dopłaty będą możliwe tylko w przypadku mieszkań nieprzekraczających 75 mkw., a co gorsza, dotyczyć będą ledwie 50 metrów tej powierzchni. Specjaliści już alarmują, że o takie mieszkania spełniające jeszcze kryterium stosunkowo niskiego limitu ceny za metr kwadratowy w dużych aglomeracjach miejskich będzie bardzo trudno. Branża nieruchomości powątpiewa też w wyliczenia rządowe, że pięcioletni program obejmie aż 114 tys. osób. Młodzi, tacy jak pani Magda, oceniają, że nowy program to tak naprawdę ukłon w stronę banków i deweloperów, którzy mają dziś problem, by sprzedać dopiero co budowane lokale. Zgadza się z tym ekspert Instytutu Sobieskiego, który nie odczytuje tego jednak jako wady, uważając, że „masowy krach firm deweloperskich nie jest nikomu na rękę, bo w ich finansowanie zaangażowany jest kapitał bankowy, a także szereg innych instytucji finansowych”. – Chodzi o to, by ten program nie wywołał nienaturalnej hossy na rynku nieruchomości. Realizując politykę społeczno-gospodarczą państwa, trzeba uważać, by nie psuć mechanizmów rynkowych – przestrzega jednak Dietl. Na programie z kolei suchej nitki nie zostawia Jeremi Mordasewicz. Ekspert rynku pracy z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” uważa, że będzie on nieskuteczny, bo adresowany jest tylko do wybranej arbitralnie grupy, a dopłaty, na które pieniądze znalazł dla młodych rząd, będzie musiał zabrać komuś innemu. – Nie zwiększamy tortu do podziału, tylko trochę inaczej go dzielimy, zwiększając przy tym tylko koszty administracyjne – zauważa. Mordasewicz chciałby za to widzieć programy powszechne, dotyczące wszystkich Polaków.

Rynek wymusza „czynszówki”

Mordasewicz, z wykształcenia budowlaniec, rozwiązanie widzi w budownictwie czynszowym, które „podąża za pracą, a nie przywiązuje do mieszkania tak, jak kiedyś chłopa do ziemi”. – Przykład innych państw pokazuje, że mieszkania czynszowe związane są z coraz większą skłonnością do migracji za pracą – mówi wprost, powołując się na przykład Niemiec, gdzie udział prywatnych mieszkań nie przekracza połowy, przy 60 proc. własnościowych mieszkań w Polsce. Według eksperta migrację za pracą wymusza sytuacja na rynku. Przypomnijmy, że aż 27 proc. polskich absolwentów szkół wyższych jest obecnie bez pracy, a liczba bezrobotnych według badań GUS przekroczyła już 14 proc. ludzi zdolnych do pracy. Poza tym ci, którzy pracują – głównie młodzi – zatrudniani są na umowach śmieciowych, a ich sytuacja bytowa wcale nie jest stabilna. – Młody człowiek w ciągu roku powinien zgromadzić oszczędności pozwalające mu na przeżycie przez sześć miesięcy, gdy jest sam i 12 miesięcy, gdy utrzymuje rodzinę. Wtedy może szukać atrakcyjnej pracy w swojej branży, podnosić kwalifikacje w poczuciu bezpieczeństwa, że ma za co żyć. Człowiek przykuty olbrzymim kredytem do mieszkania takiego komfortu nigdy mieć nie będzie – tłumaczy. Mordasewicz uważa, że mieszkania kupować należy po czterdziestce. – Wtedy człowiek ma już oszczędności pozwalające chociaż w połowie na sfinansowanie mieszkania i stabilną pozycję na rynku pracy, która pozwala na spłatę kredytu – wyjaśnia. Co zatem z młodymi? Im nie należy się własne „M”? – Za to, co powiem, nie polubią mnie ani młodzi, ani bankowcy, ani deweloperzy: mieszkanie własnościowe trzeba kupować, ale nie zaraz po studiach. Przyzwyczailiśmy się bowiem do życia na kredyt, a takie przekredytowanie szczególnie wśród młodych prowadzi do opłakanych rezultatów nie tylko dla nich, ale i dla gospodarki całego kraju – ostrzega Mordasewicz, przywołując przykłady USA i niektórych państw Europy. Tanie „czynszówki” w dużych aglomeracjach, to według niego lekarstwo na wzrost produktywności i przeinwestowany rynek mieszkaniowy.

Powrót do „Rodziny”

Eksperci i młodzi są zgodni: zamiast realnej pomocy dla młodych rodzin z programu „Mieszkanie dla Młodych” wyszedł potworek, a w najlepszym razie bardzo okrojona i zniekształcona wersja „Rodziny na swoim”. Autor tego ostatniego projektu, minister budownictwa w rządzie Jarosława Kaczyńskiego Mirosław Barszcz, pytany o ocenę nowej propozycji odpowiada, że jest mu niezręcznie ją oceniać. Dodaje jednak, że nie podoba mu się to, że pomoc adresowana jest nie do najbiedniejszych, a do najbogatszych. Marek Dietl rozwiązanie problemu widzi w… powrocie do projektu firmowanego przez ministra Barszcza. – Założenia programu „Rodzina na swoim” były całkiem dobre, nie generowały „baniek cenowych” na rynku nieruchomości, dawały też możliwość kupna mieszkania ludziom, którzy założyli rodzinę – zauważa. Ekspert Instytutu Sobieskiego zgadza się, że program firmowany przez Barszcza wymagałby może korekt, ale fundamenty były ze wszech miar słuszne. – Bo podstawowym filarem jest rodzina i to ją, a nie singli należy wspierać – kończy Dietl, któremu w czasie trawiącego Polskę kryzysu demograficznego słuszności myślenia odmówić nie sposób.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki