Logo Przewdonik Katolicki

16. rok ery Tarantino

Remigiusz Ciesielski
Fot.

Sobotni poranek. Śniadanie, w tle TVN24 podaje nic niemówiące liczby: co 6 sekund umiera z głodu z dziecko. Zanim skończę śniadanie 50 razy gdzieś na świecie pęknie z rozpaczy 50 matczynych serc, 50 ojców poczuje nieskończoną bezradność. W czasie gdy poprowadzę 90-minutowe zajęcia, rozpacz dosięgnie 900 rodzin.

Zapraszamy do rozmowy w "Rozmównicy" kanału Religia.tv: poniedziałek, 15 listopada 2010, godz. 22

 

 

 

Liczby, wiedza, codzienność, masowość to dzisiejsze sposoby opisywania zdarzenia, które zawsze jest osobiste, niewypowiedziane, tak bardzo czyjeś, przecież nie moje.

Przyglądając się wrażliwości kultury współczesnej opisującej zjawisko śmierci, trudno nie popaść w pewien stan, nazwijmy go „schizofrenicznością” kultury Zachodu, która zjawisko śmierci umieszcza gdzieś pomiędzy zupełnym jej dookreśleniem a kompletnym o niej milczeniem.

 

W zapalczywym gniewie

Zwłoki, ciało – może warto wczuć się w obcość i chłód brzmienia tych słów – uwikłane są w jakąś dziwną przypadkowość. Można nawet ostrzej powiedzieć problematyczność, w którą współcześnie ubrali je Tarantino wraz z Avarym, konstruując scenariusz filmu Pulp Fiction. W ich obrazie niewidoczny, choć namacalnie obecny, trup staje się swoistą drogą ucieczki, a resztki jego ciała – rzeczywistym problemem kosmetycznym czy też, wręcz trudnym do usunięcia, brudem. Autorzy pozwalają nam na dotknięcie tematu śmierci jako pewnego rodzaju przypadku, który jest wyraźną antytezą śpiewanej z drżeniem serca i dreszczami w kościele suplikacji: Od nagłej a niespodzianej śmierci, zachowaj nas Panie. Nieboszczyk, który jest szansą, jest bałaganem, po usunięciu którego nie ma już problemu. Staje się nic nie znaczącym elementem tła, znikającym gdzieś za horyzontem prawdziwego życia. Problemem pozostaje refren towarzyszący temu unicestwianiu obecności zmarłego, zaczerpnięty przez autorów Pulp Fiction z Księgi Ezechiela: „Ścieżka sprawiedliwych wiedzie przez nieprawości samolubnych i tyranię złych ludzi. Błogosławiony ten, co w imię miłosierdzia i dobrej woli prowadzi słabych doliną ciemności, bo on jest stróżem brata swego i znalazcą zagubionych dziatek. I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci; i poznasz, że Ja jestem Pan, gdy wywrę na tobie swoją zemstę”. Użyję w tym miejscu zupełnie niezachodniej kategorii opisującej ten sposób opacznego używania Biblii – to mantra, która swoją powtarzalnością w filmie tłumaczy czy też zaklina systematyczny proces rozwiązywania problemu – prawdziwej przyczyny roli zwłok w kulturze współczesnej. Mantra tym bardziej zwodnicza, że ubiera tę przyczynowość w szaty aksjologii judeochrześcijańskiej.

 

Kieślowski i Tarantino

Nie można pominąć tutaj dość istotnej koincydencji. Na festiwalu w Cannes obraz Tarantino rywalizował z filmem Kieślowskiego Trzy kolory: Czerwony. I być może gdzieś pomiędzy rokiem 1994, kiedy zatriumfowała wrażliwość Taranitino a 1991, kiedy powstał obraz Kieślowskiego Podwójne życie Weroniki, w którym śmierć przedstawiono jako rzeczywisty niedopowiedziany znak, ukryta jest tajemnica „choroby” współczesnej kultury – nieumiejętność zaakceptowania śmierci. Pozostając przy przywołanym filmie Kieślowskiego, śmierć jest obecna tutaj przynajmniej w trzech ramach obrazów. Pierwszy: umierająca śpiewaczka – jedna z wersji Weroniki. Drugi: lęk przed śmiercią ojca – wyrażany w biografii drugiej wersji Weroniki, który zostaje zażegnany znakomitą cichą sceną obserwacji jego istnienia z perspektywy ukrycia, podglądania przez okno przez opartą o „rodzinne” drzewo córkę. Trzeci: opisany w baśniowym tańcu marionetek, kiedy to ze „śmierci” wyłania się piękny motyl, z ulgą i wzruszeniem obserwowany przez „oniemiałą” grupę dzieci.

To zupełnie inne, nietarantinowskie „misteria” śmierci. Pozbawiona jest ona tutaj „dosłowności” ciała zmarłego. Może dlatego towarzyszą jej autentyczne przeżycia, czy też precyzyjniej rzeczy nazywając, jest zwieńczeniem życia istoty, która rzeczywiście wykonuje pracę nad swym życiem. Człowiek przechodząc od zabawy do nauki, dorasta do konkretnego fachu, konkretnego mistrzostwa. Potem, kiedy już staje się dojrzale obecny, z lękiem oczekuje momentu pustki powstałej po swym naturalnym odejściu. Wciąż korzystamy z takiej obecności. Wystarczy wspomnieć niedawne zbiorowe doświadczanie powolnego odchodzenia Jana Pawła II, kiedy wiedzieliśmy, że pustka nadchodzi i wiedzieliśmy, że „wyrwa” nie zostanie wypełniona, a obecność w jakikolwiek sposób zastąpiona. Ale może to przecież dziać się zupełnie inaczej, idąc tropem filmu Kieślowskiego, kiedy mamy do czynienia z odchodzącym w pełni działania człowiekiem, wyśpiewującym najpiękniejszą nutę, czy też odradzającym się swoją obecnością w pamięci, niczym piękny motyl.

Współczesne postrzeganie śmierci być może ukryte jest pomiędzy tymi trzema wektorami: konkretnych liczb, problemu ciała i związanej z nim przypadkowości oraz śmierci, która jest efektem w pełni dostrzeganym jedynie z perspektywy emocjonalnej bliskości.

 

Głośniej nad tą trumną

Przyjrzyjmy się naszej codzienności. Rozmowa matki próbującej opowiedzieć dziecku o śmierci bardzo bliskiej osoby:

– Kochanie, dziadek nie żyje – mówi mama do syna. – A kto go zabił? – pyta dziecko.

Ten niewyobrażalny do niedawna dialog zaistniał zupełnie współcześnie. Wrażliwość dziecka uwikłana została w szybkie przyczynowo-skutkowe mechanizmy, tak naturalne dla wrażliwości pierwszego z przywoływanych tutaj filmów. Jest zmarły, musiał być ktoś, kto go uśmiercił. Jest śmierć, musi być jej przyczyna, z którą przecież też można walczyć. Dlatego dzisiaj możemy spokojnie wypowiadać się o pewnych sposobach przezwyciężania przyczyn śmierci. Niestety, nie są to jedynie sposoby techniczne, przedłużające życie chorego czy też pozwalające na medyczno-naukowe wykorzystanie ciała zmarłego. Często bywają to dziwne konstrukcje kulturowe. Nie chcę tutaj wspominać przypadkowości fenomenu Halloween, chociaż telewizyjne Wiadomości 2 listopada 2009 r. pokazały szczególny pomysł imprez dla młodzieży, organizowanych w wigilię 1 listopada pod hasłem After Party. Taka forma może w Polsce zastanawiać, bo ni to amerykańskie Halloween, ni przeddzień wspomnienia zmarłych. To raczej współczesna nieumiejętność zaakceptowania ciszy cmentarza, czy może przywołajmy tutaj poetyckie określenie: smętarza. Nie lubimy czekać, nie lubimy myśleć, nie umiemy milczeć. Ta nieumiejętność milczenia wobec cmentarza, trumny, zmarłego zostaje w nas w sposób powolny wedukowywana przez zjawiska wyróżniającej się wizualnie subkultury gothic czy przez wydarzenia podobne do festiwali typu Castle Party – kojarzonego z wrażliwością gothic lub dzięki popularyzacji wartości prezentowanych w książkach i związanych z nimi zjawiskach popkultury, które ogólnie nazwałbym: Zmierzch. A być może jest to tylko powierzchowny sposób „redukcji” powagi i głębi umierania i śmierci, sprowadzenia ich do poziomu normalnych problemów codzienności.

Opanowanie śmierci, ułuda wyznaczania kresu mają jednak również swoje inne oblicze, także dość rewolucyjnie rozrywające śmiertelne tabu w kulturze. Przemysł usług pogrzebowych, (nie chcę tutaj bynajmniej powracać do zupełnie niezrozumiałego dla mnie faktu samej możliwości zaistnienia zjawiska „łowców skór”) pozwolił nazywać i wyceniać konkretne usługi, czynności związane z ciałem zmarłego czy rytuałem pogrzebu. Moda trumienna, oprawa pogrzebu, rodzaje makijażu, style muzyczne, architektura nagrobkowa, style urn, opieka nad grobem i wiele, wiele innych terminów, dotychczas ukrywanych przed codziennością na powierzchnię wyciągnęły… targi tematyczne. Rynek usług, który paradoksalnie doprowadził do unicestwienia pojęcia żałoby, dziś chyba już nieistniejącej, sprowadzonej do terminu: „żałobę noszę w sobie”.

Śmierć nagłośniona publicznie, odarta z intymności. Czy możną ją bardziej odhumanizować? Tym bardziej przeraża. Nawet jej „rozczłonkowanie” na nanosekundy, harmonogram konkretnych czynności nie pozwala na sformułowanie pełnej, kojącej odpowiedzi na pytanie: „Co będzie potem?”.

Zawsze wzruszam się, oglądając jedną z pierwszych scen filmu Brada Silberlinga Miasto Aniołów. Anioł Seth (Nicolas Cage) odprowadza do wieczności zmarłą dziewczynkę, zadając jej pytanie: „Co najbardziej lubiłaś na tym świecie?”. Dziecko odpowiada: „Piżamkę”.

I być może tutaj kryje się znaczenie tabu śmierci we współczesnej kulturze. Wielki lęk przed zadawaniem najprostszych pytań, które najmłodsi potrafią stawiać tak naturalnie, tak samo na nie odpowiadając.

 


Autor jest doktorem kulturoznawstwa, pracownikiem Zakładu Semiotyki Kultury Instytutu Kulturoznawstwa UAM oraz prodziekanem ds. studiów stacjonarnych Wydziału Nauk Społecznych UAM

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki