Logo Przewdonik Katolicki

Ramzes umarł, kryzys żyje

Michał Bondyra
Fot.

Czy ta puenta doskonałego dialogu o dwóch braciach kabaretu Tey, opisująca rzeczywistość gospodarczą PRL-u u progu 2011 roku, jest w Polsce wciąż aktualna?

Czy ta puenta doskonałego dialogu o dwóch braciach kabaretu „Tey”, opisująca rzeczywistość gospodarczą PRL-u u progu 2011 roku, jest w Polsce wciąż aktualna?

 

Słuchając słów premiera Donalda Tuska o „zielonej wyspie w morzu czerwieni” uspokajamy się, że nie. Patrząc jednak, jak w zastraszającym tempie rośnie dług publiczny, dobre samopoczucie zastępuje niepokój, a nawet przerażenie.

Zacznijmy od „zielonej wyspy”. – Przed ogłoszeniem naszego kraju tym mianem wzrost PKB był na poziomie ok. 6 proc. W czasie obwoływania przez pana premiera Polski „zieloną wyspą” wzrost gospodarczy był na poziomie od 1 do 1,5 proc. Mieliśmy więc kilkakrotny spadek rozwoju gospodarczego. Pocieszanie się tym, że u sąsiadów jest jeszcze gorzej, jest rzeczą mało twórczą – mówi dosadnie Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum A. Smitha. Znacznie łagodniej sytuację ocenia ekspert PKPP „Lewiatan” Jeremi Mordasewicz:  - Ważne, że utrzymaliśmy się ponad kreską. W zeszłym roku mieliśmy 3,5-procentowy wzrost gospodarczy, w tym ma on być na poziomie 4 proc. Co oznacza, że na tle innych państw wypadliśmy nienajgorzej.

 

Antykryzysowa opieszałość

Dodatni parametr wzrostu gospodarczego jest niezaprzeczalny. Gorzej jest z rozbieżnościami dotyczącymi tego, z czego on wynika. Rząd chwali się, że wybrał najlepszą ścieżkę przejścia przez załamanie gospodarcze. Pewnie ma na myśli m.in. ustawę antykryzysową (lipiec 2009 r.), wprowadzającą elastyczne formy zatrudnienia związane ze sposobem rozliczania czasu pracy i znoszącą przepis mówiący o tym, że trzecia umowa o pracę zmienia się automatycznie w bezterminową, ale i zeszłoroczną jej nowelizację poszerzającą próg pomocy o firmy, które w związku z kryzysem obniżyły swe obroty o 15 proc. – Kryzys ma taką dynamikę, że trzeba bardzo szybko reagować na to, co się wydarzyło i może się jeszcze wydarzyć. Ustawa, której wejście było przedłużane i dopiero pół roku po kryzysie została wprowadzona, jest bez znaczenia. Z jednej strony świadczy o tym śladowa liczba firm, które skorzystały z tych zapisów, bo były one też biurokratyczne, a z drugiej czas, w jakim została ona zrealizowana. Stąd w żaden sposób nie można powiedzieć, że rząd przyczynił się do tzw. złagodzenia skutków kryzysu – uważa Andrzej Sadowski. – To co bez wątpienia rząd mógł zrobić, a czego nie zrobił, to zniesienie barier w gospodarce. Polski przedsiębiorca musi się zmagać jednocześnie i z objawami kryzysu, i biurokracją. Na te dwie rzeczy może mu nie starczyć czasu – ostrzega.

 

Dobrze dzięki przedsiębiorcom i obywatelom

Dlaczego więc tak dobrze przechodzimy kryzys, a inni stawiają nas za wzór? – Dlatego, że - co zresztą potwierdził premier - jest tak duża aktywność gospodarcza samych obywateli. To im zawdzięczamy to, że w Polsce jest w miarę znośnie. To nie korporacje i ściągani dużymi dotacjami zagraniczni inwestorzy, ale mali i średni przedsiębiorcy tworzą ok. 70 proc. polskiego PKB – odpowiada wiceszef Centrum A. Smitha. Innych przyczyn upatruje ekspert „Lewiatana”. – Udział eksportu w polskiej gospodarce stanowi 40 proc., podczas gdy w Czechach, na Słowacji czy Węgrzech – dwa razy tyle. W związku z tym, gdy kryzys dotknął Europę Zachodnią, to na naszą gospodarkę miało to dwukrotnie mniejszy wpływ niż na gospodarki wymienionych krajów. W znacznie większym więc stopniu byliśmy uzależnieni od rynku krajowego. Poza tym rodzima gospodarka jest bardziej zróżnicowana, przez co bezpieczniejsza. Eksportujemy m.in. meble czy artykuły rolno-spożywcze i nie mamy jednej branży przewodniej, jak Słowacy, którzy eksportują głównie samochody, czy Hiszpanie, których gospodarka opiera się na budownictwie. W dwóch ostatnich krajach załamanie się w branży samochodowej i budowlanej miało opłakany skutek ekonomiczny dla tych państw. Poza tym nasza gospodarka jest mało zadłużona. Polskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa są dwa razy mniej zadłużone niż te w Unii Europejskiej. Fakt, że nie braliśmy w przeszłości kredytów, okazał się dla nas zbawienny. Najbardziej odczuły kryzys takie gospodarki, jak Łotwy, Estonii czy Irlandii, których gospodarstwa domowe bez opamiętania korzystały z kredytów przede wszystkim hipotecznych na zakup mieszkań, ale też i na dobra konsumpcyjne – tłumaczy Mordasewicz, dodając, że wpływ na naszą sytuację miały też czynniki od nas niezależne. – Pomogły nam środki z Unii, które wspierając inwestycje publiczne zrównoważyły 10-procentowy spadek inwestycji w sektorze prywatnym. Poza tym państwo polskie pobudzało gospodarkę przez dług publiczny – dodaje.

 

Wzrastający dług i wciąż obecne przywileje

Wartość długu publicznego to ponad 760 mld zł. Oznacza to, że każdy z obywateli zadłużony jest na ponad 20 tys. zł. Dług rośnie każdego dnia, a rocznie państwo polskie spłaca odsetki na poziomie 40 mld zł. – Tyle wydajemy w ciągu roku na służbę zdrowia – alarmuje Mordasewicz. Skąd tak olbrzymi dług? – Wielkość tego długu to też wina rządów PiS, LPR i Samoobrony, kiedy w latach 2006-07, w okresie 6-proc. tempa wzrostu gospodarczego, państwo miało duże dochody i rząd zamiast oszczędzać, nadal się zadłużał z jednej strony zwiększając wydatki, z drugiej zmniejszając wpływy. Obniżona została na przykład składka rentowa, ale już nie ograniczono przywilejów dla rencistów i emerytów. Rządy PO częściowo ograniczyły emerytury pomostowe, ale i tak przywileje, które pozostały, kosztują nas co roku 30 mld zł. Lęk przed całkowitą ich likwidacją powoduje, że dług narasta. Każdy boi się odebrać przywileje służbom mundurowym, bo ma przeciwko sobie 1 mln pracowników i ich rodziny. Odebranie przywilejów górnikom naraża na gniew prawie 400 tys. osób. Likwidacja KRUS powoduje, że ma pan przeciwko sobie 2-3 mln ludzi – wyjaśnia ekspert „Lewiatana”, ale i członek Rady Nadzorczej ZUS, który uważa, że stymulowanie gospodarki przez rząd za pomocą wpompowywania pieniędzy powiększających dług w zeszłym roku było niepotrzebne. – Przy wzroście gospodarczym na poziomie 3,5 proc. nie trzeba rzucać pieniędzy na rynek. Rząd powinien przedstawić za to wiarygodną ścieżkę dochodzenia do równowagi finansów publicznych. Nie na rok, a w perspektywie 10-15-letniej – zapewnia.

 

Konieczna radykalna reforma finansów

– Potrzebne są zmiany systemowe – mówi wprost Andrzej Sadowski. – Kryzys to nie plaga zesłana przez Pana Boga, tylko efekt złego rządzenia. By nie przechodzić tego co Grecy, trzeba dokonać tak dalece idących zmian w Polsce, jak to miało miejsce w naszym kraju pod koniec lat 80. Jednego dnia zlikwidowano wtedy prawie wszystkie fundusze pozabudżetowe, czyli tzw. fundusze celowe, które dziś odrodziły się w formie różnego rodzaju funduszy czy agencji. Dzisiaj też trzeba przeprowadzić bardzo radykalną reformę finansów publicznych – tłumaczy, dodając, że „już dziś rząd nie tykając interesów poszczególnych grup, które mają swoje pozycje płatnicze w budżecie, może odblokować gospodarkę, by ta miała dla siebie przestrzeń na wypracowanie większego bogactwa i tym samym dla państwa większych podatków. Zrobić to trzeba nie przez zwiększenie represji (podatków), ale przez otwarcie przestrzeni dla wolności gospodarczej”. Przeciwnikiem zwiększania podatków jest też Jeremi Mordasewicz. – W państwie, które nie ma bogactw naturalnych, dobrobyt bierze się z pracy. Ważne jest więc, ile osób pracuje. W Polsce zatrudnionych jest tylko 60 proc. ludzi w wieku produkcyjnym. Jednak aby osiągnąć przyzwoity wynik, trzeba zwiększyć zatrudnienie o 1/6, a więc o blisko 2,5 mln osób. Można to zrobić przez zwiększenie poziomu inwestycji – mówi. Ale skąd wziąć na to pieniądze? – Ograniczając przywileje emerytalne, zyskujemy 30 mld zł rocznie. Za tę sumę możemy zwiększyć zatrudnienie o 300 tys. osób. Poziom inwestycji i zatrudnienia ludności w wieku produkcyjnym wzrośnie, zwiększymy w ten sposób tempo wzrostu gospodarczego, przez co i zamożność społeczeństwa, a więc i dochody ludności – podsumowuje Jeremi Mordasewicz.

 

 


 

Gra nie warta świeczki

 

O wchodzących w tym roku nowych stawkach podatku VAT mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP „Lewiatan”, członek rady nadzorczej ZUS:

– Nawet jeśli rząd podejmie w końcu decyzję o likwidacji przywilejów dla emerytur mundurowych, to efekt tego posunięcia da korzyści za kilka, kilkanaście lat, a dziura w finansach publicznych wymaga reakcji już dziś. Stąd uważam, że podwyżka podatku VAT była nieuchronna. Podniesienie składek w tym kształcie da nam jednak dodatkowe 6 mld zł, do tego związane jest z dużą operacją techniczną firm, na które te przeznaczą kilkaset mln zł. W tym kształcie gra jest nie warta świeczki. Podnosząc podatek VAT należałoby ujednolicić dotychczasowe składki i wprowadzić jedną obowiązującą. Gdyby była ona na poziomie 18 proc. zapewniłaby wpływy do budżetu wyższe o 10 mld zł. Wtey trzeba byłoby wydać 6-8 mld zł na ochronę ludności najuboższej poprzez transfery zasiłków. Standard życia tych rodzin by się nie pogorszył, a przedsiębiorcy zyskali by uproszczony system podatkowy. 

Wysłuchał Michał Bondyra

 


 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki