Logo Przewdonik Katolicki

Winylowe klimaty

Natalia Budzyńska
Fot.

Czarne winylowe płyty powracają. Na naszych oczach odradza się kultura słuchania muzyki z gramofonowych krążków. To nie tylko sprawa lepszego brzmienia, ważna jest cała otoczka, którą cyfrowa rewolucja nieomal zniszczyła.


 

Dla pokolenia współczesnych nastolatków pojęcie „płyta” ma znacznie już tylko wirtualne. „Płyta” to dziś materiał muzyczny nagrany przez konkretny zespół i objęty jednym tytułem. Nastolatki takich „płyt” nie kupują w sklepach, tylko ściągają w formie plików muzycznych z internetu. Dziś, aby posluchać muzyki, wystarczy im … dobry telefon komórkowy i słuchawki. Sprzedaż płyt CD w ciągu ostatnich lat drastycznie spada. W Polsce, w latach 90. płyta otrzymywała status „złotej” przy osiągnięciu sprzedaży 100 tys. egzemplarzy, a obecnie wystarczy, że artysta sprzeda 15 tys. kopii. Z drugiej strony wraca do łask stara płyta winylowa. Na świecie sprzedaż „gramofonowych nośników” wzrosła w ostatnich latach niemal trzykrotnie, w Polsce podobnie. Oczywiście nadal są to niewielkie liczby egzemplarzy, jednak i tak taka sytuacja daje do myślenia, a producenci sprzętu odtwarzającego szybko na nią zareagowali. Tak samo jak wydawcy.

 

Koneserzy i DJ-e

Gdy na rynku muzycznym w 1983 r. pojawiła się płyta CD z cyfrowym zapisem muzyki, wszyscy myśleli, że to koniec „winyli”. Wreszcie koniec z szumami, trzeszczeniami, przeskakiwaniem igły i niezbyt dobrą jakością dźwięku. Płyta kompaktowa miała być niezniszczalna i przetrwać o wiele więcej odtworzeń niż porysowane czarne płyty analogowe. Poza tym – co oczywiście nie było bez znaczenia – płyta CD była znacznie mniejsza i wygodniejsza w obsłudze. Nie trzeba było podnosić się z fotela po 20 minutach słuchania, żeby przełożyć płytę na drugą stronę. Duża i nieporęczna czarna płyta miała odejść w zapomnienie. W Europie praktycznie przestano ją produkować, jedynie w Stanach Zjednoczonych wciąż istniało kilka działających tłoczni. Wydawało się, że jej miejsce jest w muzeum, wśród innych eksponatów sprzed lat, dziś zupełnie zbędnych. Tymczasem okazało się, że wady czarnego krążka mogą stać się jego zaletami. Dziś koneserzy muzyczni doceniają pełne i ciepłe brzmienie starych płyt, a nawet ujawnili się zagorzali amatorzy winylowych trzasków.

Powrót winylowej płyty związany jest z rodzajem muzyki zwanym techno. Podczas wielogodzinnych dyskotek w klubach czy na imprezach muzycznych DJ-e chętnie korzystali z płyt gramofonowych, które można ręcznie przesuwać na gramofonie w celu uzyskania powtórzeń i charakterystycznych brzmień, tzw. skreczu. To właśnie DJ-e zaczęli kupować stare płyty i gramofony, by potem ręcznie tworzyć nowe dźwięki. Tylko „winyle” dawały się dowolnie obracać w prawo i w lewo, a to stwarzało nieograniczone możliwości miksowania dźwięków. Przed 20 laty czarny krążek w środowiskach klubowych zyskał status przedmiotu kultowego.

Jednocześnie zawsze istniało grono konserwatywnych miłośników muzyki, którzy nigdy nie pozbyli się swojej kolekcji płyt gramofonowych. Być może zawsze byli przekonani, że muzyka słuchana z płyt winylowych ma inne, lepsze brzmienie od dźwięków nagranych na nośnikach kompaktowych. A być może byli po prostu sentymentalni?

Winylowy rytuał

Mam całkiem sporo wspomnień związanych z czarną płytą gramofonową. W dzieciństwie słuchałam bajek odtwarzanych na gramofonie. Moja starsza siostra miała kolekcję pocztówek dźwiękowych, singli i długogrających płyt węgierskich zespołów rockowych. Uwielbiałam je przeglądać i przypatrywać się okładkom. Przez cały nastoletni okres, muzyki słuchałam z kaset magnetofonowych i winylowych płyt. Pamiętam pierwszy szok związany z zaprezentowaniem światu nowego nośnika CD i obserwuję właśnie niezauważalny niemal odwrót od potrzeby posiadania płyty jako przedmiotu. Muzyka zaklęta w cyfrę na iPodzie zwycięża. Dzisiaj, w największych sieciowych sklepach muzycznych znów można kupić płytę winylową. Biorąc ją do ręki, czuję jej wagę. Przypominam sobie, jak w ostatniej klasie szkoły podstawowej spacerowałam po mieście z płytą pod pachą – chodziło o to, żeby wszyscy widzieli, czego słucham. Okładka była zwykle pełna szczegółów i piękna edytorsko. W środku kolejna papierowa koperta, a w niej dopiero płyta. Przed umieszczeniem jej w gramofonie wycierało się ją delikatnie z kurzu specjalną flanelową ściereczką. Nastawiało się prędkość. Ramię gramofonu wprawiało talerz w ruch i jeszcze zanim zabrzmiała muzyka, słychać było lekkie trzaski. Muzyka odtwarzana z jednej strony płyty długogrającej trwała około 20 minut. Nie dało się pilotem przewrócić płytę na drugą stronę. Gramofon wymagał aktywnego słuchania, zmieniania igły co jakiś czas, żeby stara nie porysowała płyty. Rzadko kto pożyczał płyty – dla miłośnika muzyki były one zbyt cenne i zbyt łatwe do zniszczenia. To były po prostu ważne i piękne przedmioty.

 

O wyższości trzasków

Płyty winylowe kupują dziś audiofile – kolekcjonerzy, którzy uważają, że dźwięk cyfrowy nie może się w niczym równać z dźwiękiem pochodzącym z czarnej płyty analogowej. Najdynamiczniej rozwijającą się grupą odbiorców są trzydziestolatki, dla których „winyl” jest przedmiotem ekskluzywnym, a słuchanie płyt z gramofonu czymś w rodzaju snobizmu. Rynek technologiczny szybko zareagował na te tendencje: producenci sprzętu odtwarzającego przygotowali bogatą i urozmaiconą ofertę gramofonów oraz różnych akcesoriów. Jeszcze szybciej zareagował rynek wydawniczy. Do niedawna czarną płytę można było kupić tylko w antykwariatach muzycznych lub na aukcjach internetowych. Dziś wielu wydawców proponuje słuchaczom oprócz standardowej płyty CD z najnowszym materiałem współczesnego artysty, kilkusetegzemplarzowe wydanie w wersji analogowej. Prawdziwy fan zespołu kupi taką płytę nawet wtedy, gdy nie ma w domu gramofonu.

Istnieją tacy kolekcjonerzy i znawcy, którzy wiedzą o analogach wszystko. Na całym świecie poszukują konkretnych wydań starych płyt, które osiągają zawrotne ceny. Wiedzą, że obecnie wydawane reedycje winylowych płyt w większości nie są udane, bowiem młodzi dźwiękowcy wychowani na brzmieniu z płyty kompaktowej, nie wiedzą, jak powinna brzmieć prawdziwa, oryginalna czarna płyta. Często traci się to, co decyduje o niepowtarzalności analogowego brzmienia: ciepłą i miękką barwę. Najlepsze i najbardziej pożądane są płyty… z pierwszego tłoczenia. Poszukuje są oryginalnych albumów wydanych w latach 60. takich zespołów jak The Beatles, Pink Floyd, The Rolling Stones czy solowe Boba Dylana. Cena zależy od wielkości pierwszego nakładu, liczby wznowień i egzemplarzy w dobrym stanie, które obecnie krążą po świecie.

Wśród konsererów i audiofilów panuje przekonanie, że najgorszym okresem dla płyty winylowej były lata 80., kiedy bardzo oszczędzano na materiale, więc wytłaczano rowki na płycie marnej jakości.

Dziś polskie wydawnictwa płytowe tłoczą płyty w Niemczech i Czechach. Polskie tłocznie zostały zamknięte na początku lat 90. Jednak i tutaj można zauważyć wzmożoną czujność spowodowaną renesansem płyty winylowej na świecie. Pół roku temu prezes zakładów Produkcji Specjalnej Pronit-Pionki ogłosił, że firma wraca do tłoczenia czarnych płyt. Przed laty Pronit tłoczył płyty Polskich Nagrań, Tonpressu, Wifonu czy PolJazzu. Lista wykonawców jest naprawdę imponująca. Na razie zakłady nie mają urządzeń do tłoczenia, ale są producentem polichlorku winylu niezbędnego przy produkcji płyt gramofonowych. Zakład planuje do końca roku ruszyć z tłoczeniem i wypuścić na rynek reedycje starych płyt, identycze z oryginałami: zarówno co do brzmienia, jak i pod względem poligrafii. Co ciekawe, będzie to zaledwie margines produkcyjny Pronitu, który od zawsze skupiał się przede wszystkim na wytwarzaniu prochu i amunicji dla potrzeb wojska.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki