Logo Przewdonik Katolicki

By kopali piłkę, nie kolegę

Michał Bondyra
Fot.

Był obiecującym bramkarzem gdańskiej Lechii. Jego karierę zdusiła brutalnie w zarodku kontuzja. Zamiast użalać się nad złym losem, Piotr Klecha zaczął pomagać siedzącym po bramach i podwórkach chłopakom. Piłkarskiego bakcyla połknęła większość z nich.

 

 

Gminny Ośrodek Sportu i Rekreacji w Luzinie na Kaszubach jest imponujący. Wszystko tu lśni rozmachem i nowoczesnością. I tętni życiem. Co roku odbywa się tu ponad dwadzieścia imprez. – Mamy dziesięć zespołów ligi sołeckiej, 20 ekip amatorskiej ligi halowej, 14 drużyn ligi siatkarskiej, 11 teamów ligi dziecięcej. Są też seniorskie zespoły A-klasy. Organizujemy też kaszubską paraolimpiadę – wymienia jednym tchem Piotr Klecha, dziś dyrektor tego fantastycznego ośrodka. Warto dodać, że za udział w żadnej z nich dzieciaki nie płacą. – Jestem wrogiem „kasowania” dzieci za grę w piłkę. Nie chodzi o to, by osiągały one jakieś wielkie sportowe wyniki, najważniejsze by ci młodzi ludzie konstruktywnie spędzali czas: by kopali piłkę, nie kolegę, niezależnie od tego, jak zasobny portfel mają rodzice – dodaje.
To ostatnie zdanie świetnie definiuje jego podejście do piłki, jako antidotum na demoralizującą nudę i ważny filar zdrowych zasad wychowania. Ale jego droga od bramkarza, któremu zawaliła się kariera, do szefa nowoczesnego ośrodka sportu wcale nie była łatwa. Jedną z jej ścieżek był też Kościół.
 
Łękotka i gronkowiec
Atletyczny, liczący nieco powyżej 185 cm wzrostu 38-latek to dziś poważny pan dyrektor. Gdy jednak zaczynamy rozmawiać o chłopakach i piłce, łatwo dostrzec w jego oku błysk. Błysk charakteryzujący człowieka mogącego godzinami opowiadać o swojej pasji, którą mimo upływu lat wciąż żyje.
Piłkę zaczął kopać jako 9-latek. Dwa lata wcześniej został ministrantem. To było u cystersów w Gdańsku Oliwie. – Piłka, kościół i jeszcze to nazwisko Klecha, to wszystko gdzieś się mieszało – śmieje się. Jego kariera piłkarska nabierała rozpędu, a mały Piotrek zdobywał z juniorami gdańskiej Lechii dwa medale Mistrzostw Polski Juniorów. – Ocierałem się już wtedy o tę dużą piłkę – mówi, dodając że po drodze były też i różne inne atrakcje. – Przez nie człowiek nie zawsze się na tej piłce skupiał – przyznaje. To były lata 90. XX w. Zdążył jeszcze zaliczyć mecz w bramce pierwszej drużyny Lechii. – To była druga liga. Wtedy przypałętała mi się kontuzja. Łękotka. Nic strasznego, ale na stole operacyjnym dostałem gronkowca – wraca do początków obiecującej kariery. To ten pasożyt zatrzasnął mu drzwi do podboju ligowych boisk. Miał zaledwie 21 lat.
Dwa lata przed kontuzją wraz z kolegą ministrantem Olafem Dramowiczem i cystersem o. Wiesławem Rymarczykiem założyli klub Olivia. Klub istnieje do dziś, a w jego herbie wciąż jest Matka Boża na drzewku oliwnym. – Początki były strasznie trudne. Chłopaki nie umieli grać, nie wiedzieli nawet, w którą stronę kopnąć piłkę – śmieje się. – Z Olivią do dziś związany jest Olaf (jest prezesem klubu – przyp. MB), a w klubie jest 8 grup młodzieżowych: 250 dzieciaków, grających na naprawdę przyzwoitym poziomie – kontynuuje.
 
To nie jest trudna młodzież
Tczew od Gdańska dzieli 35 km. To tam w 1998 r. na długie sześć lat zakotwiczył Piotr Klecha. Nowe miejsce dało okazję do zaprezentowania swych umiejętności w lokalnej Unii, potem Wiśle. Pozwoliło też na pokazanie innych zdolności. Dwudziestokilkuletni Piotr tworzył grupy sportowo-profilaktyczne. Zaczął zaglądać na podwórka, na które bali się wchodzić w ciągu dnia inni. Podchodził do wyrostków, którzy całe swoje życie wiązali z trzepakiem, połamaną ławką, piwem i papierosami. Gdy jednak nazywam ich trudną młodzieżą, Piotr się zżyma. – Nie chcę tak o nich mówić. Jak jeden czy drugi dziś to usłyszy, to będzie mu przykro, a po co? – patrzy na mnie z wyrzutem. Niektórzy z tych z Tczewa grają dziś w trzeciej lidze. – Gdzieś się w tej piłce zakochali i chcieli w niej zostać, no i się im udało – rzuca z zadowoleniem. Z piłką swego życia raczej nie wiążą za to chłopacy z Wejherowa – następnego przystanku w życiu Piotra. Tam także jako – jak sam o sobie mówi – pedagog ulicy zaczął odwiedzać ciemne zaułki miasta. Odwiedzał miejsca, gdzie gromadzili się młodzi ludzie, i zachęcał, by zamiast pić tanie wino, pobiegali za piłką. Piotr tak dziś wspomina doświadczenia sprzed dziewięciu lat: „Zawsze szedłem do nich z piłką pod pachą. Nie miałem ułożonych scenariuszy rozmowy – to był <<spontan>>. A ponieważ sam dużą część dzieciństwa spędziłem na ulicy, nie miałem z tym problemów. Wiedziałem, jak się po ich terenie poruszać, jak zachowywać. Ze względu na swą budowę fizyczną nie bałem się też ich reakcji. Poza tym język piłki jest uniwersalny: 90 proc. z nich połknęło bakcyla”. Nie od razu i nie wszyscy. W Wejherowie – mówi Klecha – stworzyła się akurat „grupa mało sportowa”. – Chodziłem do ich domów, na klatki, na działki i wyciągałem ich na różne zajęcia. Organizowałem im bezpłatne wejścia na salę komputerową, basen, tenis, kręgle. Za strzelnicę musieli płacić „złotówkę” – wyjaśnia. Z początkowej grupy kilkorga zdemoralizowanych nudą chłopaków szybko zrodził się kilkudziesięcioosobowy kolektyw.
 
Nie było niczego
Tak naprawdę w pięciu wioskach nie było niczego. Łąki, na nich sklecone naprędce, z koślawych desek bramki i szmaciana piłka, która częściej wlatywała do pobliskiego stawu niż do „świątyń” stojących vis a vis bramkarzy. – Tak było w Barłominie, Wyszecinie, Luzinie, Kębłowie i Robakowie. Tam byłem tylko ja i piłka – wspomina swoje początki w pomorskiej gminie Luzino. Niezapomniany był też jeden z pierwszych meczów. „Przyszły dwie wioski, które nie pałały do siebie sympatią – opowiada Piotr. Mieli pałki w plecakach, bo jak ich ojcowie szli na wioskę, to też je mieli. Myśleli, że tak trzeba”. Powoli zaczął tłumaczyć im, że nie przyszli się bić, a grać w piłkę. Znów się udało. – Po roku ci, którzy nie mogli na siebie patrzeć, do turnieju wystawili wspólną drużynę – zaskakuje. A liczba uczestników w podwórkowych zawodach rosła w zawrotnym tempie. Dwanaście miesięcy później z turnieju pięciu wiosek zrobiły się zawody, w których uczestniczyli chłopacy z 50 wsi! – Graliśmy już wtedy na hali. Było rewelacyjnie. A zasięg był ogromny. Z oddalonego o 54 km od Luzina Charbrowa chłopaki jechały cztery godziny. Na rowerach. Szli też pieszo. Podobnie z innych wiosek: Lęborka, Cewic, Rozłazina, Bożegopola, Strzebielina, ale i Wejherowa, Rumi, Redy czy Gniewina. Jedna ekipa wzięła nawet piłkarza z młodej ekstraklasy, bo chciała się wzmocnić – śmiech w głosie ustępuje na chwilę miejsca nostalgii: „szkoda, że te turnieje umknęły nam gdzieś w naszej pracy”. Piotr Klecha cieszy się, że w zorganizowanej przez niego lidze sołeckiej co tydzień biega wielu z tych, którzy ten turniej tworzyli, a którzy dziś w sporcie zostali. Zostali, bo znaleźli alternatywę dla wina, papierosów, trzepaków, działek i bram. Znaleźli też człowieka, który tę alternatywę im pokazał. Nie chcąc nic w zamian. Całkowicie za darmo.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki