Logo Przewdonik Katolicki

Prawdziwe Camino

Błażej Tobolski
Fot.

Jestem przykładem na to, że szlak jakubowy ma początek na progu własnego domu stwierdza z uśmiechem 37-letni Darek Drożdż. Latem zeszłego roku wyruszył z Żernik pod Obornikami Wielkopolskimi, gdzie mieszka. Do Santiago de Compostela doszedł jesienią, pokonując 3 tysiące kilometrów.

 

– Jestem przykładem na to, że szlak jakubowy ma początek na progu własnego domu – stwierdza z uśmiechem 37-letni Darek Drożdż. Latem zeszłego roku wyruszył z Żernik pod Obornikami Wielkopolskimi, gdzie mieszka. Do Santiago de Compostela doszedł jesienią, pokonując 3 tysiące kilometrów.
 
 
Darek, jak przyznaje, zaczął myśleć o Camino niespełna rok wcześniej, kiedy dostał od żony audiobook Pielgrzym Paulo Coelho. – Książka nie do końca do mnie trafiła ze wszystkimi treściami, ale pociągnęła mnie idea pielgrzymowania do Santiago de Compostela. Pomyślałem, że coś takiego chciałbym przeżyć i zaczęło to we mnie dojrzewać. Pierwotnie chciałem pokonać tę drogę z przerwami, po kawałku, ale potem postanowiłem, że jak już coś robić, to do końca, tradycyjnie: wyjść z domu i dojść do celu.
 
Kamień na drogę
Zaczął więc szukać informacji na temat Dróg św. Jakuba, a swoim przełożonym w firmie, gdzie pracuje jako informatyk, kierując kilkunastoosobowym zespołem, powiedział, że potrzebowałby dwóch miesięcy bezpłatnego urlopu oprócz tego, który mu normalnie przysługiwał. – Nie ukrywałem, po co mi ten urlop. Zresztą szef przyznał, że też myśli o tym, żeby iść – wspomina. Kiedy w grudniu dostał pozytywną decyzję, wiedział już, że wyprawa dojdzie do skutku. – Co prawda, kiedy pierwszy raz powiedziałem o tym żonie, stwierdziła: „Chyba zwariowałeś! Nie ma takiej możliwości”. Jednak byłem cierpliwy i kiedy żegnaliśmy się przed samym wyjściem, żona wybrała mi nawet piękny kamień, który, tak jak inni pielgrzymi, wziąłem ze sobą w drogę. Ten kamień w czasie pielgrzymki symbolizuje wszystkie złe rzeczy, które chce się zostawić na szlaku. Pozbyłem się go, tradycyjnie pozostawiając na wzgórzu Cruz de Ferro, jakieś 200 km przed Santiago. Wówczas zrobiło mi się lżej, nie tylko dosłownie.
 
Pierwszy tysiąc
Jeszcze na parę miesięcy przed wyruszeniem w drogę, Darek zaczął kompletować ekwipunek: wygodne buty, trochę szybkoschnących rzeczy oraz przewodniki i mapy po kolejnych odcinkach szlaku, którym zamierzał iść. – Okazały się one niezwykle przydatne. Od początku postanowiłem korzystać z tradycyjnych map, bo komórka z GPS-em mogłaby, jak każdy sprzęt elektroniczny, zawieść. Ale i tak bardzo się przydała, bo przyznam, że byłoby mi trudno iść, nie mając kontaktu telefonicznego i przez Skype’a z żoną i z córkami. Zresztą gdyby nie mój tata i teść, którzy zadeklarowali opiekować się nimi w czasie mojej nieobecności, chyba bym nie poszedł – przyznaje.
– Przed pielgrzymką ćwiczyłem też chodzenie z kijami, które naprawdę bardzo pomagają. Okazało się jednak, że nijak ma się to do chodzenia z plecakiem, który waży ok. 12 kg. Moje ciało nie wytrzymało piątego dnia. Wtedy dopadły mnie bóle ścięgien pod kolanami. Ale tak naprawdę wszystko przestawało boleć dopiero po przejściu pierwszego tysiąca kilometrów. Wówczas po dniu wędrówki odczuwałem już tylko zmęczenie – opowiada Darek. Celowo też, jak mówi, nie obciążał plecaka namiotem, żeby mieć na noclegach kontakt z ludźmi. – Każdego dnia musiałem pukać i prosić o nocleg. Spotykałem się z bardzo różnymi reakcjami, a to uczyło mnie pokory. Często zastanawiałem się też, jak ja bym się zachował, gdyby ktoś po prostu zapukał do moich drzwi. Tak naprawdę odpowiedź nie jest taka oczywista...

  

Sam ze swoimi myślami
A jak wyglądał dzień pielgrzyma? – Śniadanie, jeśli się udało, jadłem u gospodarzy, a jeśli nie, to po trzech godzinach drogi, ok. godz. 10.00, kupowałem litr mleka, pasztet i bułki. Co rano dziękowałem Bogu za kolejny dzień, później odmawiałem Różaniec. Korzystałem też z godzinek i kanonów Taizé, które miałem w telefonie. Idąc, rozmyślałem o swoim życiu, o tym wszystkim, co mnie w nim spotkało, o tym, z czym idę, ale też czasami o „niebieskich migdałach”. Do miejscowości stanowiącej danego dnia cel drogi starałem się dochodzić ok. godz. 17.00. Tam robiłem sobie coś do jedzenia, a potem szukałem noclegu – opowiada Darek. Nie zawsze było to proste, choć, jak mówi, spotykał ludzi, którzy o Camino nic nie słyszeli, a przyjmowali go z otwartymi ramionami. – W Niemczech pewien pan zagadnął mnie na ulicy, pytając, dokąd idę. Kiedy odpowiedziałem, że do Hiszpanii, zdziwił się, ale wziął mnie do siebie na noc. Jego żona była po wylewie, na wózku inwalidzkim. Zresztą tak się składało, że najczęściej tam, gdzie ludzie mnie przyjmowali – i to z wielką życzliwością – albo żyli biednie, albo ktoś w rodzinie był chory.
 
Kompleta przy świecach
– W Polsce stosunkowo łatwo było o gościnę, zwłaszcza w parafiach i klasztorach. Problem zaczął się w Czechach. Nie wiedziałem, że panuje tam aż taki ateizm. Tam też, jedyny raz podczas całej wędrówki, nie byłem w stanie znaleźć w niedzielę miejscowości, gdzie byłaby akurat sprawowana Msza św. Przed Pragą, w Benatkach, trafiłem jednak na parafię, gdzie pracuje polski ksiądz, który serdecznie mnie przyjął. Jak mówił, jego parafia ma 7 tys. osób, z tego wierzący stanowią zaledwie 1 proc. Jeśli na niedzielnej Mszy jest 30 osób, to jest świetnie.
Przez pierwsze półtora miesiąca, do południowej Bawarii, Darek szedł zupełnie samotnie. – Potem coraz częściej mijałem pielgrzymów różnych narodowości, z którymi jednak szybko znajdowałem wspólny język – zaznacza, dodając, że w Niemczech zaskoczyła go ogromna serdeczność mieszkańców. – W Szwajcarii przeżyłem za to niezapomniany nocleg w średniowiecznym opactwie Cysterek w Romont. Tu po raz pierwszy nocowali ze mną czterej inni pielgrzymi. Siostry zaprosiły nas wieczorem na kompletę śpiewaną na głosy przy blasku świec. Czuliśmy się, jak przeniesieni w dawne czasy – wspomina Darek.
Najtrudniej szło mu się przez Francję, ze względu na nieznajomość języka, ale i tak, jak przyznaje, była to wspaniała droga. – Niestety, tam musiałem już 600 km przejechać autostopem, bo wiedziałem, że nie starczy mi urlopu.
 
Hiszpańska „pielgrzymkostrada”
Pod koniec września Darek dotarł do miasteczka St. Jean-Pied-de-Port na granicy francusko-hiszpańskiej, skąd najczęściej wyruszają pielgrzymi do Compostela. – Nie spodziewałem się, że będzie ich tam aż tylu. Z czasem jednak polubiłem wspólne wędrowanie. Nie dziwię się już jednak, że ludzie nazywają hiszpański odcinek „pielgrzymkostradą”. Nie brakuje tu też alberg, a największa pod samym Santiago może pomieścić nawet 800 osób.
To w jednej z nich przeżył nocleg, który szczególnie utkwił mu w pamięci. – Nocowało nas tam ok. 50 osób z kilkunastu krajów świata, m.in. z Kanady, RPA czy Japonii, a ja byłem jedynym Polakiem. W tym miejscu czekały na nas składniki na kolację, z których sami przyrządziliśmy sobie posiłek. Tak jak co dzień, kupiono je z datków pielgrzymów nocujących tu dzień wcześniej. Wieczorem opiekun tej albergi zabrał nas na modlitwę do kościoła. Podczas niej przekazywaliśmy sobie zapaloną świecę, a ten kto trzymał ją w rękach, modlił się na głos w swoim ojczystym języku. Miało się tam wrażenie, jakby cały świat się zjechał.
 
Zacznie się dopiero po powrocie
Droga do grobu św. Jakuba i dalej, na „Koniec świata” do Finisterry, zajęła Darkowi trzy i pół miesiąca. – Podliczyłem, że oprócz powrotnego biletu lotniczego i zakupów, które zrobiłem przed wyjściem, wydałem 8 tys. zł, ale jestem pewien, że można tę drogę przejść taniej – podkreśla. – Dojście do Santiago de Compostela jest czymś niesamowitym, ale najważniejsza jest jednak sama droga. W jednej z alberg usłyszałem bardzo prawdziwe słowa: „Wasze Camino zacznie się dopiero po powrocie” – wyznaje. Na pielgrzymce całe życie kręciło się wokół kilku niezbędnych czynności, ale, jak zaznacza, wrócić do domu i żyć z tym, co się przeżyło, jest znacznie trudniej. – Zmienia się bowiem stosunek rzeczy ważnych do mniej ważnych, a utrzymać ten poziom świadomości nie jest łatwo, kiedy atakuje codzienność i praca. Udaje mi się to raz lepiej, raz gorzej. Wiem jednak, że w życiu najważniejsze jest to, żeby stale iść do Boga.
 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki