Logo Przewdonik Katolicki

Byłem wtedy w Rzymie

Jolanta Hajdasz
Fot.

Czy można dotknąć historii, tej, o której uczymy się ze szkolnych podręczników, czymożna poczuć ducha epokowych wydarzeń, skoro działy się jeszcze przed naszym narodzeniem? Odpowiedź brzmi: tak, pod warunkiem że spotkamy się z właściwą osobą. Dlatego każdy, kto w tym roku chce zgłębiać sens i znaczenie Soboru Watykańskiego II, powinien poznać o. Jerzego Tomzińskiego, jedynego żyjącego w Polsce uczestnika Vaticanum II.

Czy można dotknąć historii, tej, o której uczymy się ze szkolnych podręczników, czy  można poczuć ducha epokowych wydarzeń, skoro działy się jeszcze przed naszym narodzeniem? Odpowiedź brzmi: tak, pod warunkiem że spotkamy się z właściwą osobą.

Dlatego każdy, kto w tym roku chce zgłębiać sens i znaczenie Soboru Watykańskiego II, powinien poznać o. Jerzego Tomzińskiego, jedynego żyjącego w Polsce uczestnika Vaticanum II.

Jasne, życzliwe oczy, ciepły uśmiech, który nie schodzi z twarzy nawet wtedy, gdy przywoływane z pamięci zdarzenia łamią głos i wywołują ocierane ukradkiem łzy. Do tego ogromna  serdeczność, którą odczuć może każdy, kto styka się z nim po raz pierwszy w życiu. Żywa legenda Jasnej Góry, jak piszą o nim w lokalnych gazetach  i na stronach internetowych. O. Jerzy Tomziński. Jest najstarszym paulińskim mnichem. To on zainicjował narodową modlitwę o uwolnienie prymasa Stefana Wyszyńskiego i zapoczątkował w ten sposób tradycję odprawiania Apelu Jasnogórskiego. To on wspomagał i tworzył ideę peregrynacji kopii Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, która trwa od 50 lat. I to on jest  tym, który zna z autopsji to, o czym my dowiadujemy się z książek. Ma 94 lata.

 

Jak to się zaczęło?

O. Jerzy Tomziński urodził się 24 listopada 1918 r. w Przystajni k. Częstochowy. Do zakonnego gimnazjum trafił w wieku 13 lat, jako Jan Tomziński. Do Zakonu św. Pawła Pierwszego Pustelnika wstąpił w 1935 r. – Najbardziej przeżyłem pierwsze Boże Narodzenie. Nie puścili mnie do domu, a ja bardzo płakałem za mamą, jak to dziecko. Wiedziałem jednak, że jak stąd wyjdę, to stracę coś bardzo ważnego – wspomina zakonnik.

Święcenia kapłańskie otrzymał na Jasnej Górze 16 kwietnia 1944 r. Będąc młodym kapłanem, dał się już poznać jako wyjątkowy spowiednik i doskonały kaznodzieja. Pełniąc funkcję przeora Jasnej Góry (1952–1960), zainicjował i prowadził prace konserwatorskie, mające na celu zachowanie spuścizny narodowego sanktuarium. Dzięki jubileuszom 300. rocznicy obrony klasztoru przed Szwedami oraz 300. rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza wzmocnił integracyjną rolę Jasnej Góry dla całego narodu polskiego. Ojcu Jerzemu Kościół w Polsce zawdzięcza żywą do dziś tradycję odprawiania Apelu Jasnogórskiego. Dzięki wystosowanym przez niego zaproszeniom Jasnogórskie Śluby Narodu w 1956 r. zgromadziły ponad milion wiernych, a jego decyzja o przygotowaniu kopii Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej – tzw. Obrazu Nawiedzenia – umożliwiła peregrynację Wizerunku po całej Polsce. Jak został uczestnikiem soboru? 

Do Rzymu przyjechał jeszcze za pontyfikatu papieża Piusa XII, w marcu 1958 r. Studiował prawo kanoniczne na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i był prokuratorem zakonu w Rzymie. Papież Pius XII, w opinii o. Tomzińskiego, był jednym z największych przyjaciół Polaków i Polski. Ale przede wszystkim był tym, który przygotował sobór, choć za jego pontyfikatu nie mówiło się o konieczności jego zwołania, a jedynie o potrzebie reformy Kościoła. Ojciec Jerzy podkreśla, że Pius XII był szczególnie wyczulony na liturgię. – Już wtedy w ośrodku na Piazza Navona trwały prace nad zmianami w liturgii Mszy św., takie jakby próby „nowej liturgii”, dlatego pierwszym soborowym dekretem był właśnie dekret o liturgii, bo wszystko było już za Piusa przygotowane – opowiada. Oczywiście nie neguje roli, jaką odegrał Jan XXII, był przecież świadkiem ogłoszenia przez tego papieża idei zwołania soboru. Ku zaskoczeniu wszystkich.
 
 
Świadek 
To było 25 stycznia 1959 r., w święto Nawrócenia św. Pawła. Jan XXIII przewodniczył Mszy św. w bazylice św. Pawła za Murami, w intencji zjednoczenia chrześcijan. Na początku papież wyjął kartki z homilią i podał je ceremoniarzowi, ale jedną kartkę schował pod ornat, wspomina o. Tomziński. Po zakończonej celebrze wyjął ją i ogłosił swoje decyzje: będzie zwołany Synod Diecezji Rzymskiej, będzie reforma prawa kanonicznego i – co było największym zaskoczeniem – zwołany zostanie Sobór Watykański II. I tak się to zaczęło.
– Te słowa wywołały w Rzymie nieprawdopodobne poruszenie. Jak oni to zdążyli przygotować, Bóg raczy wiedzieć – opowiada o. Tomziński. To było niewyobrażalne przedsięwzięcie tak logistyczne, jak i finansowe; na światową skalę.
Przede wszystkim trzeba było przygotować na obrady całą bazylikę św. Piotra. Rozmieścić nagłośnienie i poprowadzić je w tych zabytkowych wnętrzach za pomocą niezliczonej długości kabli. Przecież wszyscy ojcowie soboru musieli się nawzajem słyszeć. A było ich ponad 2,5 tys.
Ta liczba zrobiła ogromne wrażenie na 44-letnim zakonniku z Polski. Stał wśród tłumów ludzi na placu św. Piotra w Rzymie, gdy w procesji do bazyliki szli wszyscy ojcowie soboru. Plac w jednej chwili stał się wrzosowy od biskupich fioletów. Już wtedy o. Jerzy wiedział, że uczestniczy w przełomowym wydarzeniu, ale nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo wpłynie to później na losy Kościoła powszechnego. Dziś przypomina sobie, że na tym placu, tak jak on, stał inny zwyczajny teolog, ks. Joseph Ratzinger… 
 
Sobór na Jasnej Górze
 
Na kolejne sesje soboru – drugą (1963) i trzecią (1964) – nie dostał paszportu od władz PRL-u, nie mógł wyjechać z Polski. Sobór przeżywał wówczas na Jasnej Górze. Wcale nie mniej intensywnie. – To był unikat w świecie, jak Polska przeżywała sobór. Wszystkie parafie przyjeżdżały na Jasną Górę na nocne czuwania. Chłopy płakały, takie to było przeżycie. To był symbol Polski – wspomina ze wzruszeniem. Jeszcze przed rozpoczęciem obrad opracowano plan dla wszystkich diecezji „Czuwania soborowego z Maryją Jasnogórską”. – Dla Polski ten sobór był zbawieniem – zauważa.Trzeba było widzieć te modlące się tłumy ludzi, które zapełniały Jasną Górę. Ludzie przyjeżdżali tutaj z całego kraju. W intencji soboru ofiarowywano dobre uczynki, które są udokumentowane w księgach czynów soborowych i do dzisiaj przechowywane na Jasnej Górze. O. Jerzy wspomina, że przed ostatnią sesją soboru dzieci z całej Polski przywiozły przed obraz Maryi Jasnogórskiej ziarenka pszenicy, z których potem zrobiono hostie i wysłano je do Watykanu; podobnie jak różańce i obrazki Matki Bożej.
– To było wydarzenie. Ojcowie soborowi nie mogli się nadziwić, że Polska zorganizowała takie przedsięwzięcie. Odtąd zauważono nas, ten Kościół poniżony, prześladowany, i odkryto jako Kościół mocny i aktywny – podkreśla zakonnik.
Był świadkiem życia dwóch wielkich polskich kapłanów: Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły. – Kiedy podczas obrad wypowiadał się prymas Polski, cała sala zamieniała się w słuch. Co za słowa, akcent, co za łacina – wymienia. Wspomina, że abp Wojtyła był znany w świecie, bo wiele podróżował i był niezwykle aktywny podczas obrad Vaticanum II. Odegrał też znaczącą rolę przy redagowaniu dokumentów soborowych: Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym, Deklaracji o wolności religijnej i Dekrecie o apostolacie świeckich. Jest też głęboko przekonany o tym, że gdyby nie sobór, Wojtyła nie zostałby papieżem.
 
 
Tylko nie tutaj…
Z ostatnią sesją soboru wiąże się też wyjątkowe dla o. Tomzińskiego przeżycie. O. Jerzy był już wówczas, od 1963 r., generałem paulinów. Podczas obrad generałowie tylko trzech zakonów: jezuitów, dominikanów i franciszkanów siedzieli w bazylice watykańskiej na wyróżnionych miejscach. Pozostali przełożeni zakonni mieli swoje miejsca zupełnie z tyłu, za biskupami. – Kiedy jednak przyjechałem do Rzymu, powiedziano, że zmarł generał franciszkanów i ja usiadłem na jego miejscu. Wszystko widziałem jak na dłoni, byłem bardzo blisko konfesji św. Piotra – wspomina. Jeszcze większym wyróżnieniem był dla niego dzień 17 listopada, kiedy usłyszał, że ma przewodniczyć jednej z Mszy św. śpiewanych w języku łacińskim dla wszystkich ojców soborowych. Była ona odprawiana codziennie przez innego ojca soborowego. O. Jerzy był jednym z trzech Polaków – obok abp. Antoniego Baraniaka i abp. Karola Wojtyły, którzy dostąpili tego zaszczytu. – Kiedy usłyszałem, że Mszy św. będzie przewodniczyć o. Jerzy Tomziński z Polski, byłem kompletnie zaskoczony. Do tej pory przewodniczyli prymasi, patriarchowie, kardynałowie, a teraz słyszę swoje nazwisko. Wiedziałem jednak, że ten zaszczyt spotkał mnie z uwagi na rangę Jasnej Góry – opowiada. Jak zaznacza, było to niezapomniane przeżycie.  
Pracując wśród Polonii w Rzymie, a później, jako generał zakonu (do 1975) o. Tomziński propagował kult Matki Bożej Jasnogórskiej, szerząc tym samym wiedzę o Polsce, Jasnej Górze i Częstochowie. Ostatnia sesja Vaticanum II przypadła na okres końcowych przygotowań do obchodów Millennium Chrztu Polski. Uczestniczył wówczas w rozmowach biskupów na temat tego, jak uczcić tę wyjątkową rocznicę. Hierarchowie zadecydowali, aby wszystkim ojcom soborowym ofiarować obraz Matki Bożej Jasnogórskiej z listem zapraszającym do Polski. Obraz został przygotowany w jednej z weneckich firm, na podstawie kliszy, którą o. Tomziński miał przy sobie.
4 grudnia 1965 r. wizerunki zostały przywiezione do Watykanu kilkoma samochodami. Jak wspomina zakonnik, obrazu nie przyjęła tylko jedna osoba: abp Marcel Lefebvre, który później założył ruch tradycjonalistów, Bractwo św. Piusa X.
– To wtedy na soborze cały świat dowiedział się o obchodach Millennium Chrztu Polski i o Jasnej Górze – zauważa.
W Wigilię 1965 r. na Jasnej Górze miał gościć wyjątkową osobę – Pawła VI, który chciał przyjechać do Polski, by u stóp Maryi Częstochowskiej wygłosić rocznicowe przemówienie. Jak wiadomo, rządzący Polską komuniści nie wpuścili papieża do Polski.
Dwadzieścia sześć lat później o Częstochowie znowu było głośno. O. Jerzy odegrał szczególną rolę w przygotowaniu i przeprowadzeniu VI Światowego Dnia Młodzieży. Sam nazywa siebie „człowiekiem Jasnej Góry”.
– Pamiętam, jako mały chłopiec, byłem na Jasnej Górze z tatą. Obchodziliśmy mury klasztoru, a ja zauważyłem przez okno celę zakonnika, w której było tylko łóżko i biurko – wspomina. – Pomyślałem, nigdy w życiu, tylko żebym tutaj nie trafił – śmieje się zakonnik. – A przecież jestem tutaj już od ponad osiemdziesięciu lat… – dodaje. Na pytanie o to, jak udaje mu się zachować tak dobrą kondycję, odpowiada: – Staram się, po prostu się staram.
  

 „Żywa legenda Jasnej Góry”
– Dla mnie to wielkie zdziwienie, nie zdaję sobie sprawy, że mam tyle lat... Patrzę na moje życie i uświadamiam sobie, że staję wobec nieprawdopodobnej zagadki. W głowie nie może mi się pomieścić, jak to się mogło stać, że ja od 13. roku życia jestem w zakonie; że ja, zwyczajny Jasio z Przystajni, przeżywałem w życiu nieprawdopodobne sytuacje: iluż świętych poznałem, czterech papieży, prymasa Wyszyńskiego, kard. Wojtyłę; ileż ważnych wydarzeń było w Kościele, przy których Pan Bóg mnie postawił. Stwierdzam, że u człowieka nie ma przypadków. Wszystkim kieruje „słodka Opatrzność Boża”. Nie wyobrażam sobie życia bez Jasnej Góry. Dla mnie życie to Jasna Góra i Rzym – to dwa miejsca, gdzie czuję się spokojny, szczęśliwy. Po Panu Bogu muszę podziękować Generałowi Zakonu. Wszystko, co przeżyłem, zawdzięczam – po Bogu – Zakonowi: wychowanie, wykształcenie, to, że tu jestem, na Jasnej Górze...
Źródło: “Niedziela”, 49/2008.
 


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki