Ktoś kiedyś powiedział, że SKOK-i przeprowadziły Polaków przez „Morze Czerwone” transformacji ustrojowej.
– Odpowiem trochę przekornie: a czy to morze już się skończyło?
Ale w tym zacytowanym przez pana zdaniu jest jednak sporo racji – rzeczywiście, pomogliśmy bardzo wielu ludziom, którzy w latach 90. nie mogli korzystać z usług instytucji bankowych, bo nie byli dla nich żadnymi partnerami. Pamiętajmy także, że ponad 80 proc. społeczeństwa w ogóle nie myślało wówczas o usługach jakichkolwiek banków. To były instytucje „nie z ich życia”, kompletnie obce. Polakom bardzo trudno było przełamać tę barierę. To nie były zresztą spokojne czasy.
Nie były, bo na rynku pojawili się wówczas rozmaici finansowi „cudotwórcy”.
– Niestety tak, a ludzie, którzy im nieopatrznie zaufali, tracili oszczędności całego życia. Niechlubnym symbolem tamtych czasów stała się afera Lecha Grobelnego i jego Bezpiecznej Kasy Oszczędności.
Wam się udało przełamać tę barierę, chociaż SKOK-i też miały w swojej nazwie słowo „Kasa”.
– Owszem, ale Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe działały wówczas w zakładach pracy. W pokoju obok była kasa zapomogowo-pożyczkowa, a naprzeciwko siedziała „pani Jadzia” z zakładowego funduszu socjalnego.
Sami swoi?
– Dokładnie tak, to byli ludzie, którzy się nawzajem znali, mieli do siebie zaufanie, nie było tej bariery przekroczenia progu drzwi, złożenia wniosku i zapisania się do kasy. Z drugiej strony, ludzie po krótkim czasie zobaczyli, że pożyczki, których my udzielamy, dają im szansę na zaspokojenie najważniejszych potrzeb konsumenckich, a nierzadko po prostu związanie końca z końcem, bo to tak niestety często wtedy wyglądało.
Pomysł na SKOK-i przyszedł podobno zza Wielkiej Wody…
- To prawda, w 1990 r. Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” postanowiła przenieść na polski rynek amerykański pomysł spółdzielczych instytucji finansowych, działających tam pod nazwą unii kredytowych. W tym celu powołano Fundację na rzecz Polskich Związków Kredytowych, która zajęła się promowaniem idei wzajemnej pomocy finansowej i zakładaniem pierwszych Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych w zakładach pracy.
Pan był jednym z pionierów tej działalności.
– Rozpocząłem pracę w fundacji w 1992 r. Pomagałem aktywizować członków, zakładałem nowe kasy. Tak, w pewien sposób jestem pionierem, założyłem przecież ponad 50 SKOK-ów. Na moich oczach te niewielkie zakładowe kasy rozrastały się, łączyły, osiągając rozmiary dzisiejszych potężnych, liczących dziesiątki tysięcy członków instytucji.
W którym momencie nastąpiło takie gwałtowne przyspieszenie?
– Pierwszym impulsem było wejście w życie ustawy o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo–Kredytowych, która umożliwiła zakładanie SKOK-ów już nie tylko w zakładach pracy, ale także „na zewnątrz”, co automatycznie zdywersyfikowało również ryzyko kredytowe. Dzięki temu kasy zaczęły rosnąć w aktywa i w liczbę członków.
Drugim przełomem był rok 2000, kiedy rozpoczęto konsolidację SKOK-ów. Liczba kas działających na rynku zaczęła się gwałtownie zmniejszać, słabsze z nich były przejmowane przez te większe i bardziej dynamiczne. Efekt? Dziś mamy 54 SKOK-i, liczące łącznie 2,5 mln członków i dysponujące ponad 15 mld zł aktywów.
Do SKOK-ów przylgnęło jednak określenie „banki biednych”.
– Rzeczywiście, kiedyś takie instytucje jak nasza nazywane były „bankami biednych”. Cóż, większość naszych członków stanowią bez wątpienia osoby gorzej sytuowane od przedstawicieli tzw. klasy średniej – ci ludzie nie mogli liczyć na obsługę w bankach i na normalne kredyty konsumenckie, bo według kryteriów bankowych byli zbyt nisko uposażeni. A my im takich kredytów zaczęliśmy udzielać.
Często są to niewielkie sumy, jednak niezbędne do takiego normalnego, codziennego funkcjonowania. Wielu naszych członków to na przykład emeryci, którzy mają trudności z regulowaniem bieżących zobowiązań, kupnem leków, opłatami za wizyty lekarskie itp. I trzeba przyznać, że właśnie ta grupa osób jest najbardziej sumienna, jeżeli chodzi o regulowanie swoich zobowiązań kredytowych.
SKOK-i zyskują bardzo w czasach obecnego kryzysu gospodarczego. To skutek pazerności banków?
– Myślę, że nie tyle jest to efekt pazerności banków – ponieważ generalnie rzecz biorąc oferta SKOK-ów i oferta banków różni się niewiele od siebie – co raczej innego pozycjonowania klientów, o czym wspominałem przed chwilą. Natomiast na pewno jesteśmy groźną konkurencją dla rozmaitych parabanków udzielających pożyczek na lichwiarski procent. My także udzielamy małych pożyczek, ale na zdecydowanie lepszych warunkach, porównywanych z normalnymi warunkami bankowymi.
A gdzie zysk?
– Przypominam, że SKOK-i są spółdzielniami. Z jednej strony oznacza to więc, że jak każdy normalny podmiot gospodarczy, muszą wypracowywać zysk i utrzymywać rentowność, z drugiej zaś działać na rzecz swoich członków. A wiec kosztem mniejszego zysku umożliwiać im jak najkorzystniejsze warunki udzielania pożyczek i wyższe oprocentowanie lokat.
Zysk, który SKOK-i wypracowują na koniec roku bilansowego nie może być w żaden sposób dzielony. Jest on zawsze odkładany na Fundusz Zasobowy, bo tylko w ten sposób możemy budować kapitał naszych kas.
Podobno motto SKOK-ów brzmi: nie dla zysku, nie z miłosierdzia, lecz po to, by służyć…
– Dokładnie tak, istnieje cały, hołubiony przez nas, obszar zaangażowania w społecznie odpowiedzialny biznes. SKOK-i, jak mało które instytucje finansowe, włączają się aktywnie w życie lokalnej społeczności; wspierają szkoły, domy dziecka, fundują zdolnej młodzieży stypendia sportowe, finansują filmy i wydawnictwa pokazujące bogatą historię i tradycję regionu, są mecenasem ważnych wydarzeń kulturalnych, jak unikatowy Festiwal Muzyki Oratoryjnej Musica Sacromontana w bazylice ojców filipinów na Świętej Górze w Gostyniu. Szkoda, że mało kto to dostrzega, gazety o tym nie piszą.
Kilka dni temu weszła w życie nowa ustawa o SKOK-ach. Nie brakuje głosów, że to początek końca spółdzielczych kas…
– Przede wszystkim zmienił się nadzór nad SKOK-ami. Do tej pory zajmowała się nim Kasa Krajowa, czyli związek komisji rewizyjnych wszystkich kas spółdzielczych. W myśl nowych przepisów funkcję tę przejął państwowy Urząd Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF).
Ten sam, który sprawuje nadzór nad bankami…
– Owszem, mamy jednak nadzieję, że narzędzia, którymi dysponuje nadzór publiczny będą wykorzystywane w dobrej sprawie i będą służyły działalności SKOK-ów. Kilka dni temu mieliśmy zresztą spotkanie z szefami UKNF, podczas którego obie strony wyraziły wolę nawiązania dobrej współpracy.
Nowa ustawa ma ten plus, że po przejściu pod nadzór publiczny skończy się może wreszcie to czcze i niesprawiedliwe gadanie, jakoby SKOK-i nie podlegały właściwie żadnemu nadzorowi i nie wiadomo jak funkcjonowały.
Ale po co właściwie aż tak drobiazgowy nadzór? SKOK-i jako polskie Lehman Brothers? Przecież to absurd.
– Myślę, że wszelkie dyskusje nad zwiększaniem kontroli państwowej są tak naprawdę efektem ogólnoświatowego trendu do przeregulowywania rynków finansowych. I niestety, jest na to społeczne przyzwolenie, bo ludzie mają złudną nadzieję, że zapewni im to większe bezpieczeństwo. Ale to nieprawda, co pokazał dobitnie obecny kryzys gospodarczy.
SKOK-i dostają więc rykoszetem, mimo że wiążą nas ograniczenia ustawowe i po prostu nie możemy inwestować w obarczone ryzykiem instrumenty finansowe. Wolne środki możemy lokować jedynie w krajowych obligacjach i bonach skarbowych gwarantowanych przez Skarb Państwa oraz w depozytach na rachunkach bankowych. I tylko tam.
A rykoszet pod nazwą „Amber Gold”?
– Myśmy się oczywiście obawiali efektu afery Amber Gold, ale nie odczuliśmy tego w żaden sposób. Jesteśmy wiarygodnym podmiotem – przez ponad 20 lat naszej działalności nie upadł jeszcze żaden ze SKOK-ów.
W tym roku Urząd Komisji Nadzoru Finansowego przeprowadził badanie zaufania wśród klientów banków i klientów SKOK-ów. Okazało się, że aż 91 proc. naszych członków wyraziło zaufanie do kas. W przypadku banków ten współczynnik wyniósł 76 proc. I to jest tak naprawdę nasz największy kapitał.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













