Zamieszał Pan niedawno kijem w naszym politycznym bagienku swoim odważnym artykułem o polskiej partiokracji. Główną jego tezę sprowadziłbym do stwierdzenia: w wyborach startują wszyscy, a wygrywają tylko bogaci.
– To oczywiście pewien skrót myślowy, bo nie wystarczy być bogatym, aby wygrywać. Jednak bez zasobów finansowych jest rzeczywiście niezwykle trudno. Jeśli ktoś ma do dyspozycji 70 tys. dziennie, a ktoś inny tyle samo, tyle że rocznie, no to siłą rzeczy ten drugi musi przegrać.
Żeby nie było żadnych wątpliwości: owym dobrym wujkiem, który daje tak wysokie dzienne kieszonkowe, jesteśmy my sami – podatnicy…
– Jak wiadomo, dotacje budżetowe dla partii politycznych otrzymują tylko te ugrupowania, które w ostatnich wyborach parlamentarnych przekroczyły trzyprocentowy próg wyborczy. Uważam przy tym, że głównym problemem nie tyle jest samo finansowanie z budżetu, co cel, na jaki partie wykorzystują te środki.
Na umacnianie swojej pozycji, to oczywiste.
– Ja bym się nie awanturował, gdyby te pieniądze były przeznaczane na budowę think tanków, merytoryczne debaty, tworzenie zaplecza intelektualnego partii albo na dobre ekspertyzy, dzięki którym projekty ustaw wychodzących z klubu polskiego byłyby wreszcie spójne i zgodne z prawem.
Ale tak nie jest.
– Te pieniądze idą prawie w całości na reklamę wyborczą. To trochę tak jak z niedawnymi wyborami Miss Polonia. Niby szukamy najładniejszej Polki, ale tak naprawdę wybieramy tę najlepiej zrobioną, z poprawionymi ustami, skorygowanym nosem i usuniętymi żebrami. To jest oszustwo. Podobnie wygląda nasza polityka. Za pomocą spotów i reklam wielkopowierzchniowych sprzedaje nam się fałszywy towar. Weźmy choćby niedawne hasło z plakatu przedstawiającego odmłodzonego o dwadzieścia lat premiera Donalda Tuska: „Nie róbmy polityki. Budujmy szkoły”. Brzmi pięknie, tylko, że każdy, kto choć trochę orientuje się w realiach naszej sceny politycznej, wie, że owo „nie róbmy polityki” oznacza tak naprawdę cały czas jedynie obmyślanie nowych sposobów na zniszczenie politycznych przeciwników.
Czyli nasze wybory są coraz mniej obywatelskie, a coraz bardziej konsumenckie?
– Widać to gołym okiem. Kupujemy polityków jak pastę do zębów. To bardzo dobre porównanie – na każdej paście jest napisany jej skład chemiczny, ale prawie nikt tego nie czyta. Tak samo jest z programami partii.
Tylko, że na pastach do zębów podawany jest prawdziwy skład chemiczny…
– No tak, a w polityce to już nie działa. Na zewnątrz mamy piękne hasła, a w środku coś zupełnie innego. Jeżeli partia opowiada się w swoim programie za obniżeniem podatków albo
likwidacją senatu, a potem tego nie robi, to już jest nie tylko cwaniactwo, ale wręcz szkodnictwo społeczne.
Pan proponuje zupełnie nowy model finansowania partii politycznych.
– Obecnie mamy do czynienia z błędnym kołem. Pieniądze z subwencji budżetowych dostają ciągle te same partie, ponieważ za pomocą marketingu i reklamy omamiają społeczeństwo, które je następnie wybiera. To daje partiom prawo do nowych subwencji. I tak w kółko.
W tej chwili dotowane partie otrzymują łącznie w ciągu kadencji prawie 300 mln zł.
Przeliczając tę sumę na liczbę wyborców, okazuje się, że każdy obywatel przeznacza rocznie na ten cel ok. 2,5 zł. A gdyby tak obywatele co roku decydowali sami, komu chcą przekazać te pieniądze?
W jaki sposób mogliby to robić?
– Poprzez wypełnienie stosownej rubryki w zeznaniu podatkowym. Dzięki temu partie byłyby na bieżąco weryfikowane ze swojej działalności. Niedotrzymywanie obietnic wyborczych czy jaskrawe odstępstwa programowe mogłyby się dla nich okazać bardzo kosztowne. I to w sensie dosłownym.
Poza tym taki model wyrównywałby szanse, bo pieniądze trafiałyby także do tych ugrupowań, które dziś funkcjonują poza dotacyjnym krwioobiegiem.
Ale ci mniejsi gracze mogą przecież także postawić na pijar?
– I dlatego właśnie opowiadam się za wprowadzeniem całkowitego zakazu emitowania przez partie spotów reklamowych w mediach elektronicznych i na reklamach wielkopowierzchniowych. Społeczeństwo podarowało partiom pieniądze nie po to, aby się promowały i reklamowały, tylko żeby dobrze rządziły w imieniu obywateli.
W czasie ostatniej kampanii samorządowej w niektórych miastach nie można było reklamować się za pomocą plakatów. Efekt? Frekwencja znacznie niższa niż tam, gdzie ulice były dosłownie zawalone podobiznami kandydatów…
– Czy zależy nam na tym, aby głosowało dużo osób, czy żeby głosowały mądrze? Mój tata, profesor prawa, mawia, że dwóch traktorzystów z PGR-u zawsze przegłosuje jednego profesora. Zawsze.
Oczywiście, powinniśmy dążyć do sytuacji, w której możliwie wielu ludzi byłoby świadomymi obywatelami. Ale sama wysoka frekwencja to nie wszystko. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś idzie głosować, kierując się tylko i wyłącznie kłamstwem wyczytanym na ulicznym billboardzie.
Czy nam się to podoba, czy nie, ludzie i tak zawsze wybiorą „postawnych mężczyzn o szerokich żuchwach” – by zostać już przy tym słynnym określeniu Rafała Ziemkiewicza.
– Nie mam co do tego złudzeń. Dla większości wyborców nadal będzie liczyło się głównie to, który kandydat jest wyższy i ma lepiej dobrany krawat. Ale i tak znacznie częściej niż obecnie będziemy spoglądać na programy i kwalifikacje poszczególnych polityków.
Dobrzy kandydaci nie wezmą się jednak z powietrza. Do tego potrzebna jest zmiana ordynacji i wprowadzenie wreszcie jednomandatowych okręgów wyborczych.
Zaraz, zaraz, przecież JOW to właśnie prosta droga do zmonopolizowania naszej sceny politycznej przez najsilniejszych graczy…
– W dużej mierze ma Pan rację, ale przynajmniej parlamentarzystami zostawaliby lepsi kandydaci tych największych ugrupowań. Zarówno Kaczyński, jak i Tusk byliby zainteresowani wystawieniem kogoś rzeczywiście dobrego, a nie tylko miernego i wiernego, bo w przeciwnym wypadku mandat wziąłby przeciwnik.
Bat na politycznych spadochroniarzy?
– Opisałem kiedyś na moim blogu taki negatywny przykład – przed poprzednimi wyborami pewien, skądinąd bardzo sympatyczny i pracowity, polityk z Warszawy, zapewne nawet nie wiedział, gdzie leży jedno z wielkopolskich miast. Dziś jest parlamentarzystą właśnie z tego miasta.
Tymczasem, gdyby funkcjonowały u nas jednomandatowe okręgi wyborcze Kaczyński, Tusk czy Napieralski stosowaliby zupełnie inne kryteria doboru kandydatów. I wtedy żaden spadochroniarz nie miałby szans wygrać z kimś sprawdzonym, niebędącym osobą anonimową dla mieszkańców danego regionu.
Na tym jednak nie koniec – postuluje Pan także wprowadzenie zakazu publikowania sondaży w czasie trwania kampanii wyborczej.
– Jest „oczywistą oczywistością”, że sondaże wpływają na późniejsze decyzje wyborców. Pół biedy, jeśli jedna partia ma 20, a druga 40 proc. poparcia. Natomiast, jeśli dane ugrupowanie ma 7, a inne 4 proc., no to już jest decydujący czynnik, aby nie głosować na tę partię, która ma mniej.
Ma Pan na myśli nieśmiertelny syndrom „zmarnowanego głosu”?
– Tak, ale ten syndrom to często wierutne kłamstwo. Przykładowo, w 1997 r. w czasie prawyborów w Nysie UPRz zanotował wynik 4,9 proc., a PSL 5,2 proc. poparcia. Dopuszczalny błąd statystyczny oscyluje wokół 3 proc., a tutaj różnica wyniosła zaledwie 0,3 proc. różnicy! Tego samego dnia wymieniano w radiu wszystkie partie mające szansę dostania się do parlamentu, łącznie z PSL-em. O UPRz nie było ani słowa. No, więc jeśli ktoś usłyszy taki komunikat, to oczywiście nie zagłosuje na UPRz, bo sobie pomyśli: po co ja mam marnować swój cenny głos? W taki właśnie sposób wmawia nam się, że układ polityczny jest zamknięty, spetryfikowany. I wielu wyborców w to rzeczywiście wierzy.
Piotr Strzembosz – syn Adama Strzembosza, byłego Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, politolog, polityk Prawicy Rzeczypospolitej, kandydat na prezydenta Warszawy w ubiegłorocznych wyborach samorządowych.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













