Logo Przewdonik Katolicki

Łukaszenka jest w każdym z nas

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Z białoruską pisarką Natalką Babiną, autorką książki Miasto ryb, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 
Usłyszałem kiedyś taką radę: jeśli będziesz rozmawiać z mieszkańcem Białorusi, zapytaj go najpierw o ojczysty język. Teraz korzystam z tej rady…
– Urodziłam się w tej części Białorusi, w której żyła etniczna ludność ukraińska – Polesiuki. Moim ojczystym językiem jest więc ukraiński.
 
A białoruski?
– Jestem jedną z nielicznych osób na Białorusi, które posługują się językiem białoruskim.
 
To w jaki sposób porozumiewają się między sobą Białorusini?
– Wszyscy wokół rozmawiają po rosyjsku. To jest dziś język Białorusinów: w szkole, w urzędzie, w pracy, na ulicy. Ci, którzy na co dzień rozmawiają po białorusku, czują się mniejszością.
 
Dzieci w szkołach nie uczą się białoruskiego?
– W dwumilionowym Mińsku jest sześć białoruskich szkół. To tyle, co nic.
Ale jest też coś optymistycznego. Otóż, istnieje powszechny szacunek dla ludzi, którzy mówią po białorusku. Można nie znać języka ojczystego, ale nikt nie odnosi się wrogo wobec jego nosicieli. Jest duże zainteresowanie społeczeństwa narodową identyfikacją, wyczuwa się wyraźną nostalgię wobec języka białoruskiego. Byłabym jednak znacznie bardziej spokojna, gdyby państwo również zaczęło coś robić w tym kierunku. Bo na razie jest tylko grupa ludzi, która podtrzymuje ten, wciąż bardzo słabo tlący się, płomyk.
 
Żadnej pamięci historycznej narodu? Żadnych wspomnień z przeszłości? Wszystko zduszone?
– Przez wiele lat uczono nas historii w sposób całkowicie pozbawiony narodowych akcentów – byliśmy radzieckimi obywatelami i tylko nimi. W szkole nauczyciele mówili po rosyjsku, władza mówiła po rosyjsku, ale ja ze swoimi bliskimi, nie wiedząc właściwie, jak to się dzieje, rozmawiałam jakoś inaczej. W gruncie rzeczy w zupełnie innym języku.
 
Zgrzytało?
– Tak, i dlatego w końcu zaczęłam kopać, dosłownie ryć w książkach jak ten kret i stopniowo dochodzić do mojej rodzinnej historii. Znalazłam swoje nory w czasie.
Od tamtej chwili szukam w historii przede wszystkim prawdy i wiernej opowieści, a nie ideologii.
 
Na okładce Pani książki przeczytałem: „Ta białoruska książka nie jest o Łukaszence”. Tylko że ja nijak nie potrafię odczytywać jej w inny sposób…
– Małgorzata Buchalik,polska tłumaczka Miasta ryb,po przeczytaniu rękopisu faktycznie  stwierdziła: „Nie, to nie jest książka o Łukaszence”.
Ale to jest tekst otwarty, który można czytać i interpretować na wiele sposobów. Pan nie jest pierwszą osobą, która widzi w tej książce krytyczny tekst o Łukaszence. Czasami ludzie mówią również, że jest to książka o poszukiwaniu tożsamości, o samoidentyfikacji, inni z kolei uważają, że traktuje raczej o pograniczu i przenikaniu się wartości kulturowych. Niektórzy twierdzą nawet, że jest to manifest feminizmu, do czego jest mi już w ogóle bardzo daleko.
 
A jak ją odczytywano w Pani kraju?
– W związku z ogólną sytuacją, w jakiej znajduje się dziś Białoruś, więcej osób zwracało uwagę na polityczny kontekst książki. To zresztą normalne – jeżeli żyjesz w warunkach poniżenia politycznego, odszukujesz w tekście te rzeczy, które cię bezpośrednią dotyczą i najbardziej interesują.
 
Takie książki w ogóle mogą się ukazywać na Białorusi?
– Tylko w podziemiu. Tylko w drugim obiegu.
 
Ale akurat Pani książka bije rekordy podziemnej popularności. Jakaś reakcja ze strony władz?
– Nic, cisza. Oficjalne środki masowego przekazu musiały oczywiście książkę zauważyć, ale nikt nie zająknął się o niej ani słowem. W myśl zasady: skoro coś nie funkcjonuje w oficjalnym obiegu, to jakby w ogóle nie istniało.
 
Uderzyło mnie niesamowicie jedno określenie z Pani książki.No bo wjakim normalnym kraju używa się sformułowania: „śledczy literaturoznawcy”…
– To jest historyczna nazwa, która w dosłownym brzmieniu oznaczała „literaturoznawców w cywilu”. Chodzi o przedstawicieli organów władzy, którzy w czasach Związku Radzieckiego śledzili i prześladowali literatów, dziennikarzy oraz wydawców.
Historia białoruskiej literatury jest rzeczywiście tragiczna – w 1937 r., w ciągu jednej nocy rozstrzelano ponad stu białoruskich pisarzy. To musiało oczywiście wywrzeć ogromny wpływ na stan całej białoruskiej literatury i na kondycję miejscowej inteligencji. Do dzisiaj zresztą wywiera…
 
„Literaturoznawcy w cywilu” nadal stukają do Waszych drzwi?
– Czasami tak. Ja na co dzień pracuję w niezależnej gazecie „Nasza Niwa” – nasza redakcja i prywatne mieszkania były nie raz przeszukiwane, a dziennikarze wzywani do KGB i do prokuratury. Tak było choćby w grudniu ubiegłego roku po wyborach prezydenckich i stłumieniu siłą protestów białoruskiej opozycji.
Ale nie chciałabym, żebyście nam aż tak bardzo współczuli i uważali, że jesteśmy tacy biedni, bezbronni i prześladowani. W końcu nie bez przyczyny KGB  po przesłuchaniu naszego redaktora naczelnego, Andreja Skurko, nadała mu charakterystykę: typ chytry i przebiegły.
Więc staramy się być chytrzy i przebiegli.
 
 I dlatego akcja Pani książki rozgrywa się w 2012 r., a białoruski prezydent nazywa się Tarasienka?
– Tak, wszystko co opisuję to czysta fantastyka /śmiech/.
 
Policzyłem, że nazwisko Łukaszenki pojawia się w książce tylko jeden raz. Jest za to wspomniany Tarasienka. To takie „wyższe” stadium Łukaszenki?
– Łukaszenka nie jest kimś wyjątkowym, to jedynie pewien symbol – on tak naprawdę tkwi w każdym z nas. I można w sobie to zło zadusić, ale można też je kultywować. Ale jeżeli wybierzemy tę drugą drogę, to wtedy prędzej czy później przyjdzie Tarasienka – jeszcze gorszy od swego poprzednika.
 
Miasto Ryb poraża bardzo wiernym opisem białoruskiej rzeczywistości, w której uczciwa jednostka jest właściwie całkowicie bezradna wobec wszechwładzy partyjnych kacyków i lokalnych mafiosów.
– A w Polsce tak nie jest?
 
Pewnie trochę też… Ale na pewno nie na taką skalę i nie tak bezczelnie.
– Ja w ogóle uważam, że na świecie przez cały czas toczy się mniej lub bardziej ukryta walka dobra ze złem. Na Białorusi zło święci triumfy w sposób jawny. To efekt tego, że  Białorusini jakiś czas temu wyrzekli się swojej białoruskości, odeszli o niej. Ale to nie jest sytuacja dana raz na zawsze. Wierzę, że to się kiedyś odwróci.
 
Napisała Pani: „Ludzie Pogranicza mają smutne oczy”. Pani też jest z Pogranicza…
– Ta ziemia za dużo przeżyła. Granica państwowa rozczłonkowała tereny nadbużańskie. Coś, co kiedyś było spójną całością, zostało brutalnie pocięte. To się odbyło na żywym organizmie. Nikt nie pytał miejscowych o zdanie, nikt się nie przejmował ich uczuciami i  tęsknotami. Takie rzeczy musiały pozostać w ludziach. Także w wyrazie naszych oczu…
 
 Bug jest właściwie pełnoprawnym, jeżeli nie głównym, bohaterem Pani powieści…
– Przez lata Bug istniał dla mnie tylko w opowieściach dziadków. Dla nich ta rzeka była niemal żywą istotą, bliską osobą, z którą związane było całe ich życie. Ja po raz pierwszy zobaczyłam Bug dopiero jako osoba dorosła, będąc w Polsce, w wiosce, w której żyje moja przedzielona granicą rodzina. Wtedy mogłam go po raz pierwszy dotknąć; przywitać się z nim.
 
Po stronie białoruskiej jest nadal drut kolczasty?
– Tak, pojawił się w 1947 r., wraz z pasem ziemi niczyjej oraz strefą kontrolną z całkowitym zakazem ruchu. Od przeszło 60 lat oddziela nas od Bugu. Ale czasem tęsknota okazuje się silniejsza. Mój dziadek machnął kiedyś ręką na wszelkie zakazy i stwierdził: muszę jeszcze raz popatrzeć na swoją rodzinną ziemię. Przeszedł przez drut, ominął strzeżony pas kontrolny, wsiadł do łodzi i odbił od brzegu. Pogranicznicy złapali go dopiero na środku rzeki. Z drogi zawrócili, ale tęsknoty nie zagasili. Bo człowieka zawsze będzie ciągnęło tam, gdzie jego korzenie.
 
I dlatego jest nadzieja dla Białorusi?
– Jestem optymistką, choć za nami ciężki rok wzmożonych represji. Ale musimy to przetrwać. Z jednej strony widzę bowiem ogromny kryzys spowodowany siedemnastoma latami rządów Łukaszenki, a z drugiej dostrzegam powolny proces scalania narodu i jednoczenia się społeczeństwa. Mam nadzieję, że to się będzie rozrastało, że w końcu wybuchnie, a ludzie zaczną walczyć o swoją, tyle lat deptaną, godność. Naprawdę wierzę w Białorusinów. Potrzebny jest tylko czas.
 
 

Natalka Babina (ur. 1966) – białoruska pisarka i dziennikarka niezależnego tygodnika „Nasza Niwa”. Autorka bestsellerowej powieści Miasto Ryb, nominowanej do tegorocznej Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.Jej powieść stanowi opis białoruskiej rzeczywistości widzianej z perspektywy pogranicza i odchodzącego świata trzech splątanych ze sobą kultur: białoruskiej, ukraińskiej i polskiej.Książka jest powieścią obyczajową z elementami kryminału i political-fiction, pisaną w konwencji reportażu.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki