Logo Przewdonik Katolicki

Rosyjski. Reaktywacja

Maria Przełomiec
Fot.

Ukraińska Rada Najwyższa 3 lipca nieoczekiwanie przyjęła ustawę o zasadach polityki językowej, zapewniającą językom regionalnym i mniejszości narodowych rolę równoległego języka urzędowego. Na Ukrainie Rosjanie znów górą?Na Kijowszczyźnie i w całej wschodniej Ukrainie język rosyjski staje się znowu głównym językiem urzędowym. Zysk dla Rosji i dla rządzącej Ukrainą Partii Regionów. Niestety, niestabilne i powoli zrastające się w jedną całość państwo podzieli się po raz kolejny

Ukraińska Rada Najwyższa 3 lipca nieoczekiwanie przyjęła ustawę o zasadach polityki językowej, zapewniającą „językom regionalnym i mniejszości narodowych” rolę równoległego języka urzędowego. Na Ukrainie Rosjanie znów górą?

Na Kijowszczyźnie i w całej wschodniej Ukrainie język rosyjski staje się znowu głównym językiem urzędowym. Zysk dla Rosji i dla rządzącej Ukrainą Partii Regionów. Niestety, niestabilne i powoli zrastające się w jedną całość państwo podzieli się po raz kolejny
 
Chociaż na ustawie zyskują także Węgrzy z Zakarpacia, Rumuni obwodu czerniowieckiego oraz Tatarzy Krymscy, głównym wygranym będą najprawdopodobniej Rosjanie. Wprowadzenie ustawy oznacza bowiem, że w 13 z 27 regionów Ukrainy (w tym na Kijowszczyźnie i całej wschodniej Ukrainie) język rosyjski może stać się de facto językiem urzędowym. Kolejnym zyskującym już, a nie w przyszłości, jest rządząca Partia Regionów. Tylko ciągle niestabilne i powoli zrastające się w jedną całość państwo podzieliło się po raz kolejny.
Jedność w strefie kibica
 Kijowska strefa kibica znajdowała się na głównej ulicy miasta Chreszczatyku. W ostatnich dniach mistrzostw niemal cały czas wypełniał ją kolorowy tłum cudzoziemców i Ukraińców, którzy przyjechali do stolicy z całego kraju. Na ulicach krzyżowały się ze sobą różne języki, przede wszystkim rosyjski i ukraiński, ale także hiszpański, włoski, polski, angielski, niemiecki. Jednak to nie była wieża Babel, a połączona piłkarskim świętem zgodna całość. W niedzielny wieczór 1 lipca, podczas ostatniego meczu Ukraińcy – i ci z Zachodu, i ci ze Wschodu – niewątpliwie czuli się jednym, cieszącym się ze wspólnego osiągnięcia narodem. Nie na długo. Jeszcze nie sprzątnięto z Chreszczatyku piłkarskich dekoracji, gdy pod Ukraińskim Domem na zamykającym kijowską arterię placu Europejskim, oddziały specjalne milicji Berkut próbowały rozpędzić protestującą w obronie języka ukraińskiego manifestację. Berkutowców było tylu, że jak zauważył jeden z uczestników, wystarczyłoby na zdobycie pałacu prezydenta Assada, demonstrantów około tysiąca. Starcie na szczęście nie zakończyło się specjalnie krwawo, chociaż parę osób trafiło na krótko do szpitala. Ostatecznie Berkut odwołano, a demonstranci zostali, pilnie obserwowani przez stojących w bocznych ulicach milicjantów. Władza jednak na razie nie reaguje. Widać doszła do wniosku, że powtórki z pomarańczowej rewolucji 2004 r. i tak nie będzie, a zbytnia brutalność mogłaby dodatkowo pogrążyć prezydenta Janukowycza w oczach Zachodu. Ukraina jednak znowu jest podzielona.

 

Historia lubi się powtarzać
 
 Deklaracje zrównania praw języka rosyjskiego z ukraińskim wracały jak bumerang niemal we wszystkich ukraińskich kampaniach wyborczych. Kiedyś taką obietnicę składał prezydent Kuczma, potem przy każdej okazji powtarzał ją Wiktor Janukowycz. Powtarzał i natychmiast po wyborach zapominał. Tym razem być może stało się inaczej. Piszę być może, bo prezydent ustawy jeszcze nie podpisał. Czy to zrobi – nie wiadomo, część obserwatorów ukraińskiego życia politycznego twierdzi, że ostatecznie się wycofa, inni dowodzą jednak, że w takim wypadku nie prowokowałby całej awantury. Chyba że wcale nie chodzi o złapanie, tylko o gonienie językowego „króliczka”. Jedno jest pewne, wszystko było bardzo precyzyjnie zaplanowane. Ustawa została przyjęta przez ukraiński parlament dwa dni po zakończeniu Euro, kompletnie nieoczekiwanie i, jak podkreśla opozycja, z naruszeniem wszelkich zasad, a na pewno regulaminu parlamentu. Przede wszystkim projektu nie było w porządku obrad. Natomiast w pewnym momencie przewodniczący Rady Najwyższej, Wołodymyr Łytwin, został pilne wezwany do administracji prezydenta. Zastąpił go przedstawiciel komunistów wicemarszałek Adam Martyniuk. Późnopopołudniowe posiedzenie toczyło się sennie, na sali nie było dziennikarzy, niewielu przedstawicieli opozycji i wtedy nagle Martyniuk zarządził głosowanie. Część posłów poparła jego wniosek, sądząc, że chodzi jedynie o wniesienie językowej ustawy do porządku obrad, przedstawiciele rządzącej Partii Regionów wiedzieli jednak, co robią. Nowe prawo o języku zostało przyjęte. Oburzony przewodniczący parlamentu podał się do dymisji, stwierdzając, że został oszukany, podobnie jak cały ukraiński naród. W jego ślady poszedł opozycyjny przedstawiciel partii Julii Tymoszenko „Batkiwszczyna” – wicemarszałek Mykoła Tomenko. Na parlamentarnej większości nie zrobiło to jednak specjalnego wrażenia. Na zarzut jednego z liderów opozycji, Arsenija Jaceniuka, że takie podstępy przystoją bandytom, a nie deputowanym, triumfujący Mychajło Czeczetow z Partii Regionów stwierdził krótko: „To była piękna gra, opozycja dała się podejść jak dzieci. Nie wiem, co będą robić na jesiennych wyborach parlamentarnych…”.
 
Bezradna opozycja
 
Po kilku dniach uspokojony Wołodymyr Ływtin przestał rzucać gromy na ustawę, którą wcześniej nazwał zagrożeniem dla ukraińskiego bezpieczeństwa i stwierdził tylko, że nie podoba mu się sposób jej przyjęcia. Decyzję o dymisji podtrzymał, ale ponieważ feralne posiedzenie było najprawdopodobniej ostatnim przed wakacyjną przerwą, wnioskiem marszałka do jesieni i tak nikt się nie zajmie. Co prawda, bez jego podpisu ustawa językowa nie może trafić do prezydenta, ale być może właśnie o to chodzi. Złapany króliczek byłby kłopotliwy, goniony daje partii rządzącej same korzyści. „Jeśli chcemy bronić naszych interesów narodowych i języka ojczystego, to nie można zaakceptować ustawy, którą uchwalono z naruszeniem konstytucji i regulaminu parlamentu, trzeba bronić języka ”, oznajmił, składając dymisję, Mykoła Tomenko.
Problem w tym, że opozycja akcją Partii Regionów została kompletnie zaskoczona. Jej pierwszą klęską było samo głosowanie, kolejną porażką są dotychczasowe akcje w obronie narodowego języka. To prawda, że zaczęły się niemal natychmiast i to w kilku miastach Ukrainy, w tym także na wschodzie. Sprawiały jednak wrażenie raczej protestów zorganizowanych ad hoc przez entuzjastów niż przemyślanych i dobrze rozplanowanych demonstracji. Ciągle jeszcze trwają, na schodach Domu Ukraińskiego zbiera się i młodzież i artyści czytający ukraińskie utwory, ale ich liczba nie przekracza kilkuset, góra kilku tysięcy osób. I to mimo że 6 lipca jeden z liderów Zjednoczonej Opozycji Arsenij Jaceniuk ogłosił rozpoczęcie akcji „Ukraina bez Janukowycza”, która ma trwać tak długo, póki opozycji nie uda się odsunąć obecnego prezydenta od władzy.
 Podobna akcja miała już miejsce na Ukrainie. W latach 2000–2001. Zorganizowała ją po zabójstwie dziennikarza Georgija Gongadze Julia Tymoszenko. Kuczmy wówczas odwołać się nie udało, chociaż i organizacja, i powód były lepsze. Opozycję jednak owe akcje wyraźnie wzmocniły, co w efekcie zaowocowało jej zwycięstwem w wyborach parlamentarnych 2002 r. i ostatecznie doprowadziło do pomarańczowej rewolucji. Jak powiedział Marks, historia powtarza się, ale jako farsa.
 
Co czeka Ukrainę
 
Na obecnej sytuacji zyskują tylko dwie partie. Pierwsza to rządząca Partia Regionów, która przedstawiła się swemu wschodniemu elektoratowi jako ugrupowanie dotrzymujące słowa i troszczące się o obywateli z językowymi problemami. W tej sytuacji sprawa języka może usunąć na dalszy plan poważne problemy socjalne i przełożyć się na większą frekwencję oraz wzrost poparcia dla Regionów, nie tylko na wschodzie Ukrainy. Drugim zwycięzcą jest nacjonalistyczna „Swoboda”, to ona bowiem wysforowała się na czoło walki z ustawą językową, to ona ma najbardziej radykalne hasła i to jej sztandary najczęściej można było zobaczyć na początkowych demonstracjach. A „Swoboda”, jak już zauważyły rosyjskie media, odbierze głosy nie władzy, ale przede wszystkim umiarkowanej Zjednoczonej Opozycji.
 Część ukraińskich ekspertów twierdzi, że to dziwne ultranacjonalistyczne ugrupowanie od początku było projektem Partii Regionów, dla której jest niesłychanie wygodnym przeciwnikiem. Nacjonalizm oraz odwoływanie się do banderowskich tradycji „Swobody” są bowiem w Europie przyjmowane chyba jeszcze gorzej niż uwięzienie Julii Tymoszenko. Oczywiście ten „mit założycielski” „Swobody” trudno udowodnić. Natomiast przyznać trzeba, że całą językową historię ukraińska władza rozegrała wyjątkowo sprytnie. Ustawa niby została przyjęta, ale podpisać jej nie można. Sprawa zdominuje kampanię wyborczą – inne, niewygodne dla władzy, kwestie usuwając w cień. Opozycja, walcząc o język ukraiński straci poparcie na wschodzie, a zachodni elektorat w dużej mierze może jej odebrać „Swoboda”.
 Tylko trochę szkoda, że jakoś nikt z ukraińskich machiavellich nie pomyślał o interesie państwa i o tym, co na krótko udało się zyskać dzięki Euro 2012. Tak szybko wszystko ma być zapomniane?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki