Kupować w niedzielę ? czy naprawdę trzeba?

Konsumpcjonizm rodem z zachodniego kapitalizmu trafił pod polskie strzechy i przeobraził nas zupełnie.A w duchową pustkę, która jest w człowieku, wtargnęły zakupy, telewizja, mecz, alkohol, a nawet nuda. Czy tak powinien wyglądać dzień święty, czy niedzielne zakupy są koniecznością?
Czyta się kilka minut

Gdyby to pytanie postawić 25 lat temu, byłby to tylko pusty, retoryczny frazes, bez odniesienia do rzeczywistości; albo szyderstwo z umęczonych kolejkami biednych ludzi. Półki sklepowe w tamtych czasach były w zasadzie puste, więc handel – czy w niedziele, czy w piątki – i tak nie miał sensu. Wtedy się nie handlowało i nie kupowało, lecz realizowało kartki lub załatwiało, a na to dni powszednich było aż nadto dużo.

Ale po roku 1989 sytuacja zmieniła się diametralnie i pytanie z tytułu nabrało nagle żywego i dramatycznego sensu. Okazało się bowiem, że kupowanie może być nie udręką, lecz przyjemnością. Okazało się, że i u nas, podobnie jak na Zachodzie, półki w sklepach i supermarketach mogą się aż uginać, że wabią różnokolorowymi opakowaniami i nawet octu potrafi być ze trzydzieści rodzajów i smaków.
Z dnia na dzień pojawiły się także reklamy. Po krótkim okresie rezerwy, kpinek i niedowierzania szybko nauczyliśmy się ulegać ich zniewalającemu urokowi. Wtedy po raz pierwszy od dziesiątków lat doświadczyliśmy możliwości, a potem wręcz konieczności wyboru: który proszek najlepiej wypierze, która guma do żucia najdłużej trzyma smak, który dezodorant najlepiej cię odświeży. Po dziesiątkach lat szarzyzny, biedy, kartek, zaciskania pasa, upokorzeń w sklepach mięsnych i kolejkach, tęsknych spacerów koło Peweksu i marzeń o Zachodzie – to było jak spełniony na jawie sen!
Czas przełomu
I wtedy pytanie o handel – nie tylko w niedzielę – nabrało przeogromnej wagi. Bo to już nie było tylko zdobywanie niezbędnych do życia środków: chleba, masła roślinnego, przydziałowego mydła (kto jeszcze pamięta kartkę na mydło, czekoladę czy R – na buty?), lecz magiczny rytuał, dający człowiekowi poczucie własnej wartości i nobilitacji, możliwość zaimponowania innym, luksus wyboru między towarami i miłe złudzenie wolności, którą dawały pieniądze. Przestały być potrzebne znajomości, talony, kartki – wystarczyło tyl­ko mieć pieniądze, a najlepiej dużo pieniędzy.
Ale też w tym momencie nasz tytułowy problem nabrał dramatycznej wymowy. Doświadczyliśmy bowiem także niespotykanej dotąd potrzeby, a nawet przymusu kupowania: marka papierosów, perfum, telewizora czy samochodu miała odtąd decydować o naszym samopoczuciu, prestiżu, statusie społecznym, image’u, wręcz o wartości człowieka i sensie życia, niemalże o zbawieniu! Odkąd mogliśmy do woli mieć, przestaliśmy przywiązywać tak wielką wagę do być. Konsumpcjonizm rodem z zachodniego kapitalizmu trafił pod polskie strzechy i przeobraził nas zupełnie.
Brakowało jeszcze tylko jednego: miejsca i czasu, gdzie bez pośpiechu, z namaszczeniem i przyjemnością moglibyśmy tych rozkoszy kupowania zażywać – hipermarketów, butików, salonów. Kiedy owe przybytki dobrobytu wyrosły – dosłownie jak grzyby po deszczu – nic już chyba nie stało na przeszkodzie, by z nich do granic możliwości korzystać. Poczuliśmy się jak wyposzczone i wygłodniałe dzieci, pozostawione bez dozoru w sklepie ze słodyczami.
I dopiero po uświadomieniu sobie tych historycznych i społecznych uwarunkowań można przystąpić do próby odpowiedzi na pytania: czy trzeba kupować także w niedzielę? Czy sześć dni roboczych nie wystarczy?
A czemuż by nie? – zapyta przeciętny klient, przeładowując stos towaru z wózka prosto do bagażnika samochodu. „Przecież cały tydzień ciężko pracuję, dzieciaki w sobotę chodzą na basen, żona sprząta dom – tylko niedziela nam zostaje. A jak całą rodziną jedziemy w niedzielę do marketu, nacieszymy się wspólnymi zakupami, przy okazji zjemy razem w McDonaldzie obiad albo loda, to co w tym złego?”.
Cóż, z tej perspektywy może i nic. Kto wie, może nawet jest to dla tej rodziny jedyna okazja, aby pobyć trochę razem. Ale jest to jednak tylko perspektywa pogańska, dla człowieka wierzącego nie do pogodzenia z zasadami wiary. Sklep nigdy nie zastąpi kościoła, zakupy – Mszy św., a wspólny wyjazd na lody – zabawy z dziećmi w rodzinnym domu. Decydując się na zakupy w niedziele, musimy też wiedzieć, że tym samym wymuszamy na przedsiębiorcach i pracownikach obowiązek pracy w dniu świątecznym.
Zmiana mentalności
Przed laty, za czasów ustroju robotniczo-chłopskiego, opór przeciwko pracy w niedzielę był jakby symbolem oporu przeciwko całemu systemowi. Nie było szans na zwycięską walkę z socjalizmem, to chociaż walczono o dzień wolny w niedzielę. Całe społeczeństwo było w tej walce zjednoczone i solidarne z górnikami czy hutnikami. Dziś o pracownikach handlu nikt nie myśli. Są to bezwolne ofiary naszego rzekomego prawa do robienia zakupów siedem dni w tygodniu. Wielu w to prawo uwierzyło.
A jeśli chodzi o tych wszystkich, którzy w drodze powrotnej z kościoła muszą albo chcą akurat kupić makaron czy proszek do prania; o tych, którzy zamiast do kościoła wolą iść do sklepu na piwo – to problem polega raczej na braku dojrzałości chrześcijańskiej, na zerwaniu związku między wiarą a codziennym życiem lub sprowadzenia jej tylko do zewnętrznych pozorów. W duchową pustkę, która jest w człowieku, wtargnie byle co: zakupy, telewizja, mecz, alkohol, nawet leniwa i bezczynna nuda przez całą niedzielę.
I tu chyba leży sedno sprawy: jak budować w społeczeństwie szacunek dla sacrum, poszanowanie prawa innych do odpoczynku i życia rodzinnego? Jak w człowieku wyzwalać autentyczną wiarę, jak krzewić kulturę opartą na Ewangelii, Dekalogu i miłości? Jak nauczyć twórczego podejścia do odpoczynku w dniu wolnym? Jak integrować rodzinę wokół domu i stołu ze świątecznym obiadem, a nie przy sklepowych półkach? Tu trzeba wykonać kolosalną pracę. Bo bez tego nawet surowe przepisy i pozamykane sklepy nie powstrzymają człowieka od profanowania dnia świętego.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 10/2013