Logo Przewdonik Katolicki

Katolicyzm macie we krwi

Błażej Tobolski
Fot.

O polskim katolicyzmie, skutecznej ewangelizacji i szansie na przemianę życia, z ojcem Jamesem Manjackalem, kapłanem z Kongregacji Misjonarzy św. Franciszka Salezego pochodzącym ze stanu Kerala w południowo-zachodnich Indiach, rekolekcjonistą i charyzmatykiem

O polskim katolicyzmie, skutecznej ewangelizacji i szansie na przemianę życia, z ojcem Jamesem Manjackalem, kapłanem z Kongregacji Misjonarzy św. Franciszka Salezego pochodzącym ze stanu Kerala w południowo-zachodnich Indiach, rekolekcjonistą i charyzmatykiem

 

Głosił Ojciec rekolekcje już w ponad stu krajach świata. Coraz częściej jest ojciec zapraszany także do Polski. To może na początek, jak nas Ojciec odbiera?

− Zaobserwowałem, że Polacy to mili, prostolinijni i pełni miłości ludzie. Nie są tak uparci i zatwardziali w sercach jak np. mieszkańcy zachodniej Europy.

 

A jak ocenia Ojciec kondycję naszego katolicyzmu?

− Niestety, według mnie jest ona bardzo zła. Wielu ludzi odchodzi od wiary i od Kościoła. Do Polski napływa też mentalność zachodnioeuropejska, to znaczy sekularyzm, relatywizm, materializm... Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do waszego kraju pięć lat temu, wielu księży mówiło mi, że ok. 45–50 proc. wiernych przychodzi na Mszę św. Teraz słyszę od nich, że jest ich już tylko 25–30 proc. To pokazuje bardzo szybkie, drastyczne zmiany, które zachodzą obecnie w waszym kraju. Wielu ludzi nie modli się zbyt często, nie przystępuje do sakramentów.

Przyznam jednak, że kiedy poznaję Polaków coraz lepiej, to widzę, że macie katolicyzm „we krwi”. To jedynie pewne zewnętrzne okoliczności powodują, że niektórzy zostają odciągnięci od wiary. Uważam więc, że jeśli będzie się im wystarczająco mocno głosić Ewangelię, to jest szansa przyprowadzić ich z powrotem do Boga i do Kościoła. Dlatego bardzo potrzebna jest dziś ewangelizacja.

 

Mamy tego świadomość. Tylko jak skutecznie ewangelizować, żeby trafiać z Dobrą Nowiną do ludzi?

– Głównym narzędziem ewangelizacji jest bezpośrednie głoszenie słowa Bożego. Podkreślam, nie tylko jego czytanie, ale również głoszenie. Słowo Boże jest bowiem tak ostre, jak miecz obosieczny i kiedy jest głoszone, przynosi nowe życie oraz nawrócenie. Ożywia ono również wiedzę, którą mamy, a która sama z siebie jest martwa. Nie wystarczy, kiedy ludzie wiedzą, że np. niemoralny styl życia i rozwiązłość są czymś złym. Dopiero kiedy usłyszą słowo Boże i zrozumieją konieczność wyrzeczenia się tego zła, będą w stanie zmienić swoje życie. Zresztą kiedy głosimy słowo Boże z mocą, to wówczas sam Duch Święty przychodzi i działa. Dlatego uważam, że w Polsce powinno działać jak najwięcej kaznodziei, a biskupi powinni do tego głoszenia zachęcać.

 

Podczas swoich rekolekcji podkreśla też Ojciec, że słabo znamy Biblię...

− Na każdych rekolekcjach pytam: „Ilu z was przeczytało chociażby raz Pismo Święte?” i z tysiąca osób zgłasza się zaledwie 20 czy 25. Jeszcze gorzej jest, gdy pytam o znajomość Katechizmu Kościoła Katolickiego. To pokazuje ogromną niewiedzę i ignorancję dla słowa Bożego oraz nauczania Kościoła. Co gorsze, ludzie sięgają po różne inne wartości i zastępują nimi nasze, chrześcijańskie. Generalnie więc zauważam, że polscy katolicy nie mają potrzeby czytania Biblii i literatury religijnej. W tej sytuacji Kościół, mam tutaj na myśli biskupów i księży, a także ci świeccy, którzy są zaangażowani w odnowę duchową, powinni tym bardziej głosić słowo Boże i ewangelizować.

 

Dla wielu zagubionych szansą mogą być również rekolekcje, także te prowadzone przez Ojca?

− Polacy potrzebują obecnie wielkich rekolekcji, podczas których będą mogli spotkać się z żywym Bogiem i Jego Słowem. Widzę bowiem, z jaką uwagą słuchają tego, co mówię. Dostrzegam też zmiany, jakie dokonują się w uczestnikach rekolekcji, które głoszę i jestem pewien, że o tych dokonujących się w nich prawdziwych przemianach i nawróceniu mogą zaświadczyć także księża słuchający w ich trakcie spowiedzi. Kiedy więc duchowieństwo narzeka, że ludzie odchodzą od Kościoła, zawsze pytam ich, czy dali ludziom szansę i możliwość powrotu do Kościoła, np. przez rekolekcje.

 

Nie zawsze jednak na rekolekcje przychodzą takie tłumy, jak na te, które głosi Ojciec. Co ich przyciąga? Ojca nazwisko?

– Musielibyście ich zapytać. Prawdopodobnie to dlatego, że ludzie chcą doświadczyć mocy Ducha Świętego, że gdzieś, czasem głęboko w ich sercach, kryje się pragnienie przemiany życia. To, że na moje rekolekcje przychodzi wiele osób, w Europie zazwyczaj około tysiąca, a w Indiach kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy, jest dla mnie tajemnicą. Pan dał mi po prostu dar głoszenia słowa Bożego. Natomiast jeżeli chodzi o mnie, to mogę tylko powiedzieć, że w moją posługę wkładam sto procent siebie, całą swoją energię i czas. Myślę, że uczestnicy czują to, że całkowicie oddaję się głoszeniu i jestem dla nich. Mam też nadzieję, że czują, iż przede wszystkim daję im miłość.

 

Bycie wciąż całkowicie dla innych zapewne bardzo wyczerpuje. Skąd ma Ojciec na to siły?

– Bóg mi je daje! Pozwala mi, tak jak każdemu kapłanowi, czerpać z trzech źródeł: Eucharystii, mojej osobistej modlitwy i celibatu. Zresztą to Pan powołał mnie, żeby głosić Jego Słowo. I robię to, pomimo wielu trudów i przeszkód, krytycyzmu, z jakim się spotykam, czy niewłaściwych interpretacji mojej posługi, nawet przez biskupów. Mam jednak pokój w sercu i jestem bardzo szczęśliwy w moim powołaniu. I z wielką radością i ochotą „idę pod prąd”. Nigdy się nie cofam.

 

Niedawno minęła 7. rocznica odejścia Jana Pawła II do domu Ojca. Jak Ojciec wspomina swoje spotkania z naszym papieżem?

– Osobiście spotkałem się z Ojcem Świętym kilka razy, także w cztery oczy. Najbardziej wzruszające z nich było to przed udaniem się na misje do Zatoki Perskiej w 1998 r., kiedy to rozpoczęła się moja posługa dla tamtejszych muzułmanów. Pierwszą jej potrzebą było wydrukowanie Biblii w języku arabskim, co miało kosztować jakieś 100 tys. dolarów. Nie miałem jednak na to żadnych funduszy. Szukałem więc pomocy w Rzymie. Wówczas to rozmawiałem z Janem Pawłem II, który powiedział: „Bądź ojcze gotowy przelać krew”. Odpowiedziałem mu na to: „Ty, ojcze już przelałeś swoją krew za nas. I ja jestem gotowy”. Wtedy mnie pobłogosławił i nigdy nie zapomnę tego momentu. Bez składania podań uzyskałem też potrzebne pieniądze na moją misję. Dla mnie jednak miało większe znaczenie jego błogosławieństwo niż pomoc finansowa. Teraz więc zawsze, kiedy udaję się do Arabii Saudyjskiej, Omanu, Iraku czy innych wschodnich krajów, szczególnie czuję jego obecność przy sobie. Nie tylko czuję, ale wiem, że on jest ze mną.

 

 


 

 Świadectwo uzdrowienia o. Jamesa Manjackala

 

Jezus uzdrowił grzesznego księdza

 

Kiedy miałem niecałe osiem lat, straciłem tatę, który zmarł na atak serca. Najmłodsza z mojego pięciorga rodzeństwa siostra miała wtedy zaledwie cztery miesiące, a najstarszy brat 13 lat. Zacząłem się modlić o to, abym został księdzem. Chciałem bowiem odprawić wiele Mszy św., żeby tata dostał się do nieba.

Skończywszy szkołę, dołączyłem do misjonarzy św. Franciszka Salezego i w 1973 r. zostałem wyświęcony na kapłana. Posłano mnie na misje do północnych Indii, do dżungli. Prosiłem jednak Boga, żebym mógł zostać wykładowcą w seminarium, bo takie były moje oczekiwania. I tak też po kilku miesiącach się stało. Zacząłem prowadzić wygodne i bezpieczne życie, ale Bóg miał wobec mnie inny plan.

 

Myślałem, że już po mnie

Grając pewnego dnia w koszykówkę ze studentami, upadłem na boisku jak epileptyk. W szpitalu okazało się, że jestem chory na padaczkę i przez pięć lat będę musiał przyjmować tabletki. Odczuwałem także ogromny ból pleców i brzucha, a lekarze nie wiedzieli, czym jest spowodowany. Przez cztery miesiące leżałem w szpitalu przykuty do łóżka bez żadnej diagnozy i myślałem, że już po mnie. W końcu stwierdzono, że mam gruźlicę nerki i jej infekcję oraz kamienie. Przez trzy miesiące miałem brać zastrzyki, a potem przejść operację.

Lekarstwa przyjmowałem jednak tylko sześć dni. Siódmego dnia odwiedził mnie bowiem niespodziewanie pewien młody człowiek i zapytał czy może się pomodlić o moje uzdrowienie. Byłem zaskoczony, bo nie było wówczas w Indiach odnowy charyzmatycznej i nawet księża nie modlili się o uzdrowienie fizyczne. Co więcej, okazało się, że ten młodzieniec jest katolikiem zaledwie od kilku miesięcy. Wcześniej był hinduistą, narkomanem i żył niemoralnie. Spotkał jednak Jezusa, został przez Niego uzdrowiony i przyjął chrzest.

 

Te słowa poruszyły moje serce

Kiedy zaczął się modlić nade mną, poczułem wielkie światło i moc. Uwierzyłem, że zostałem uzdrowiony fizycznie. Chwilę później prosił: „Jezu, spójrz na serce ojca Jamesa, uzdrów jego duszę, wszystkie zranienia, jego kompleks niższości. To jest grzeszny ksiądz, który Mszę św. sprawuje grzesznym sercem i grzesznymi rękami”. Te słowa poruszyły moje serce. Dotarło do mnie, że mimo iż jestem księdzem i wykładowcą teologii, jestem też grzesznikiem. To był czas, kiedy paliłem trzy–cztery paczki papierosów dziennie. Wstydziłem się tego nałogu. Zresztą moja mama mówiła mi: „Jak mogę przyjmować Komunię z twoich rąk, kiedy one tak strasznie cuchną?”. Miałem też kłopoty z masturbacją.

Kiedy sobie to wszystko uświadomiłem, chciałem nawet rzucić kapłaństwo, czułem bowiem, że nie mam siły walczyć z  moimi nałogami. Modliłem się tylko o Miłosierdzie Boże i o to, żeby Jezus mnie nie opuścił. I Pan mnie uzdrowił. Poczułem Jego wielką miłość do mnie. Zniknął ból, mogłem normalnie spać, jeść i chodzić. Nie musiałem już zażywać leków. Odbyłem też spowiedź z całego mojego życia, a Jezus uwolnił mnie od moich uzależnień. Od tej chwili wielka moc Boża prowadzi mnie przez życie.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki